Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:32] - Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radio Paranormalium. Właśnie tutaj i właśnie teraz, prosto do twoich uszu, drogi słuchaczu, droga słuchaczko. Dzisiaj wyjątkowo w warunkach polowych, ale jednak zaczynamy wylewanie kolejnego odcinka Bibliotekarium na żywo. Dzisiaj przy mikrofonie i przy sterach technicznych audycji Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość specjalny Tadeusz Krajewski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:11] - Dobry wieczór czy dzień dobry? Właściwie dzień dobry, bo słońce świeci i to tak solidnie prosto nam w ekran, więc niewiele widzimy. Jeszcze raz dzień dobry. To robienie audycji w warunkach polowych, zdaje się weszło nam w krew, bo dwa tygodnie temu my z Wiktorem robiliśmy w warunkach polowych, nadając z Nienidzicy, czyli z Mierek, ale za to goszcząc wiele osobistości ze świata fantastyki. Dzisiaj z kolei pewną polowością wykazuje się Marek Sęk "Ivellios", który-
[01:51] - Którą to chyba słychać leciutko, bo jestem dzisiaj w Krakowie. Tak, wybrałem się na spotkanie z Tomem Campbellem. Będę jutro nasłuchiwał, co Tom Campbell będzie opowiadał. Postaram się też zrobić małe nagranie, małą relację do wyemitowania później na antenie Radia Paranormalium. A zanim oddam panom głos i zanim zobaczycie pierwsze komentarze, mam nadzieję, że słońce przestanie wam świecić prosto w monitor. Mam nadzieję, że komentarze od słuchaczy już zobaczycie. Dzisiaj niestety z racji polowości właśnie warunków, w których przebywam chwilowo, podczas audycji nie będziemy odbierać rozmów telefonicznych, ale będziemy odbierać jak zawsze komentarze od słuchaczy. Widzę, że tutaj na YouTubie transmisja na YouTubie chwilowo padła, ale zaraz wstanie. Gwarantuję. Będziemy odbierać komentarze nadsyłane drogą tekstową.
Gadu-Gadu 36 08 80 02. Jesteśmy także na Skypie: radio.paranormalium.pl. Czekamy także na komentarze na www.paranormalium.pl, na naszym czacie oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube, która właśnie wraca do żywych, że tak powiem. Jesteśmy także na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium i portalu Bibliotekarium, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania i komentarze na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc tym razem już na dobre. Halo, halo, Bydgoszcz.
[03:38] - No to startujemy. Dzisiaj Wiktor się wyrywa do mikrofonu. Cóż chciałeś powiedzieć Wiktorze? Ja cię zawsze zagaduję, więc-
[03:46] - Zawsze jakiś głupi komentarz, bo jak słyszałem, że my jesteśmy z Bydgoszczy, a Ivellios w Krakowie, że tak powiem. To ja też nie jestem tak pewien, czy my jesteśmy w Bydgoszczy, Marek, bo do centrum Bydgoszczy chyba jest dalej niż do miejsca, które wszyscy w Polsce znają, ale nie kojarzą z miastem Bydgoszczą. Otóż do czegoś takiego jak Wyszogród po prostu. A Wyszogród to jest dokładnie ręką podaj od miejsca, w którym jest nasza redakcja. Chyba do centrum Bydgoszczy jest troszkę dalej niż do Wyszogrodu.
[04:23] - Nie mierzyłem, nie wiem. Natomiast rzeczywiście Bydgoszcz ma to szczęście czy nieszczęście, trutów i rozstrzygnąć, że na obecnym terenie miasta są ślady po dwóch grodach czysto średniowiecznych. I właściwie Bydgoszcz mogłaby się nie nazywać Bydgoszcz, tylko właśnie Wyszogród, a Wyszogród sobie leży zupełnie gdzieś daleko stąd w tej chwili. Ale cóż, przejdźmy może do tematu dzisiejszej audycji. Zaprosiliśmy gościa, Tadeusza Krajewskiego. Jeszcze raz witamy.
[04:56] - Dobry wieczór.
[04:58] - A zaprosiliśmy w bardzo konkretnym celu. Otóż w Bydgoszczy jakiś czas temu powstała biblioteka. A co ja tu będę wiele nawijał? To ja może oddam głos gościowi, niech gość o bibliotece powie. Chyba zrobi to najlepiej.
[05:18] - Dokładnie dwa lata temu, we wrześniu 2016 roku powstała Biblioteka Literatury Fantastycznej. Początkowo miała mieć innego patrona. Bibliotekę prowadzimy we dwójkę. Mój kolega, mój przyjaciel Łukasz Nikor Nalewajk, który dzisiaj nie mógł przyjść i ja. No i właśnie wybieraliśmy patrona dla biblioteki. Chcieliśmy koniecznie, bo ja w ogóle wychodzę z takiego założenia, że patronem powinien być ktoś świętej pamięci. Zależało nam, ponieważ jesteśmy lokalnymi patriotami, żeby to był ktoś związany z Bydgoszczą i szukaliśmy odpowiedniego nazwiska.
[06:07] - Wiem, że chcieliście, żebym to ja był, ale ja jeszcze żyję i cholera jasna, nie?
[06:12] - Naprawdę nikt z nas tego tobie nie życzy, żebyś został patronem biblioteki.
[06:16] - Szczególnie, że szukali osoby jednak świętej pamięci, jak powiedział Tadeusz.
[06:21] - No a to-
[06:22] - Kwalifikowałeś się.
[06:23] - Tak. A na świętą pamięć na pewno nie. W każdym razie początkowo wybór padł na redaktora Lucjana Znicza, który nie odpił się za to, żeby być patronem biblioteki. Był to oczywiście bydgoszczanin i człowiek, który zasłynął przede wszystkim jako badacz zjawiska zwanego UFO. Zajmował się ufologią, ale w przeciwieństwie do bardzo wielu innych ufologów był faktografem, jak o sobie mówił, czyli gromadził fakty. Gromadził ich bardzo dużo. Wydał bardzo obszerny księgozbiór i w zasadzie można powiedzieć, bo miałem okazję rozmawiać z panem redaktorem Lucjanem Zniczem, porównywaliśmy ilość tytułów, które on opublikował z tytułami innych, nawet tych najbardziej znanych ufologów na świecie, jak chociażby z Raymondem Hallarem czy Barrem Hopkinsem. No i wychodzi na to, że nikt na świecie tylu publikacji nie wydał co Lucjan Znicz. Jego księgozbiór jest największy na świecie. Także niewątpliwie była to postać, którą braliśmy pod uwagę jako bydgoszczanina jak najbardziej zasłużonego dla rozwoju kultury nie z tej ziemi, tak to może nazwijmy, Bydgoszczy.
Jednak zrezygnowaliśmy, ponieważ bibliotece z takim patronem po prostu kojarzyłaby się raczej z ufologią, a nasza biblioteka to przede wszystkim biblioteka literatury fantastycznej, w której oczywiście ufologia zajmuje dość poczesne miejsce. Później wybór padł na Krzysztofa Borunia, wprawdzie warszawiaka, ale człowieka, który z Bydgoszczą był silnie związany. W latach 50. publikował swoje teksty w Ilustrowanym Kurierze Polskim i tutaj w Ilustrowanym Kurierze Polskim w odcinkach ukazywało się jego opus magnum, powieść napisana wspólnie z Andrzejem Trepką, trylogia kosmiczna „Zagubiona przyszłość. Proxima. Kosmiczni bracia” i jedna z najważniejszych książek fantastycznych w historii polskiej SF. Akurat Krzysztof Boruń z Bydgoszczą był dość mocno związany. Często tu przyjeżdżał na różne spotkania autorskie. Potem, gdy zainteresował się parapsychologią, to jest dość ciekawe, bo Krzysztof Boruń był materialistą, ateistą, a w ogóle to był marksistą nawiasem mówiąc. Miałem okazję z nim rozmawiać w 1983 roku i wtedy go niesłusznie podejrzewałem, że to jest taki konformizm jakiś, że po prostu jest marksistą, bo akurat jest mu to potrzebne do tego, żeby utrzymywać się na rynku wydawniczym.
Ale nie, on był marksistą z przekonania. Autentycznie wierzył w to, że to jest ten kierunek, jedyny słuszny kierunek, w jakim ludzkość powinna podążać. Ale przydało mu się to do czegoś. Bardzo mu się przydało, bo oczywiście światopogląd miał materialistyczny i dzięki temu zjawiska paranormalne badał w sposób taki, powiedziałbym, bardzo zdrowy, czyli po prostu nie negował ich. Wiedział, że one mają miejsce. Interesowała go i telekineza, i telepatia, i prekognicja, i jasnowidzenie. Starał się zrozumieć, czym one są i podchodził do nich tylko i wyłącznie w sposób naukowy. Sam zresztą miałem okazję kiedyś brać udział w eksperymencie telekinetycznym zorganizowanym przez Krzysztofa Borunia. Krzysztof Boruń w związku z tym przyjeżdża do Bydgoszczy na targi ezoteryczne. Ten związek z naszym miastem był bardzo silny i w zasadzie stwierdziliśmy, że Krzysztof Boruń będzie patronem naszej biblioteki.
12 grudnia 2016 roku dotarła do nas tragiczna wiadomość o śmierci naszego kolegi, pisarza Jurka Gruntowskiego. I wtedy Łukasz i ja właściwie nie mieliśmy już żadnych wątpliwości. Właściwie to jeszcze tego samego dnia wiedzieliśmy, że biblioteka zyskała patrona. Patronem został Jurek Gruntowski.
[10:38] - To ja tak jeszcze, ponieważ ja się przy takich polowych audycjach zawsze niepokoję, czy nas słychać. Marku, czy nas słychać? Halo, halo.
[10:49] - Słychać cały czas.
[10:51] - To super. Dobrze, Tadeuszu, to ja zapytam tak: a co jest takiego niezwykłego w tej bibliotece, że o niej dzisiaj rozmawiamy?
[11:01] - Ja jeszcze może powiem, dlaczego w ogóle Jurek. Bo Jurek to nasz kolega i oczywiście, co jest dość istotne, on często w tym pomieszczeniu, w którym znajduje się nasza biblioteka, przebywał. Przychodził tam na spotkania i to nie jako bohater, nie jako pisarz, nie na swoje wieczory autorskie, tylko po prostu uczestniczył w spotkaniach Fandomu Bydgoskiego, a także spotkaniach poświęconych parapsychologii do klubu parapsychologicznego. Także można powiedzieć, że on tam jakoś duchem cały czas jest obecny. Jurek Gruntowski to pisarz niezwykły, pisarz nietuzinkowy, pisarz wyjątkowy i można powiedzieć, że dla nas to jest zaszczyt, że patronem jest ktoś taki. Jurek Gruntowski zadebiutował w 1983 roku w Wydawnictwie Literackim książką, zbiorem opowiadań „Anapolis. Miasto moich snów”. Później ukazał się dalszy ciąg też w Wydawnictwie Literackim „Anapolis. Świat mojej wyobraźni”. Potem ukazało się wiele innych książek, ale te dwa zbiory rzeczywiście były takim największym osiągnięciem literackim Jurka.
Chociaż on bardzo często podkreślał, że najlepszą rzeczą, jaką stworzył, było opowiadanie
[12:25] - I uciekło, kiedy jest potrzebne.
[12:27] - Przypomnimy ci za chwilę.
[12:31] - Ja powiem tylko jedną rzecz.
[12:31] - Którego bohaterem jest Edgar Allan Poe.
[12:35] - Tak. Natomiast ja tylko powiem, że w swoim czasie całą audycję Jurkowi Grudkowskiemu poświęciliśmy. Także nasi słuchacze znają tę postać. Zadając to pytanie o niezwykłość biblioteki, to między innymi miałem na myśli, żeby powiązać postać Jurka z tą biblioteką, bo Wiktor tutaj milczy, a Wiktor też ma dużo wspomnień związanych z Jurkiem. I zabawnych, i takich może mniej zabawnych. Od których zaczniesz, Wiktorze?
[13:14] - Tu można bardzo dużo.
[13:18] - „Wybraniec bogów”. Przepraszam.
[13:20] - To opowiadanie o Edgarze Allanie Poe.
[13:23] - Właśnie, uciekło z pamięci. Może zanim dojdę do Jurka Grudkowskiego, to może ty, Marek, powiesz, na czym polega niezwykłość tej biblioteki? Ja może bym się skupił na moment nad niezwykłością w ogóle biblioteki jako takiej. Zwróćcie uwagę, że czasami nam coś, tak jak przed chwilą opowiadanie, uratuje z pamięci. Ja bym proponował wam wszystkim, przynajmniej słuchaczom, tym, którzy się jeszcze książkami posługują, a nie tylko zapisami internetowymi, żeby dokonali takiego eksperymentu domowego. Otóż w domu mamy, czasami kobiety mają swoją maskotkę gdzieś w zasięgu ręki. Samochodem jeździmy, zwykle też mamy jakąś maskotkę. Mamy coś, co lubimy w zasięgu ręki. Naprawdę proponowałbym wam, że jeżeli macie jakieś większe zbiory książek, które tak zbierały, wcale nie musi być ich dużo, wybrać te książki, które są waszymi książkami, takie, które was przemówiły i w zasięgu ręki na jednej, dwóch, trzech półkach, nie rozbite gdzieś w księgozbiorze, że tam szprajdają, ale postawić je w jednym miejscu wszystkie razem. Zobaczycie, to jest coś takiego jak życie z rodziną.
Babcia jest na swoim miejscu, dziadek jest też na swoim miejscu. Wnuczek też jest na swoim miejscu. Cała rodzinka jest we właściwym miejscu. Podobnie książki są czymś bardzo podobnym. W tym momencie nie trzeba ich czytać, nie trzeba do nich wracać i tak dalej, ale jeżeli one są w zasięgu wzroku, w zasięgu ręki, człowiek zaczyna się czuć pewniej, bo wiesz, jak żyłeś kiedyś, co na ciebie zrobiło wrażenie, co zbudowało całą twoją świadomość. Nie pęta się to gdzieś po jakichś manowcach pamięci, że gdzieś, o Boże. Nie. Stoi sobie na półeczce. W każdej chwili mogę sięgnąć wzrokiem i utwierdzić się. Tak, to było dobre, to było świetne.
Przypominam sobie jakiś świat, przypominam sobie jakiś obraz. To jest poczucie samego siebie. Tym jest właśnie taka podręczna biblioteka. To nie jest stos śmiecia czy wieża Babel poukładana z książek, ale rzeczy, które po prostu się lubi i dobrze mieć w zasięgu ręki. Tym jest w ogóle chyba taka biblioteka, w której dobieramy książki, a nie umiejscawiamy je, jak leci, wszystkie, które świat mnoży i wydaje. To nie jest biblioteka, to jest zwałowisko.
[16:47] - Nie, polemizowałbym trochę jednak.
[16:49] - Wspomniałeś o „Bibliotece Babel” oczywiście Borgesa. Warto o tym wspomnieć, ponieważ Jurek Grudkowski był nazywany bydgoskim Borgesem. W jego prozie ten klimat borgesowski był wyczuwalny.
[17:07] - Oraz pewna intelektualność tej prozy też.
[17:10] - Oczywiście.
[17:11] - Która dla Borgesa jest charakterystyczna, dla Jurka również.
[17:15] - Czystość i zwięzłość, bo Jurek był bardzo precyzyjny.
[17:19] - Ale też odniesienia kulturowe, masa odniesień kulturowych, które czytając jego prozę, bardzo często trzeba było uważać. Uważać, bo tam były miny, ale te pozytywy, takie czytelnicze miny. Trzeba było być nieźle oczytanym, nieźle zorientowanym, żeby niektóre konteksty łapać.
[17:40] - Dokładnie. Myślę, że Jurek był świetnym nauczycielem historii w swoich tekstach. Mówi się o Sapkowskim w ten sam sposób, głównie o jego „Trylogii husyckiej”, gdzie bardzo wielu czytelników podziwia erudycję Sapkowskiego. Moim zdaniem Jurek był zdecydowanie większym erudyta, gdyż on nie sprzedawał swojej encyklopedycznej wiedzy. On sprzedawał swoje obserwacje wynikające ze doskonałej wręcz znajomości mechanizmów historii. I to właśnie chyba w jego prozie najważniejsze. Jeszcze na chwilę wracając do biblioteki, do tej Biblioteki Babel, pamiętamy, jak to u Borgesa było. To były pokoje z określoną ilością książek. Wszystkie pokoje sąsiadowały. Można było powiedzieć, że było to takie nieskończone uniwersum.
Co mi przypomina książkę, którą akurat czytam przez przypadek. Książkę Małgorzaty Stępień „Dusza książki”. W tej książce Małgorzata Stępień uważa, że słowo jest absolutnie sprawcze w stosunku do materii i do wszystkiego, co zaistniało na planie materialnym i metafizycznym. Może nie ona tak uważa, tylko ona tę tezę przedstawia i bardzo mocno ją eksponuje. Tutaj właściwie mamy podobną sytuację. To multiwersum, które powstało u Borgesa, jest widoczne również u Jurka. Widoczne jest w „Bibliotece annapolitańskiej”. W opowiadaniu „Fotografia” w ogóle jest przedstawiona biblioteka jako pewna idea. Tam co chwila pojawia się taki lejtmotyw, właściwie taka mantra: biblioteka walczy. Biblioteka walczy, ale biblioteka zawsze przegrywa.
Biblioteka zawsze przegrywa i przegrywa nawet wtedy, gdy wydaje się, że jest u progu swojego największego sukcesu. Mi się wydaje, że nie trzeba tego komentować, bo Jurek mówi tutaj o takiej prostej zasadzie, która właściwie konstytuuje całą naszą historię, dzieje ludzkości. Czyli krótko mówiąc: siła przed kulturą, siła przed intelektem, siła przed wyobraźnią i przed wrażliwością. Od tego odejść nie można. W ogóle Jurek postrzegał historię jako taką grę uprawianą przez dzieci. Dzieci, które po prostu muszą zagrać jak najwięcej przestrzeni dla siebie, gdzie u nich ujawnia się taki zwierzęcy terytorializm. Żeby jednak mieć jakieś uzasadnienie dla swoich poczynań, wymyślają różne doktryny, różne ideologie, różne idee. „Idea jest gorsza niż więzienie. Jak chwyci, to zawsze wstrzyma” — mówił Wiktor Żwikiewicz w „Kajomarsie”. Jurek to bardzo dobrze przedstawia w swoich opowiadaniach.
Bohaterami tego zbioru annapolitańskiego są ludzie, którzy mogli powiedzieć, że to są niepełnokrwiści. To nie są w zasadzie tacy bohaterowie, których możemy zapamiętać, którzy oddziaływują jakoś na naszą wyobraźnię. To są nosiciele idei, bo w Annapolis wszyscy żyją ideami. Nieważne, czy są ludźmi dobrymi, czy podłymi, oni żyją bez przerwy ideami i te idee usiłują realizować. W ten sposób Jurek stworzył taki bardzo dystopijny świat, bo Jurek był przeciwnikiem utopii, a już broń Boże realizowania utopii w praktyce. Ukazywał, co z tych utopijnych idei, które gdzieś tam się pojawiają, a prawie każda jest utopijna u swojego zarania, ukazywał, jak wiele nieszczęść z tego dla ludzkości jako całego zbiorowiska, jak i dla pojedynczych ludzi, dla indywidualności wynika. Jurek, jeśli chodzi o indywidualność, to też w niektórych tekstach polemizował z tą romantyczną wizją historiozoficzną o roli jednostek w historii. Że jednostki historię zmieniają i przekształcają i tak naprawdę to od nich wszystko zależy. Jurek twierdził, że prawdziwa jednostka, genialna jednostka, taka romantyczna jednostka jest totalnie osamotniona i ona w związku z tym nie może mieć wpływu na przebieg historii. Bo jeżeli chce mieć, to musi zacząć współpracować, musi wejść do jakiegoś tam, przepraszam za słowo, kolektywu.
I w tym momencie ta jednostka przegrywa, traci swoją wyjątkowość, zaczyna się rozmywać na drobne. Jurek też w swoich opowiadaniach porusza tematykę tak zwanych szczekaczy historii. Tu znów mi się „Kajomas” Wiktora Bryszka przypomina, ten bies nowaty. Na ile rzeczywiście oni mogą mieć wpływ na przebieg historii, czy tylko jawią się jako pisma, których często nie podejrzewamy? Bardzo przyjemnie przesłuchanie te ukazywane, bo pozornie tylko ofiara nie chciała wobec skazańca zastosowała wszystkie metody przesłuchań, tortury. Na końcu tego skazańca wypuszczają ze swoich lochów, pozwalają normalnie sobie już żyć na świecie, ponieważ herezje głoszone przez tego człowieka są na tyle absurdalne, na tyle głupie, na tyle bez sensu, że jak twierdzą inkwizytorzy, po prostu nikt im nie da wiary, a jedyne, co może go spotkać na zewnątrz, to będzie po prostu tylko i wyłącznie śmiech. Tylko i wyłącznie może skazać się ten człowiek na ośmieszenie. Dlaczego? Właśnie. To jest ta teza, którą Jurek w innych opowiadaniach ukazuje, jak chociażby „Strony Annapolis”, gdzie przeciwstawia się determinizmu destynacji jako, bo niektórzy uważają, napisana, jak chociażby Philip K.
Dick tam sugerował, którego Jurek, nawiasem mówiąc, bardzo lubi. Jurek się temu przeciwstawia. Z jego tekstów to wyraźnie wynika. Ale jeszcze na chwilę wrócę do biblioteki, bo ona jest tutaj bardzo ważna w tym cyklu. To było opowiadanie „Fotografia”. Do opowiadania przychodzi czytelnik, który odnajduje tam książkę Maxa Plancka pod tytułem „Dzieje powszechne” albo „Historia powszechna”. Teraz nie jestem pewien. I się okazuje, że gdzieś tam w innym uniwersum jest Max Planck, który tworzy właśnie multiwersum. Czyli mówi o istnieniu wielu różnych rzeczywistości, które mogą ze sobą sąsiadować. I ta książka jest jakby przelicznik do tego innego uniwersum, czyli do tego naszego uniwersum.
Tam Max Planck jest już kim innym. Wracam znów do Małgorzaty Stępień i do tego, że słowo jest sprawcze, czyli ta książka jest sprawcza tak na dobrą sprawę. Taką bardzo fajną tezę tam Jurek też delikatnie podsuwa. Najbardziej chyba jednak w tych tekstach ważne było to ośmieszenie tych wszystkich Heresejarchów, twórców i doktryn ideologii, którzy jeżeli cokolwiek zmieniali, to zmieniali tylko i wyłącznie pozornie, bo tak naprawdę innym mechanizmem wszystkim rządzą. Zabawne jest opowiadanie, o którym warto wspomnieć, „Heresejarcha”, w którym pojawia się rzeczywiście nowy mesjasz i on głosi, wszyscy są nim zachwyceni. Niewątpliwie jest charyzmatyczny, ale wszyscy są nim zachwyceni dlatego, że on co chwilę zmienia swoje postanowienia. Raz jest absolutnym ascetą odżywiającym się korzonkami i łopianem, zaraz potem staje się hedonistą, potem staje się bluźniercą, który wszystkie możliwe religie znieważa. Potem staje się zakonnikiem bardzo gorliwym i wyznaje, a na końcu szokuje wszystkich tezą, że najważniejsze w życiu jest wątpienie w Boga i że w tym wątpieniu zawiera się cała prawda. Przerażające, ale Jurek potrafi się bawić czytelnikiem. Potrafi przekazywać też prawdy przerażające.
I tam się pojawia taka jedna prawda: Bóg jednako wszystkich nagrodzi. Szok. Katastrofa. To jest coś, o czym wcześniej w zupełnie inny sposób pisał Dostojewski. To jest coś, nad czym wszyscy się zastanawiali. Jeżeli tak jest, jaki jest sens naszego życia? Jaki sens etyki, moralności i tego?
[26:21] - No chyba, że nagroda jest w cudzysłowie. Nagrodą może być również kara, nie?
[26:27] - Jednako wszystkich. Taka jest teza tego „Heresejarcha”. Inny „Heresejarcha” z kolei, z innego opowiadania Jurka, stosuje taką triadę logiczną. Punkt pierwszy: Bóg istnieje. Punkt drugi: Bóg nie istnieje. Z tego wynika punkt trzeci: nieistniejący Bóg istnieje. Ale jaki wniosek z tego rozumowania wypływa? Bóg jest nicością. I to są właśnie te pozorne tylko dowcipy Jurka. Ale wszystkie one prowadzą w końcu do biblioteki, która walczy, do Biblioteki Neapolitańskiej, gdzie wszystko jest spisane.
Dlatego my czasami pozwalamy sobie na takie absolutne zarozumialstwo i naszą bibliotekę, Bibliotekę Literatury Fantastycznej imienia Jerzego Brudkowskiego, nazywamy Biblioteką Neapolitańską.
[27:20] - Wow! To jest informacja mocna, powiedziałbym. Ale dobrze, to idźmy za ciosem. Po mocnej informacji dajmy kilka równie mocnych. Ile tytułów w tej chwili w bibliotece się znajduje? Oczywiście mniej więcej, bo pewno już ta biblioteka przekroczyła taką masę krytyczną, gdzie można co do sztuki określić.
[27:44] - Nasza biblioteka przypomina w tej chwili mniej więcej Bibliotekę Kongresu Amerykańskiego. Są osobne sale, jedna sala jest poświęcona Stanisławowi Lemowi, inna jest poświęcona Kurtowi Vonnegutowi.
[27:59] - No tak, widać, że mówi w tej chwili miłośnik fantastyki naukowej.
[28:05] - Mamy rękopisy Edgara Allan Poe, Jules'a Verne'a. Co więcej, królowa brytyjska przekazała nam oryginał „Topi”, ta biblioteka naprawdę istnieje.
[28:18] - No tak, ale to-
[28:20] - To jest świat mojej wyobraźni. Jurek w „Annopolis. Świat mojej wyobraźni”, więc mam prawo tak mówić.
[28:25] - Jasne, ale to ja jednak będę tym, który stąpa twardo po ziemi. To jak ona wygląda poza wyobraźnią, materialnie?
[28:35] - To jest literatura fantastyczna, tu nie można stąpać po ziemi.
[28:38] - Można, czasami można spróbować. Ja będę postulował w każdym bądź razie.
[28:43] - Jeżeli mam mówić prawdę, to powiem szczerze, nie wiem. Może ja jednak na wszystko prze-
[28:48] - Dużo. To zostańmy przy tym, że jest tego dużo.
[28:52] - Nie, powiem oczywiście. Nasza biblioteka skromna jest, dopiero raczkujemy. Istniejemy od dwóch lat i udało nam się zebrać do tej pory około, to już mówię serio, około pięciu tysięcy woluminów. Mam na myśli książki, czasopisma i fanziny. Zbieramy różne edycje jednego tytułu, różne wydania. Na przykład „Władcę pierścieni” chcemy mieć wszystkie, przynajmniej w języku polskim. Chociaż mamy też dzieło w języczku obcym. Główny trzon biblioteki to oczywiście beletrystyka fantastyczna. Oczywiście fantastyka we wszelkich przejawach, czyli mamy literaturę science fiction, fantasy, literaturę grozy, weird fiction, horror. Mamy też oczywiście baśnie.
Mamy klechdy i legendy. Mamy też prozę surrealistyczną, taką eksperymentalną, którą Maciej Parowski mógłby spokojnie nazwać literaturą wyobraźni, bo Maciej Parowski w swoich doskonałych esejach, ma Pana Boga, tak nazywa czasami fantastykę i bardzo ryzykownie zestawia ze sobą Bułhakowa z Wyndhemem.
[30:00] - No tak, bo Maciej Parowski-
[30:02] - Ale właśnie u nas jest Bułhakow i Wyndham
[30:04] - ... ma taką tendencję do systematycznego rozszerzania granic fantastyki. On to dosyć umiejętnie robi i przyznaje, że ma argumenty. Potrafi znajdować argumenty.
[30:16] - Ma argumenty jak najbardziej. Mamy przecież Bułhakowa, to nie tylko twórca „Mistrza i Małgorzaty”, to także twórca książek science fiction, takich jak „Fatalne jaja” czy „Psie serce”. Ale to tak na marginesie. Podsumowując, beletrystyka jest oczywiście podstawą, ale oprócz beletrystyki rzecz jasna jest dział nauki i o literaturze, krytyka literacka i tu znajdują się bardzo różne nazwiska. Tutaj oczywiście jest i profesor Niewiadomski, tu jest oczywiście Lech Jęczmyk wspomniany, tu jest i Maciej Parowski, i Marek Oramus ze swoimi felietonami. Tu są także naukowcy, bo ostatnio dzięki Działaniu sił nie z tego świata. Fantastyka wchodzi na salony uniwersyteckie, akademickie i ukazują się prace doktorskie poświęcone tej tematyce. Mamy tutaj pracę pani Moniki Brzostowicz-Klein, a także naszej znajomej Marty Kładź-Kocot. Mamy dużo publikacji prosto z uniwersytetów ściągniętych. Jest to dział, który jest dla nas bardzo ważny.
Chcemy go rozszerzać, rozbudowywać, bo chcemy, żeby w przyszłości studenci, którzy napisali prace licencjackie czy magisterskie, a także doktoranci albo doktorzy, którzy się habilitują, mogli u nas, w naszej czytelni z tych publikacji korzystać. Oprócz tego, jak już wspomniałem wcześniej, mamy nielegalne. Jest ich bardzo dużo.
[31:49] - Wow!
[31:50] - Tak, nielegalne.
[31:51] - To brzmi pięknie, ale rozumiem, że one były nielegalne w latach 80. na przykład.
[31:55] - Tak. Mój kolega nawet siedział w więzieniu przez trzy miesiące za wydanie paru rzeczy. Nie będę mówił tytułów i tak dalej, bo ktoś potem skojarzy. Może on nie chce, żeby przypominać tutaj publicznie, co mu się przytrafiło. Ale tak, były ofiary systemowe wydawania.
[32:15] - A ja powiem tylko jedną rzecz, że kiedy byliśmy z Wiktorem na Festiwalu Fantastyki w Nieni Dzicy, czyli w Mierkach, skąd nadawaliśmy ostatnie „Bibliotekarium”, tam była piękna prelekcja poświęcona fanzinom, klubówkom z lat 80. Mamy nadzieję z autorem tej książki, która się ukazała całkiem niedawno na rynku, zrobić osobną audycję, osobne „Bibliotekarium”. Tak się przynajmniej umówiliśmy na festiwalu. Myślę, że to będzie ciekawa audycja, bo kiedy słuchałem prelekcji o tym temacie, to nagle uświadomiłem sobie, jak bogaty był ten rynek wydawniczy. Niby powinienem to wiedzieć, bo sam korzystałem. Wydawałem majątek w latach 80. na te wszystkie klubówki, na wydania rzeczy, które nie miały szans się ukazać w tamtym systemie albo jeśli by się ukazały, to po wielu latach. Ja to zdobywałem. To były często bardzo marnie odbite publikacje, a czasami o paradoksie, były świetnie zrobione, niemal profesjonalnie.
[33:27] - „Najdalszy brzeg” Ursuli Le Guin pierwsze bardzo profesjonalne wydanie nielegalne. Ale też były rzeczy wydawane wręcz na powielaczach. Pierwsze fanziny na powielaczach.
[33:38] - Ale przypominam, był taki zbiorek Katnera na przykład bardzo elegancko wydany.
[33:44] - „Szachownicko”?
[33:44] - Inaczej. Inny to był tytuł, nie pamiętam. Kolorowa okładka, nieźle zrobiony środek. Ten rynek był naprawdę bogaty i rozumiem, że rynek prohibitów ówczesnych z lat 80. u was jest reprezentowany.
[34:04] - Tak. I uważam, że to jest bardzo cenny fragment naszych zbiorów. Niekoniecznie ze względu na wartość merytoryczną, bo co tu dużo mówić. Pamiętam, że sam uczestniczyłem w różnych tego typu projektach w latach 80. i wydawaliśmy bardzo różne książki, między innymi na przykład „Owadce pulsarów” Pierre'a B. Rzecz, którą koniecznie chcieliśmy wydać, bo mieliśmy do tego dostęp. Wiedzieliśmy, skąd wziąć tekst, jak go wydać, gdzie wydać i tak dalej. Czy „Vahanara” Georges'a Vana i tak dalej. Ale z drugiej strony muszę powiedzieć, że uczestniczyłem, teraz już mogę to głośno powiedzieć, w wydaniu wspomnianych wcześniej „Fatalnych jaj” Bułhakowa, co było wielkim strzałem w dziesiątkę. Pamiętam, że fandom oszalał, gdy udało nam się tę książkę wydać.
Te rzeczy, które mamy, to głównie fanziny oczywiście, bo z książkami jest różnie. Czasami rzeczywiście one wyglądają tak fatalnie, że nikomu ich nie polecę. Mają już teraz tylko i wyłącznie wartość historyczną. Po prostu są to zabytki, to, co jest u nas. Ale fanziny tak. Fanziny są bardzo ważne z wielu względów, bo fanziny mówią o poziomie fandomu z lat 80. Mówią o mentalności fandomu, mówią o tym, czym fandom żył, jacy ludzie tam byli, na czym im tak naprawdę zależało, czym ten fandom w końcu, co jest bardzo istotne, różni się od dzisiejszego. A różni się prawie wszystkim.
[35:21] - Wszystkim.
[35:22] - Prawie wszystkim. I to bardzo wyraźnie widać w fanzinach. Naprawdę mamy, nie skłamię, że wszystkie, ale większość tytułów, które się ukazywały do przynajmniej połowy lat 90. Te łódzkie wydawnictwa to „Syks”, „Fantastyczne Kurierem Seminaryjne”. Mamy „Spektrum”, mamy „Jubika”. Oczywiście mamy nasze bydgoskie. Mamy naszego „Żółtego Maskona” wydanego pod opieką i redakcją Wiktora Żytliwicza z jego okładką, ze słynnym nietoperzem.
[35:58] - Netoperek.
[36:00] - Tak. Który był uznany, pamiętam, w roku 1980 za najlepsze nielegalne wydawnictwo fantastyczne w Europie na konwencie, na jakimś EuroConie w Genewie bodajże. Jest to rarytas. Wiem, że był poszukiwany swego czasu i dość dużo pieniędzy nawet ludzie dawali za tego „Żółtego Maskona”. Jest u nas.
[36:23] - Bo jeśli byś się dobrze rozejrzał po Allegro czy po innych różnych serwisach, to te wydawnictwa z lat 80. dzisiaj uzyskują naprawdę niezłe ceny. Jeśli ktoś by tylko w taki sposób, taki czysto komercyjny podchodził, to naprawdę dzisiaj można na tym zrobić niezły biznes. Na szczęście są ludzie, którzy nie tylko przez ten pryzmat patrzą na te wydawnictwa. Rzeczywiście dzisiaj niektóre z nich to są unikaty, bo warto powiedzieć, że część wydawnictw ukazywała się w takich nakładach jak 70 sztuk ... jak 80 sztuk. Przynajmniej oficjalnie, bo tam też było tak, że były ograniczenia i wolno było, zdaje się, dla potrzeb organizacji wydać bodajże 100.
[37:07] - A tu mówimy teraz o legalnych.
[37:08] - Tak, o tych legalnych, które były legalnie wydawane. Ale oczywiście, jak to Polak potrafi, pisano, że wyszło 100, a w rzeczywistości tłuczono znacznie więcej. Były też takie wydawnictwa, które rzeczywiście sięgały na przykład 30 sztuk i nie więcej. Dzisiaj są prawdziwymi białymi krukami. Tak to wyglądało. Więc rynek jak najbardziej ciekawy. I skoro w Bibliotece imienia Jurka Gruntowskiego tego rodzaju literatura się pokazuje, to ja jestem niemal pewien, że badacze tej literatury czy badacze fandomu, w ogóle naukowcy, wcześniej czy później się zameldują. Ja już mogę zapowiedzieć, że człowiek, z którym rozmawialiśmy i o którego książce będziemy jeszcze rozmawiać, na pewno się do ciebie, Tadeuszu, zgłosi, bo już na ten temat z nim rozmawiałem. I kiedy usłyszał właśnie o Maskonie, o tym żółtym zeszycie, bardzo go to zainteresowało. Bardzo chciał rozmawiać o tym ze mną.
A kiedy się wycofałem rakiem, że ja w gruncie rzeczy wiem na ten temat niewiele i odesłałem go do źródła, czyli akurat do ciebie, był niezwykle ucieszony. Mam nadzieję, że ten kontakt zostanie podtrzymany i zaowocuje kolejnym tomem tej publikacji o wydawnictwach z lat 80. Bo to, jak powiedziałeś, był pewien znak czasu i pewne odbicie stanu ducha tego poziomu intelektualnego fandomu, tego, że fandom czytał. To też dosyć ważne. Między innymi jedna z tych różnic, o których wspomniałeś pomiędzy fandomem z lat 80. a tym fandomem, który istnieje dzisiaj, to jest między innymi taka, a przede wszystkim dla mnie taka, że tamten fandom czytał. Ten dzisiejszy nie zawsze i niekoniecznie. Chociaż oczywiście istnieje silna grupa czytaczy, jak ja to powiem, i ci są mi najbliżsi. I zapanowała cisza. Wiktor się zbiera do skoku.
[39:20] - Nie wiem. Ja tak na marginesie tutaj sobie słucham, co wy mówicie, i troszkę muszę powiedzieć, że skóra na mnie cierpnie. Naprawdę.
[39:32] - Ale dlaczego?
[39:34] - Z tego powodu, bo ja uważam, że wszystko na świecie-
[39:39] - Ma swój czas
[39:41] - ... również ma masę krytyczną. Zaczynam się bać trochę o Bydgoszcz. Wiecie, przypomnijcie sobie, wiesz, jaki był największy pożar we Lwowie? Zaraz powiem jaki, ale przedtem jeszcze w Egipcie też zbierano książki w jednej wielkiej bibliotece.
[40:02] - Aleksandryjskiej.
[40:03] - Aleksandryjskiej. I spłonęła. Kiedy Czartoryscy we Lwowie zebrali już właściwie wszystkie książki z Europy, które były dostępne, natychmiast pojawili się bolszewicy, wysypali na środku rynku gigantyczny stos i puścili to z dymem. Zaczynam się bać o Bydgoszcz.
[40:23] - Ale wiesz co? Dobrze, oczywiście aluzje i nawiązania historyczne rozumiem, ale też pamiętam, że kiedy spłonęła Biblioteka Aleksandryjska, to jednym z pierwszych kroków, jakie podjęto w tamtym czasie, rzucili się wszyscy ci, którym ta biblioteka była bliska, i zaczęli spisywać wszystko to, co pamiętali. Wszystko to, co gdzieś tam zachowało się w ich pamięci. Dzięki temu coś zostało. Co więcej, wiedziano między innymi, czego szukać. Bo oczywiście Biblioteka Aleksandryjska nie była jedyną biblioteką i tych mniejszych, większych bibliotek na terenie na przykład Grecji czy tej Grecji, która dzisiaj jest już Turcją, ale tej części ówczesnej Grecji, tych bibliotek było sporo. I przynajmniej kiedy ta biblioteka spłonęła, wiedziano, czego szukać w tych mniejszych bibliotekach. Nie chcę tu powtarzać za klasykiem, że rękopisy nie płoną, bo płoną, przecież każdy z nas widzi. Ale w tej przenośni jest dużo prawdy. Bo biblioteka, tak jak Tadeusz powiedział, w pewnym momencie przestaje już być tylko miejscem, w którym stoją regały i na tych regałach stoją książki.
Ona się staje czymś więcej. I wtedy, kiedy staje się czymś więcej, wtedy się staje naprawdę ważna. Taki mój punkt widzenia. Dlatego ja bym się specjalnie o ten Bydgoszcz i o ten pożar ewentualny nie martwił. Naprawdę.
[42:05] - No ja bym się tak martwił. Martwiłbym się, i to bardzo, bo mi się przypomina pożar innej biblioteki w powieści „451 stopni Fahrenheita”. I przypomina mi się śmierć bohaterskiej bibliotekarki, która wyszła na środek książek i zacytowała Edgara Allan Poe i powiedziała: „Teraz rozpaliły wielki ogień” i upuściła zapałkę na naftę rozlaną wcześniej przez strażaków. Bohaterską pomoc razem ze swoimi książkami. A co jest ciekawe, bo to jest powieść Raya Bradbury'ego „451 stopni Fahrenheita”, natomiast w opowiadaniu „Usher II” w „Kronikach Marciańskich” Bradbury wraca do tego wątku i tam właśnie tępi się szczególnie literaturę fantastyczną. Też na stos idą książki, ale głównie fantastyczne. Tych, którzy usiłowali swoją wyobraźnią łamać granice schematów tych realistycznych. Tam idą na stos i książki fantastyczne, i filmy z Borisem Karlovem, i ze starymi horrorami. I wszystko to Co wiązałoby się z wyobraźnią człowieka wyzwoloną z okowów. Co jest ciekawe, Bradbury posuwa się jeszcze dalej, bo mówi, że zabroniono niektórym wykonywania dziwnych gestykulacji.
Nie można było mimiką twarzy pokazać czegoś niezwykłego. To było też karane. Niektórym zakazano gry aktorskiej nawet przed lustrem. Krótko mówiąc, coś mi to przypomina, bo pamiętam, jak stan wojenny został wprowadzony i gdy czytałem afisz o wprowadzeniu stanu wojennego, co nam wolno, a czego nie wolno, to właśnie tam był taki punkt. Nie wolno mimiki i gestów wyrażać swojej dezaprobaty wobec władzy. I przypominają mi się od razu Bradbury. Czyli, krótko mówiąc, ten Bradbury gdzieś naprawdę w naszej rzeczywistości jest. Niechęć do tej literatury, która wykracza poza schematy, do tej, jak by powiedział Parowski, literatury wyobraźni, jest bardzo duża. Absolutnie byłbym taki spokojny, Marku. Ale chcę powiedzieć, że mamy „451 stopień Fahrenheit”.
Mam na myśli tytuł powieści.
[44:40] - Gaśnica?
[44:40] - Definicja jest taka-
[44:41] - „Marć, czerni i płonąć”.
[44:47] - Mamy tylko tytuł.
[44:55] - Przy gaśnicy też mamy literacko, czysto technicznie.
[45:01] - Powinno być gdzieś.
[45:03] - Ale ja powiem tak, że w ogóle płonąca biblioteka musi pisarzom jako miejsce fascynujące, bo przypomniała mi się właśnie sobie imię, że też ta biblioteka konstatuje. A zatem cóż, pisarze mają w sobie jednak z masochizmu taki aspekt. Przynajmniej to miejsce, w którym potencjalnie ich dzieło może się znaleźć, płonie i pożera to wszystko ogień. Dobrze.
[45:31] - Chyba nie chcę twoich książek nawet palić.
[45:38] - Będzie.
[45:39] - Bo to byłoby źle. Z drugiej strony muszę ci powiedzieć, że pamiętam, to akurat u Bradbury'ego tego nie ma, tylko jest to w filmie Françoisa Truffaut „Fahrenheit 451” pod takim tytułem trochę zmienionym. Kapitan straży pożarnej, który likwiduje tajną bibliotekę, wyciąga „Mein Kampf” i pokazuje to strażakowi, swoim podopiecznym i mówi: „To też spaliłem. Wszystko paliłem”. Ale widać, że z pewnym takim ociąganiem tę książkę będzie rzucał na stos. Ale to też palą, czyli krótko mówiąc, marne pisarzy też palą. Także, krótko mówiąc-
[46:21] - Okej.
[46:21] - Byłoby to najgorsze, co można usłyszeć. Twoich książek nikt nie spali.
[46:25] - Właśnie, wiesz co? To jest w gruncie rzeczy z jednej strony pierwszy odruch, że się człowiek załamie. Ale pytanie, czy twoich książek nawet nie będą palić?
[46:41] - A to jest bardzo druzgocąca krytyka twórczości.
[46:45] - Właśnie tak. Tylko człowiek ma wtedy uczucia ambiwalentne. Myślę, że z jednej strony jego dzieło nie spłonie, a z drugiej strony jest tak marne, że go nikt nawet spalić nie chce. Co rzeczywiście może być koniec twórczości danego autora. Może to jest jakiś sposób, żeby niektórzy pisarze zamilkli właściwie.
[47:04] - Jest to też sposób na promowanie pisarzy, bo przypomnijmy, co zrobił dyrektor jednego z liceów w Stanach Zjednoczonych. Kazał na podwórzu szkolnym spalić wszystkie książki Curta Vonneguta. Jak się okazuje, jako książki bluźniercze.
[47:19] - A jako owoc zakazany pewno wszyscy uczniowie-
[47:23] - Wszyscy uczniowie czytali Curta Vonneguta. I to był prawdziwy cel tego dyrektora. Chciał zmusić ich do czytania. Do czytania Vonneguta, którego są bardzo nudne.
[47:32] - No proszę. Jak często się czasami człowiek musi namęczyć, żeby nakłonić drugiego człowieka do tego, żeby sobie coś przeczytał.
[47:40] - Życzę wam, panowie pisarze, aby wasze książki płonęły gdzieś.
[47:44] - No to ja chyba się przerzucę.
[47:47] - Na palenie książek?
[47:48] - Z papierosów na palenie książek.
[47:51] - Wiesz, jakbyś to robił z odpowiednim zacięciem i z odpowiednim rozmachem, to ja myślę, że zyskałbyś szybko sławę takiego- mógł być palacz zwłok, może być palacz książek. Notabene tytuł, który wymieniłem, czyli „Palacz zwłok” Huxa, o ile dobrze pamiętam, to znakomita książka, która też ukazała się w swoim czasie w Wydawnictwie Literackim, w takiej białej serii, w której się ukazywały książki gdzieś dotykające, ocierające się o fantastykę, ale taką szeroko pojętą. Może nie wszyscy znajdą w niej elementy fantastyczne, ale książka jest absolutnie fascynująca. Niech to powiązanie wystarczy. Ja pamiętam, z jakim napięciem po lekturze tej książki czekałem później na teatr telewizji, w którym ta właśnie powieść była adaptowana na scenę. Muszę przyznać, że po raz kolejny ten tekst, ta opowieść zrobiła na mnie wrażenie. Chociaż tak jak wtedy ja byłem złakniony takiej fantastyki w postaci czystej, było w tym mało fantastyki, a mimo tego byłem zafascynowany, a to już było dużo. Jeśli coś wtedy było niefantastyczne, a mnie ekscytowało, to naprawdę musiało być coś.
[49:18] - Przypomnę ci, Marku, jeszcze jedną książkę. Nikt nie wymieni tego autora jako pisarza science fiction, to na pewno. Ani nawet fantastyki, ale jednak „Gra szklanych paciorków” Hessego to jest książka jaka?
[49:40] - Jak najbardziej fantastyczna.
[49:41] - Jak najbardziej fantastyczna przecież. Tylko że Hesse nie jest pisarzem fantastycznym.
[49:48] - No nie jest, ale właśnie Hesse stworzył moim zdaniem coś w rodzaju udanej utopii.
[49:53] - Tak.
[49:53] - To jest piękna utopia. To wszystko dzieje się w świecie zwanym Kastylią. Takie państwo Kastylia, w której właśnie uprawia się grę szklanych paciorków. Trzeba zostać mistrzem tej gry. I właśnie jak się patrzy na wszystko, jak ten cały świat funkcjonuje, to jest świat po prostu jakiegoś ideału intelektualnego, prawda? Moim zdaniem piękny świat, w którym chciałoby się żyć. I nie jest to świat z tymi wszystkimi skazami, które w różnych utopiach są realizowane. Co jest ciekawe, Hesse napisał tę książkę w czasie wojny. Pod koniec wojny zaczął ją pisać, a więc w świecie, który nie dawał żadnych nadziei na to, że można stworzyć piękną oazę, piękną enklawę. Bo wszystko jest wypalone, bo wszystko jest zniszczone.
To jest epoka pieców, która się dopiero skończyła. A Hesse tworzy coś zupełnie pięknego, jakby się logice jakiejkolwiek swojego czasu przeciwstawił. Powstała moim zdaniem wspaniała, jedna z piękniejszych powieści fantastycznych.
[50:52] - Zgadza się.
[50:53] - Chociaż nie do końca fantastyczna. Bo jakby ktoś chciał bardzo na czynniki pierwsze ją rozłożyć, to fantastyki takiej czystej tam nie ma tak dużo. Dopiero jak się to złoży w całość, to wtedy się ta fantastyka pojawia. Nie wiem, czy jasno wyrażam swoją myśl, ale o coś takiego mi chodzi. Jakby szukać tych elementów fantastycznych z lupą szczegółowo, to nie ma tego praktycznie. Jak się złoży w całość, to nagle powstaje cały świat, o którym powiedziałeś. I to jest w nim niesamowite i to jest w nim fantastyczne. Ja tak to widzę. Nie wiem, czy dosyć jasno to przedstawiłem, ale taki jest mój obraz tego.
[51:38] - Mi przypomina „Grę szklanych paciorków” proza Jurka. Tak. Dlatego też nawiązałem, bo ja z Jurkiem dużo rozmawiałem na ten temat i chyba jedną z pierwszych rozmów, jaką prowadziłem. Nie pamiętał on o tej rozmowie nic, natomiast dyskutowaliśmy o „Grze szklanych paciorków”. On miał chyba z 16 lat, kiedy do mnie trafił. I to była książka, którą omawialiśmy sobie. Dyskutowaliśmy na jej temat. Nie przypadkiem prawdopodobnie.
[52:15] - Tak. To już spaliliśmy Tadeuszowi bibliotekę.
[52:18] - Nie. Ja obiecuję, że na pewno pierwsze co zrobię, jak tylko dotrę do biblioteki, to wyciągnę dwie książki. „Nadciąga burza” Marka Żelkowskiego i „Delirium Tarsis” Wiktora Żyłkiewicza i je spalę. Zapalę i zrobię z tego relację na Facebooku i tak dalej, żebyście panowie wiedzieli, że bardzo was lubię i uważam, że to są naprawdę bardzo dobre książki.
[52:42] - Proszę. Jak można okazać pisarzowi sympatię? Paląc jego książki. To jest dosyć niecodzienna konkluzja.
[52:50] - Proszę państwa, o Żyłkiewiczu mówiliśmy tutaj dość dużo. Mówiliśmy o „Delirium Tarsis”, a o „Nadciąga burza” prawie nic. Nie wiem, czy była jakaś audycja.
[52:58] - Nie było.
[52:59] - Nie było audycji o twórczości Marka Żelkowskiego, więc Wiktorze podpowiadam, proszę i namawiam, żebyśmy kiedyś tak jak zrobiliśmy spotkanie u ciebie, zrobili spotkanie u Marku, bo „Nadciąga burza” to jest po prostu zbiór perełek. Wydaje mi się, że jest to coś. Ja do tej książki wracałem. Czytając „Nadciąga burza” cieszyłem się jak dziecko, bo gdzieś tam wracałem do Breta Burrego, do moich pierwszych fascynacji. Odkrywałem coś nowego. Gdzieś tam był Marek niebezpieczny, groźny i drapieżny. Gdzieś był subtelny i delikatny. Dla mnie to jest jedna z najważniejszych książek, jakie się ukazały. W naszej bydgoskiej twórczości fantastycznej to uważam, że to jest jedna z najważniejszych rzeczy, które się pojawiły w ostatnich latach. Książka, o której się mało mówi, a o której trzeba mówić dużo.
Marku, nie wiem.
[53:57] - Wiedziałem, że mnie kiedyś to spotka i trzeba będzie się z tym zmierzyć.
[54:00] - Tak. Musimy się zmierzyć wszyscy z biorem opowiadania „Nadciąga burza”, ponieważ należy się. Uważam, że każdy miłośnik fantastyki powinien poznać ten zbiór.
[54:09] - Wow. Jako jeden z prowadzących gładko przełknę ten komplement. Wiktor się uśmiecha.
[54:16] - Nie. Ja patrzę na ciebie z podziwem, a nie uśmiechem.
[54:20] - Tak. To są tak zwane-
[54:22] - Odkryłeś. Teraz i Tadeusz się odkrył dla mnie.
[54:28] - Okej, panowie. Jak to się mówi, pożartowaliśmy, to teraz-
[54:32] - Bydgoski Bret Bury.
[54:33] - Tak. Dobrze. Znowu gładko przełknę komplement, bo cóż mi pozostaje? To, że się w tej chwili rumienię, to tego na szczęście nie widać. To tak teraz, żeby zagadać to wszystko, co usłyszałem, co jest miłe. W domu sobie będę przetrawiał. Natomiast w tej chwili chciałbym zaproponować. Mówimy o dużym zbiorze książek. 5000 różnego rodzaju pozycji to jest dużo, a będzie jeszcze więcej. To musi paść takie pytanie.
Ono jest trywialne. Każdy przypuszczam tutaj, którzy słuchają tej audycji, już to pytanie zadał kilka razy. To jakie książki ty, Tadeuszu, jako opiekun, współopiekun tej biblioteki na przykład byś polecił?
[55:22] - Ja jeszcze może dodam kilka zdań o zawartości biblioteki. Ja powiedziałem, że beletrystyka, czyli literatura fantastyczna jest tutaj najważniejsza i tam jest tych pozycji najwięcej. Mówimy o fanzinach, o wydawnictwach amatorskich i nielegalnych. Mamy oczywiście jeszcze czasopisma różne. Rzecz jasna jest „Fantastyka”, jest „Feniks”, jest „Science Fiction”. Są też czasopisma, o których istnieniu mało kto wie, jak na przykład „Magazyn Fantastyczny”. Bardzo fajne, dobre pismo, które gdzieś tam utonęło, zaniknęło i o którym mało kto słyszał.
[56:03] - W pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku się ukazywało.
[56:07] - Jeszcze oczywiście są słynne magazyny jak „Isaac Asimov's Science Fiction”, edycja polska. Tego jest też bardzo dużo do skorzystania głównie na miejscu, ale nie tylko. Jest tam fantastyka sensu stricto. Jest tam też bardzo pokaźny dział literatury, książek i czasopism poświęconych zjawiskom niezwykłym, zjawiskom nie z tej ziemi. Dlatego czasami mówimy, że ta biblioteka jest nie z tej ziemi, żeby nie tylko i wyłącznie do fantastyki ją ograniczyć. Czyli mam tutaj na myśli parapsychologię, ufologię, paleostronautykę, fenomeny X oraz na razie rozbudowuje się, powiedzmy, że jest to jedna taka dość solidna półka poświęcona futurologii. Z tymi tekstami jest najtrudniej, ale mamy tutaj oczywiście i Artura C. Klarka, i Stanislawa Lema, i Alvina Tofflera. Powiedzmy, kilka ważnych nazwisk tam się pojawia. Oraz mamy taki dział popularnonaukowy, gdzie niektórzy autorzy w dość odważny sposób mówią o pewnych sprawach związanych z konwencją współczesnej nauki.
Między innymi mamy tutaj naszego znajomego Tadeusza Myszko i jego „Klucz do DNA”. Co jest dla mnie bardzo ważne, bo nie podejrzewałem siebie o to, że jestem lokalnym patriotą, a okazuje się, że mam dość mocno zaakcentowany bydgoski dział w naszej bibliotece. Także miłośnicy tej tematyki też mogą do nas przychodzić.
[57:45] - Okej, wrócę do pytania.
[57:47] - Co bym polecił?
[57:48] - Co byś polecił? Ja wiem, że polecanie jest-
[57:52] - Chciałbym, żebyś przeszedł się pomiędzy regałami.
[57:54] - O, dokładnie.
[57:55] - Coś tam wyciągnął. Może A na przykład. A może do antologii sięgnę?
[58:01] - O, właśnie.
[58:01] - I wyciągnę taką najgrubszą antologię, jaką widzę tutaj na pierwszy rzut oka. To są „Niebezpieczne wizje” Harlema Ellisona, najsłynniejsza antologia świata, jeśli chodzi o literaturę science fiction. Mamy dwa wydania. Mamy wydanie oczywiście nielegalne, klubowe, trzytomowe. I właściwie na dobrą sprawę tylko takie powinno być, ponieważ „Niebezpieczne wizje” nie powinny się nigdy legalnie ukazać. Nigdy nie powinny być sprzedawane, powinny być rozdawane gdzieś tam. Tak, dokładnie. Ale ukazało się też w wydawnictwie Solaris i to jest takie bardzo ładne, bardzo piękne i w związku z tym odrzucające czytelnika całkowicie wydawnictwo. Taka edycja bardzo niefajna, bo piękna, bo zrobiona estetycznie, edytorsko super, ekstra. Ale to są „Niebezpieczne wizje”.
One nie mają pięknie wyglądać, tylko mają być niebezpieczne, mają gryźć, szczypać i tak dalej. Dlaczego to wybieram jako pierwsze? Właściwie to jest okazja, jest smutna. Niestety dwa dni temu zmarł Harlem Ellison, jeden z najważniejszych pisarzy science fiction w historii. Człowiek, który zrewolucjonizował fantastykę właśnie dzięki „Niebezpiecznym wizjom”.
[59:09] - Ale też jest autorem kilku powalających opowiadań.
[59:15] - Jest autorem „Zakrytopedów”. Nie mam ust, a muszę krzyczeć. „Kukłacz i pajac”.
[59:19] - Znakomite. Przypomniałem sobie całkiem niedawno to opowiadanie. Muszę powiedzieć, że zrobiło takie samo wrażenie, jak wtedy, kiedy czytałem je po raz pierwszy. To jest mistrz. Mistrz niemnożący słów. Mistrzostwo polega na tym, że on dosyć oszczędnie operując językiem przekazuje obraz pełen tego świata, w którym więzi swoich bohaterów. Przerażającego świata. Ja muszę powiedzieć, że wszystkim polecam. „Nie mam ust, a muszę krzyczeć” to jest taka lektura. Nie trwa długo, bo to nie jest długie opowiadanie, ale nie pozostawia człowieka takim samym.
Jak człowiek jeszcze nigdy tego nie czytał i przeczyta, to już w jego głowie to opowiadanie chyba musi zostać.
[01:00:12] - Tak samo pozostaje w głowie „Wędrując pomiędzy wyspami” Langstrotha bodajże. Tak samo pozostaje w głowie „Chłopiec i jego pies”. Właściwie każde. Ja nie spotkałem tekstu Ellisona, który nie zrobiłby na mnie wrażenia. Niestety mam wielkie pretensje, gigantyczne pretensje do polskich wydawców, do polskich dystrybutorów, do polskich redaktorów, do polskich krytyków o to, że tak mało tekstów Ellisona ukazało się w Polsce, bo w sumie jest tylko „Takt śmierci”. Opowiadania Ellisona były znane nam, miłośnikom fantastyki wcześniej, właśnie dzięki fanzinom. Dzięki fanzinom, potem w „Feniksie” ukazywały się i ukazywały się w czasopismach niebranżowych, na przykład „Kukłacz i pajac” czy „Rzeczy Tik-Tak” ukazały się w „Literaturze na świecie”. Także Ellison był znany z różnych miejsc.
[01:01:02] - Wydaje mi się, że teraz wychodzi taka edycja.
[01:01:04] - Teraz tak. „Najlepsze rzeczy Harlema Ellisona”, tom pierwszy się ukazał. Tak, wspaniale wydana edycja. Znów za wspaniale jako Ellison, bo Ellison powinien być brudny, byle jaki, odrażający, brudny i zły powinien być. A on jest piękny, czysty, biały. Wygląda jak Biblia. Szlag trafia człowieka, jak coś takiego widzi, bo to nie Ellison. Ellison nie chciałby chyba Być w taki sposób wydawanym. Chociaż on się zmienił pod koniec życia i trochę inaczej już patrzył na pewne sprawy. W każdym razie „Niebezpieczne wizje” warto tutaj zaakcentować raz jeszcze z jednego powodu, bo w zasadzie od tej książki, która została wydana w roku 1967, nastąpiła zmiana optyki.
Czyli krótko mówiąc, pojawiła się rzeczywiście nowa fantastyka naukowa. Nowa fantastyka, którą już sf już nie rozszyfrowano jako science fiction, tylko jako speculative fiction.
[01:01:59] - W dodatku, wejdę ci w słowo, chyba od tego momentu — przyjmijmy jako kamień milowy — fantastyka naukowa przestała już być taką opowiastką troszeczkę chropawą, mało literacką, a coraz częściej właśnie od „Niebezpiecznych wizji” to już zaczynała być prawdziwa literatura. Taka krwista i prawdziwa. Już nie tylko towar udający literaturę, ale też prawdziwa literatura.
[01:02:31] - Wiesz Marku, ja doskonale pamiętam ten okres, bo ja miałem wtedy 16, 17 lat. Jeszcze kochałem Bradbury'ego, Asimowa, Roberta Sheckley i mnóstwo pisarzy. Wszystkich ich kochałem. Ale dopiero Harlan Ellison to była moja literatura wtedy. Rozumiesz? Ona była moja. Tamto to było wspaniałe, ale to było coś, co było.
[01:03:00] - Ale jedną rzecz trzeba powiedzieć à propos „Niebezpiecznych wizji”, bo to jest jednak zbiór opowiadań, które nie są łatwe. Użyję tego słowa „łatwe”. Zaraz wytłumaczę, o co chodzi. Bo ja pamiętam, kiedy po raz pierwszy dostałem to w swoje łapska, to ja się od tego odbiłem. Trafiłem tam na kilka opowiadań, przez które po prostu zupełnie nie byłem w stanie przejść. Oczywiście podobało mi się takie opowiadanie, nie pamiętam autora, „Aniołowie raka”. Ja to sobie nazywałem „wesołe opowiadanie o nowotworach”, bo to rzeczywiście jest zabawnie napisane.
[01:03:37] - „Cancer Angels”.
[01:03:38] - Tak. Natomiast ja się odbiłem od tego zbioru, ponieważ byłem jeszcze chyba za młody i ja czegoś innego szukałem w fantastyce. Ja go doceniłem po jakimś czasie dopiero, nie aż tak długim wcale, kiedy zrozumiałem, że fantastyka naukowa nie polega tylko na tym, że tam jacyś ludzie biegają, strzelają czy w ogóle przeżywają, lądują na planetach albo z nich startują. Tylko że literatura to jest coś więcej. Jeszcze jest coś ponad tą zwykłą opowieścią. Jest oczywiście narracja, jest opowieść, ale jest coś więcej i tego nawet powinienem się domagać od pisarza, żeby mi to dał, bo jak tego nie dostaję, to mogę wyjść niezadowolony. I to jest dla mnie ważne w „Niebezpiecznych wizjach”, że właściwie wszystkie opowiadania, które tam są, to są opowiadania literackie. Nie mam innego słowa, więc zostanę przy tym. Literackie. To jest prawdziwa literatura.
[01:04:38] - Na czym w ogóle polega fenomen „Niebezpiecznych wizji”? Warto się temu przyjrzeć. Harlan Ellison dokonał rzeczy zupełnie niemożliwych. Tak mi się wydaje. A jednak ją zrealizował. Czyli krótko mówiąc, Harlan Ellison, który nie miał łatwego charakteru i który bardzo często wchodził w różne spory i kłótnie z pisarzami, potrafił ich obrażać publicznie. Na przykład publicznie obraził Isaaca Asimova, mówiąc, że jest zerem. Sam wspomina to. Asimov i Ellison mniej więcej tak samo to wspominają. Czyli historia jak najbardziej prawdziwa.
Gdy Harlan Ellison podchodzi do Isaaca Asimova i patrzy na niego jak na Boga i właściwie Asimov myśli, że za chwilę ktoś, że on przed nim uklęknie i będzie musiał go jakoś namaścić. No i Ellison mówi do niego: „To pan jest ten Asimov?” „Tak”. „Pan jest dla mnie zerem”. Tak powiedział publicznie. I on właściwie na tę sprawę kilka dni później już miał Asimova w kieszeni. Asimov już dla niego pracował, można powiedzieć, bo Asimov pomógł mu stworzyć „Niebezpieczne wizje”. Ellison obrażał ludzi, ale jednocześnie miał jakąś charyzmę nieprawdopodobną i potrafił ich zaprząc do działania. W ciągu kilku miesięcy namówił wielu znanych, wybitnych pisarzy science fiction, nie tylko z zestawu, do wzięcia udziału w jego przedsięwzięciu. Kto tam nie był? Philip K.
Dick, Robert Silverberg, Frederik Pohl, Paul Anderson, Philip José Farmer, James Graham Ballard, Roger Zelazny. Tych nazwisk można wymieniać. Same wybitne nazwiska. Wszystkich namówił do tego, żeby w ciągu kilku miesięcy napisali do jego zbioru specjalnie na potrzeby jego zbioru opowiadanie. Opowiadanie, które — to był jedyny warunek — nie mogłoby się ukazać w normalnie czytelniczym obiegu, które byłoby niecenzuralne, które byłoby odrzucone niejako i przez krytykę, i przez czytelników jako jakieś niepokojące właśnie, łamiące schematy, czyli mroczne. Właściwie cel, który postawił Ellison przed tymi pisarzami, nie był jasno sprecyzowany, ale wszyscy zrozumieli, o co chodzi. I w ten sposób rzeczywiście złamali konwencję, złamali schematy, stworzyli bardzo często nową stylistykę. Nowe konwencje nawet powstały, bo wszystko pod wpływem charyzmatycznej osobowości Harlana Ellisona. Przyjrzyjmy się chociażby jednemu z tekstów. Tekst jeden z najbardziej niezwykłych w całym zbiorze.
„Jeźdźcy purpurowi” wypłaty Philipa José Farmera. Philip José Farmer, który był pisarzem owszem, momentami świetnym. Na przykład „Kochankowie” to jest rzecz niezwykła i pierwsza chyba powieść science fiction mówiąca o miłości międzygatunkowej. Co nawiasem mówiąc bardzo fajnie później powtórzył Miville w „Dworcu Perdido”. Miał też bardziej kontrowersyjne rzeczy, aczkolwiek na niezbyt wysokim poziomie literackim, jak „Jezus na Marsie” czy „Ciała wiele ciał”. Był też twórcą rzeczy typowo pulpowych, jak chociażby „Przebudzenie kamiennego boga” i tak dalej. I tutaj nagle tworzy arcydzieło. Tworzy rzecz pod wpływem Harlana Ellisona, tworzy „Jeźdźców pulpowych wypłaty”. Krytycy zarzucili mu, zaznaczam, krytycy zarzucili mu, że to, co napisał, jest wtórne wobec „Ulissesa”. To ja dziękuję.
[01:08:12] - Fajny zarzut.
[01:08:13] - Taki zarzut dla twórcy pulpowego to jest najwyższa pochwała, jaką można otrzymać. Zresztą otrzymał za to Nebulę. Pojedyncze opowiadania z tego tomu zostały obsypane Nebulami i Nagrodami Hugo. Cały zbiór osobno też. To świadczy tylko o tym, że Ellison wykonał robotę.
[01:08:32] - A propos Farmera, to on, zdaje się, stworzył ten cykl, który w swoim czasie był dosyć popularny. „Świat Rzeka”.
[01:08:39] - Tak.
[01:08:40] - To może nie jest wielka literatura, ale tam się znajdują pewne zabawne odniesienia, bo nagle poruszamy się w świecie znanych postaci historycznych.
[01:08:55] - Ulubioną postacią historyczną jest Hermann Göring, który się co chwilę pojawia gdziekolwiek. Z kolei Richard Burton się pojawia. Richard Burton oczywiście nie mylić ze znanym aktorem amerykańskim. Chodzi o tego słynnego odkrywcę, który podróżował po Afryce.
[01:09:11] - Zresztą powieść, o ile dobrze pamiętam, zaczyna się od momentu jego śmierci.
[01:09:15] - Tak.
[01:09:16] - Kiedy on umiera i później się różne rzeczy dzieją.
[01:09:18] - Trochę szalony pomysł, ale to na początku możemy powiedzieć, bohaterami są ludzie, którzy umarli.
[01:09:26] - Ale nie znajdują się w jakichś boskich okolicznościach przyrody. Wręcz przeciwnie, w bardzo materialnym świecie. A jak, co, gdzie? To już odsyłamy do książki.
[01:09:36] - To też na początku jest powiedziane, możemy powiedzieć, wszyscy mają po dwadzieścia parę lat, wszyscy są zdrowi, piękni, nadzy i łysi. Chyba tak się to zaczyna.
[01:09:45] - I ta książka dlatego jest mi troszeczkę bliska. Szczególnie ze względu na tę łysinę. Okej.
[01:09:52] - A nie ze względu na piękną młodość i urodę.
[01:09:55] - Właśnie. Każdy znajduje w niej to, czego chce. Dobrze, mamy zbiór „Niebezpieczne wizje”, który powstał dzięki Harlanowi Ellisonowi. Ale przejdźmy teraz dalej.
[01:10:12] - Może do innego działu zajrzymy.
[01:10:14] - Dobrze, to zajrzyjmy do innego działu. To co to będzie?
[01:10:17] - Do ufologii, bo ona jest na pierwszym regale. Zaraz będzie ufologia, postawiłem specjalnie na pierwszym regale, żeby oddzielić ją od parapsychologii, bo ja nie lubię, jak te rzeczy się miesza, bo moim zdaniem to nie są te same sprawy i nie lubię, jak w różnych pismach poświęconych tej tematyce te sprawy są wymieszane. I u nas tak nie ma. Ufologia jest oddzielona. I tutaj nie sposób po prostu nie dotknąć grzbietu książki z nazwiskiem Lucjan Znicz, bo tak dużo książek Lucjana Znicza. I tutaj właściwie nie wiem, co polecić. Może cały cykl „Goście z kosmosu” po prostu.
[01:10:54] - Tak, powiedzmy w ogóle o samej postaci, bo postać związana z Bydgoszczą. Przez długi czas redaktor w tygodniku „Fakty”. Człowiek, którego artykuły w tymże tygodniku od połowy lat 70. pochłaniałem i to namiętnie, ponieważ Lucjan Znicz co tydzień publikował przynajmniej półstronicowy artykuł poświęcony właśnie sprawom UFO. Stworzył w ogóle pewien ruch społeczny wokół tego, bo stworzył Klub Kontaktów Kosmicznych. Tak się to nazywało. KKK. Ludzie pisali do niego z całej Polski. Znam z relacji swojego świętej pamięci ojca, znam to z tej relacji, że stosy listów przychodziły właśnie w tej sprawie. Pan Lucjan czytał każdy z tych listów.
Czytał uważnie, podkreślał, zakreślał. W ogóle to był człowiek, dzisiaj byśmy powiedzieli, starej daty. Niezwykle uporządkowany. Jego biurko było takim wzorem porządkowania. On sobie zarówno listy czytał, podkreślał i odkładał i segregował, klasyfikował według swoich zasad, ale też artykuły, które czytał. Dzięki niemu miał duży wpływ na to, co redakcja, w której pracował, zamawiała, jeśli chodzi o prasę zagraniczną. I przychodziły tego całe kopy różnych tytułów zachodnich. On jako pierwszy przejmował te tytuły, chwytał za nożyczki i pracowicie obrabiał te pisma ze wszystkiego, co mogło go zainteresować, co związane było z UFO, ale bardzo szeroko pojętym UFO, czyli również paleoastronautyką, różnymi tematami, które dotykały w jakiś sposób tego zagadnienia. Jak już wyczyścił te wszystkie pisma, w cyklu tygodniowym to robił. Te, które przychodziły tygodniowo.
W każdym razie co tydzień miał dużo pracy, bo one się różnie ukazywały. Najczęściej miesięczniki były, ale były też i tygodniki, bo regularnie posługiwał się „Newsweekiem”, ale tym amerykańskim „Newsweekiem” czy też „Time”. Regularnie wycinanki z tych pism wszystkich robił i później one trafiały do pozostałych redaktorów już tak ładnie, obrzępolone. Obrzępolone to złe słowo, bo on je bardzo starannie, wszystko robił bardzo starannie. Bardzo starannie wycinał te wszystkie notatki. Ale trzeba też powiedzieć, że to nie była praca sobie a muzom, bo materiały, które on publikował w tym cyklu KKK, to To były materiały niezwykle dobrze opracowane faktograficznie. On się zawsze odwoływał do pewnych źródeł. To była ta różnica, którą na pierwszy rzut oka widać, kiedy czyta się jego książki, różnica w stosunku do innych ukazujących się w tamtym czasie. Dzisiaj to pewno różnie bywa, ale w tamtym czasie ukazywała się taka czerwona książka w latach 70., która też o podobnej tematyce mówiła, o UFO i tak dalej. Ale tam było troszeczkę takich odwołań pod tytułem: gdzieś tam w Chinach coś się zdarzyło i coś tam odkryto.
Tam było bardzo mało odwołań do źródeł. Zauważmy, że nawet von Däniken, kiedy publikował swoje książki, może nie czysto UFO, bardziej paleoastronautyka, ale on też niby powoływał się na swoje podróże, niby powoływał się na jakieś źródła, ale jak się głęboko wchodzi w niektóre przynajmniej jego książki, to tam ciężko jest dojść, skąd niektóre fakty się w jego książkach wzięły. U pana Lucjana, bez względu na to, czy informacje, które podawał, były mniej lub bardziej wiarygodne, to jednak odniesienia do miejsc, z których on to wyciągnął, były. I to taka chyba ważna sprawa.
[01:15:04] - Przepraszam bardzo, że tak się wcinam, ale von Däniken w wywiadach kiedyś przyznał się, że pewne fakty po prostu zmyślił, więc pewnie dlatego ich obecność w książkach.
[01:15:15] - Oj Marku, ty tak postawiłeś kropkę nad i. Ja tak delikatnie starałem się przez ogródki nie powiedzieć, że tu von Däniken, ale dobrze, w pełni przyznaję ci rację. Też to słyszałem i należy podejrzewać, że taka właśnie jest prawda przynajmniej o części faktów, które von Däniken podaje. Dobrze w sumie, że to powiedziałeś, bo chciałem być delikatny, ale chyba niesłusznie. Taki właśnie był Lucjan Znicz Sawicki. Dla mnie postać niezwykle ważna. Właśnie, chciałem powiedzieć fantastyki, przecież nie fantastyki.
[01:15:55] - Ale blisko z fantastyką to chyba związane, bo zwróćcie uwagę, że chyba on stworzył coś w rodzaju tego fantastycznego fandomu. To on kontaktował, on wyzwalał, ściągał młodych ludzi, do niego pisali. On stworzył właściwie fandom ufologiczny .
[01:16:20] - Tak, jak najbardziej.
[01:16:21] - Dokładnie tak było. Lucjan Znicz swego czasu przekazał materiały jeszcze klubowi Maskon. Teraz są w naszej bibliotece. Mamy wszystkie materiały archiwalne Klubu Kontaktów Kosmicznych, są w naszej bibliotece. I jak się przegląda te materiały, to widać wyraźnie to, o czym mówił Wiktor. Czyli powstał taki fandom ufologiczny. Dzięki temu, że istniało KKK, powstały później pierwsze fanziny ufologiczne. „Wizje peryferyjne” to się nazywało. Wychodziły początkowo rzeczywiście jako fanziny, takie typowo amatorskie wydawnictwa, potem zamieniły się w profesjonalne pismo pod tym samym tytułem, nawet z numeracją taką sięgającą jeszcze czasów fanzinów. Potem pojawiły się już te bardziej profesjonalne pisma jak „NOL” czy „UFO” i ze zbiorów KKK korzystali bardzo znani ufolodzy: Bronisław Rzepecki, Zbigniew Siejek, Zbigniew Dania-Bollnar czy Piotr Cielebiaś, a także nasz kolega Wojciech Chudziński.
Zresztą przychodził do biblioteki i tam w tych materiałach też szukał ważnych dla siebie informacji. To jest rzeczywiście bezcenny zbiór, który oprócz tego, że zawiera bardzo dużo ważnych materiałów faktograficznych, to są głównie relacje ludzi, którzy przeżyli coś niezwykłego związanego z UFO. To jednocześnie jest to właśnie też taka obserwacja socjologiczna, jak to się działo pod koniec lat 70. w Polsce, jak powstawał taki, właściwie w tym samym czasie, co fandom miłośników literatury SF, powstał fandom ufologiczny tworzony przez Lucjana Znicza.
[01:18:09] - W tamtym czasie społeczeństwo, jak, że tak powiem, ten zacier zaczął fermentować po prostu i fermentował pod każdym względem. Fermentował pod względem kulturowym, sciencefictionowym, ufologicznym, ale również politycznym. Ten ferment... Boże mój, zobaczcie, jak my dzisiaj żyjemy, Bogiem a prawdą, w ciszy i spokoju. Nic się nie dzieje. A wtedy?
[01:18:38] - Tak, ale poruszyłeś dosyć ważną kwestię, bo widać w tych, ja pamiętam to jeszcze, ile pasji było w tych wszystkich ludziach, którzy wokół Klubu Kontaktów Kosmicznych Lucjana Znicza się gromadzili. Te listy, które napływały do redakcji, były pełne, nie mam innego słowa, pasji właśnie. Ci ludzie pisali o swoich fascynacjach. Czasami nie o faktach, bo nie wszyscy w końcu UFO obserwowali, ale pisali o swojej fascynacji, o swojej ekscytacji wreszcie. W ogóle chyba tamten czas końca lat 70. to był jakiś taki czas, kiedy ludzie byli spragnieni niezwykłości. Stąd ten ruch SF, który się pojawił bardzo silny na początku, jakoś tak próba scentralizowania tego ruchu, jakiegoś takiego nałożenia, przypuszczam, że przez władzę, tej czapki takiej ogólnopolskiej. Ale przecież stąd się wzięły później nieustanne udry, które były pomiędzy poszczególnymi klubami w Polsce a tą czapką w postaci najpierw to OKM, coś tam.
[01:19:46] - OKMF.
[01:19:48] - SF, tak.
[01:19:48] - Polski Klub Miłośników Fantastyki i Science Fiction.
[01:19:50] - A później to PSMF. Wiem, że to zawsze iskrzyło na linii tej czapeczki w postaci tej ogólnopolskiej czapeczki a poszczególnymi klubami.
[01:20:05] - Które chciały się wyzwolić.
[01:20:06] - Które się chciały wyzwolić z tego. Niemniej jednak to, że one powstawały, te kluby i ta czapeczka w jednym czy drugim przypadku Pokazuje ta szarość socjalizmu. Ludzie dzisiaj wzdychają do tamtych czasów, bo wtedy przypadała ich młodość. Trudno się dziwić, że wzdychają, ale jednak były to do pewnego stopnia szare czasy i ludzie spragnieni byli niezwykłości. Stąd taka popularność KKK. Stąd taka popularność SF.
[01:20:36] - Marku.
[01:20:37] - Tak myślę.
[01:20:38] - Dobrze żeś trafił. Ja coś walnę na ten temat, bo ostatnio jak byliśmy w tej Nijonidzy.
[01:20:47] - Czyli w Mierkach.
[01:20:48] - Tak. Ja sobie uświadomiłem, mówiłeś to przed chwilą. Nikt do mnie nie podszedł i nie powiedział: „Stary, przeczytałem ostatnio takie opowiadanie Ellisona. Jezu, jakie jest zachwycające!” Nie spotkałem człowieka zachwyconego czymkolwiek.
[01:21:11] - A jeśli, to wspominali stare czasy.
[01:21:13] - Czasy.
[01:21:13] - Tak.
[01:21:14] - Bogiem a prawdą chyba byłem jedynym człowiekiem, który jak dorwałem Huberatha, to dopadłem go i mówię: „Stary, to jest genialne to, co ty robisz. Wspaniałe.” On patrzył na mnie jak na wariata, bo chyba jemu też tego nikt nigdy nie mówił. Patrzył na mnie jak na wariata, po czym zaczął szturchać łokciem swoją żonę. „Słuchaj tego, słuchaj” powiedział.
[01:21:35] - No właśnie.
[01:21:36] - Bo nikt nie jest zachwycony dzisiaj, a wtedy byliśmy zachwyceni.
[01:21:40] - Otworzyłeś mi oczy. Rzeczywiście, jak sobie teraz przeanalizuję to spotkanie. Niesamowite zresztą w Mierkach, gdzie było pełno wybitnych postaci polskiej fantastyki naukowej, masa fanów, ludzi, dla których fantastyka jest czymś bardzo ważnym. Rzeczywiście nie widziałem tego. Nie widziałem. I teraz wiem, czego nie widziałem. Nie widziałem tej fascynacji, o której mówisz. Wszyscy byli tacy lekko stonowani, lekko zdystansowani. Wszyscy wszystko wiedzieli. To bardzo dobrze.
To nie jest zarzut. Wręcz przeciwnie, to zaleta, bo tam się gromadzi w Mierkach czy w ogóle na Festiwalu Fantastyki, gromadzi się, co tu wiele mówić, elita. Ludzie, którzy fantastykę znają. Ale rzeczywiście ekscytacja chyba minęła. Nie ma czegoś takiego, że człowiek wypada oszalały. Jakieś wspaniałe dzieło przeczytałem. To ciekawa obserwacja. Będę musiał to sobie przemyśleć.
[01:22:44] - W dawnym czasie pamiętam, jak taki późniejszy wielki tłumacz Cholewa biegał gdzieś, zachwalał, pokazywał coś i tak dalej. Boże, ludzie byli podniesieni. Zresztą wymieniali się informacjami na temat co warto czytać, czego nie i tak dalej. A teraz właściwie jest błoga cisza i pełne zadowolenie. Cisza i spokój przed burzą zapewne. Zaczną płonąć te stosy jednak.
[01:23:18] - Naciąga burza albo błogą ciszę.
[01:23:22] - Naciąga audycja o tobie Marku.
[01:23:23] - No właśnie.
[01:23:24] - Uniknąłeś.
[01:23:25] - No cóż. Musiał to przyjąć, jak ktoś ci mówi na klatę. Wybrnę z tego. Pomyślimy, poczekamy, pomyślimy. Nie mówię nie.
[01:23:36] - W takim razie, o ile ty w audycjach zawsze to ty decydujesz, to teraz ja będę decydował.
[01:23:41] - Dobrze. W porządku. No dobrze, Tadeuszu, oprowadzaj dalej.
[01:23:50] - Dobrze. W takim razie może wracamy do beletrystyki?
[01:23:54] - Ty prowadzisz.
[01:23:56] - A może nie? W takim razie przejdźmy do działu krytycznoliterackiego i wyciągniemy sobie Andrzeja Wójcika i „Wizjonerzy i szarlatani”. Zapewne znasz.
[01:24:09] - Tak.
[01:24:10] - Znacie również autora. Ja też miałem okazję go poznać. To właśnie jeden z tych ludzi, o których mówiliście przed chwilą. Pełnych entuzjazmu zapaleńców.
[01:24:19] - O tyle mam i dobre, i złe wspomnienia związane z postacią. Dobre z samego spotkania. To było fajne spotkanie w wiejskim domku, w którym Wójcik mieszka. Natomiast złe wspomnienie jest takie, że pierwsza część wywiadu ukazała się w piśmie Macieja Parowskiego. Bardzo obszernego wywiadu. To był naprawdę wywiad bodajże na 50 tysięcy znaków, więc naprawdę da się czytać. I pierwsza część, połowa tego wywiadu się ukazała, a później przestał się ukazywać „Czas Fantastyki” i druga część już tego wywiadu nie poszła. Muszę pomyśleć, czy go jednak gdzieś nie opublikować tej drugiej części, bo szkoda, żeby to uciekło. Ale teraz oddaję ci głos. Przepraszam.
[01:25:09] - Nie, mi się wydaje, że o Andrzeju Wójciku to znacznie więcej powiesz. Natomiast ja tylko chcę podkreślić, że to był taki idealista moim zdaniem. Człowiek, który oczywiście dobrze też był obeznany w biznesie wydawniczym i wiedział mniej więcej, jakie działania pod koniec lat 70. i w latach 80. Szczególnie wtedy, gdy były te trudne czasy w stanie wojennym i później podejmować, żeby literatura SF mogła się ukazywać i to w gigantycznych nakładach. Bo te nakłady, które seria z glistą osiągała, dochodziły do 150 tysięcy egzemplarzy nawet. Także naprawdę chapeau bas przed Andrzejem Wójcikiem.
[01:25:47] - Ja tu przerwę znowu. Ja tradycyjnie muszę przerywać. Bo seria z glistą taka czarna, jeżeli ktoś kojarzy. Czarna z tą tytułową glistą.
[01:25:58] - To było SF takie.
[01:26:00] - To ewidentna glista była. W każdym razie ta seria zebrała sporo ciągów od czytelników, bo wtedy czytelnicy byli spragnieni w latach 80. takiej mocnej fantastyki i to najlepiej z Zachodu. A tu tymczasem Wójcik prezentował polską fantastykę i to różnego gatunku. Gatunku w sensie jakości. Sortu. Bo tam się ukazywały rzeczy fajne. I ukazywały się rzeczy mało fajne. Może już nie będę-
[01:26:31] - Nie wymieniajmy tytułów.
[01:26:32] - Nie wymieniajmy tytułów, nie katujmy autorów. Ale ukazywały się rzeczy bardzo nierówne. Niemniej Wójcikowi chwała za to, że ta seria w ogóle się ukazywała, bo kilku autorów, w tym tutaj obecny Wiktor Żwikiewicz, w tej serii wzięło udział. Wiktor w dwóch tomach „Imago”. Już nie wspomnę o tym, o czym już kiedyś wspominałem, że spora część okładek do tej serii była przez Wiktora plastycznie opracowywana. Ale znowu, już przestaję przerywać.
[01:27:04] - Nie. Wiktor Żwikiewicz oczywiście był w tej serii, był też Krzysztof Boruń, był Stefan Dziwisz. Byli pisarze, a byli też pisarze bardzo kontrowersyjni, którzy wywołali burzę, jak na przykład Mieczysław Kulpisz. Niektórzy uznali, że jest to nieporozumienie wydawnicze.
[01:27:22] - „Bez przerwy wypełniać tę ciszę”.
[01:27:25] - „Bez przerwy wypełniać tę ciszę”.
[01:27:25] - Tak. Albo Krzepkowski. Tak samo ludzie na jego książkę absolutnie tam, jesteś Marka, bo właśnie ja byłem jedyny, który czasami krzyczał z zachwytu, że to jest wyśmienita powieść. Chociaż pisana tak czy inaczej.
[01:27:44] - Ukazała się tam książka „Krex”, o której usłyszałem na ostatnim festiwalu, na którym mieliśmy zaszczyt być. Usłyszałem, że w Polsce jest tylko kilku ludzi, którzy „Krex” od początku do końca przeczytali.
[01:27:58] - To ja jestem jednym z nich. Ja nawet przeczytałem trzy razy chyba.
[01:28:01] - Okej, to raczej było wypowiadane z takim charakterystycznym dla autora tych słów, mówię o tym, że „niewielu ludzi”. On raczej był skłonny przypisywać, że to on jest tym. Mówiąc „niewielu ludzi”, to była taka przenośnia. Tak naprawdę miał na myśli siebie i tylko siebie. W każdym razie ukazał się „Krex” i Wiktor macha, że chce.
[01:28:28] - Koniecznie muszę, bo chcę wam, słuchacze, zobrazować, jak wtedy wyglądał fandom. Rzeczywiście ten taki podniesiony, rozjazgotany, żyjący książkami i tak dalej. Otóż praktycznie biorąc codziennie wsiadałem w samochód z Jackiem Rodkiem, który jeszcze nie był żadnym redaktorem „Fantastyki”, tylko dopiero żeśmy z Jackiem sobie projektowali tę „Fantastykę”. My we dwójkę. Nikogo poza tym tam nie było, tylko Jacek Rodek i ja żeśmy sobie projektowali „Fantastykę”, że takie pismo założymy. Wsiadaliśmy w samochód i jechaliśmy do Andrzeja Wójcika. Słuchajcie, wiecie jak to wyglądało? Zbliżał się wieczór, siadaliśmy przy stoliku i zaczynaliśmy rżnąć w brydża. Graliśmy w brydża, gadając o książkach, o tym, co przeczytaliśmy, a czytaliśmy bez przerwy jako opętani. Graliśmy w brydża, gadaliśmy o książkach i paliliśmy papieros za papierosem wszyscy czterej.
Nikt sobie dzisiaj nie wyobraża, ile było dymu i nikt nie miał raka. Do dzisiaj.
[01:29:44] - Ja sobie wyobrażam, ponieważ ja czasami cię odwiedzam w twoim domu i wyobrażam sobie ten dym.
[01:29:49] - Nie ma, Marku, to teraz wyobraź sobie, że było jeszcze czterech takich jak ja. Przy tym było szaro, nie było kart widać w ręku. Słuchaj, i wyobraź sobie, ci wszyscy ludzie dalej żyją. Nikt nie ma raka ani prostaty, ani krtani. Jakoś fajnie. I dalej są inteligentni jeszcze w dodatku. Może sobie z Wójcikiem rozmawiałeś. Właśnie. Tak wyglądało. Słuchajcie, robiliśmy to codziennie, bo codziennie była nowa książka, nowa talia kart i nowa paczka papierosów.
Obłęd! Jak pięknie.
[01:30:28] - Ja pamiętam, że jak poznałem Wiktora, to właśnie on był za zasłoną papierosowego dymu, także ledwo przebijała się jego twarz. Zresztą ja też paliłem i co jest ciekawe, pewnego dnia Wiktor do mnie powiedział: „Ale ty dużo palisz”. To tak na marginesie. W Pałacu Młodzieży, w placówce oświatowej można było palić na spotkaniach klubowych. To jest ciekawe.
[01:30:49] - Zwróć uwagę, że teraz dopiero wpadłem na to i będę miał argument. Wiesz jakie zwierzęta są prawdopodobnie jednymi z najbardziej inteligentnych po człowieku? Kałamarnice.
[01:31:03] - No i?
[01:31:03] - One wyrzucają taki chłopak tego tam.
[01:31:08] - Prowadź dalej.
[01:31:08] - To już dalej nie muszę.
[01:31:11] - Dobrze, niech będzie. Ale wróćmy w takim razie do książki, o której wspomniał Tadeusz.
[01:31:18] - Tak. Jeszcze może o Krzepkowskim dwa zdania warto powiedzieć, bo „Krex” to rzeczywiście bardzo eksperymentalna rzecz. Powieść napisana w czasie przyszłym. Właściwie w mainstreamie robił to Andrzejewski z „Miastem” i tak dalej. Krzepkowski zupełnie inaczej, bo chciał, żeby to była SF-ka jednocześnie.
[01:31:33] - Do tego było uzasadnienie logiczne, że skoro piszemy powieść o przyszłości, to jedynym logicznym wyjściem byłoby pisanie jej w czasie przyszłym, a nie przeszłym.
[01:31:44] - Idea Krexa przedstawiona w tej książce, moim zdaniem Krzepkowski wybiegł w przyszłość, jeśli chodzi o pomysły z literatury SF, które pojawiły się dopiero niedawno. I „Krex” właśnie był zapowiedzią tego, co kiedyś będzie. I chyba tak wyskoczył, ale i tak, i tak. „Krex” to tylko i wyłącznie wstęp do najlepszej, moim zdaniem, jego rzeczy, czyli do powieści „Śpiew kryształu”. To już było moim zdaniem dzieło. To dzieło, które można porównywać z najlepszymi osiągnięciami polskiej literatury SF. Zwłaszcza że jest to odpowiedź właściwie na „Solaris” Stanisława Lema.
[01:32:18] - „Śpiew kryształu” miał tego pecha, że ukazało się, kiedy ta seria glizdowa się zaczęła trochę-
[01:32:25] - „Śpiew kryształu” się poza tę serię ukazał.
[01:32:26] - Dokładnie. Ona jakby nawiązywała szatą graficzną do tej serii glizdowej, ale nie była w tej serii. Dokładnie. Coś, Wiktorze?
[01:32:39] - Tacy pisarze, którzy wyskakują jak Filip z konopi poza szereg. Aktualnie, że tak powiem, w tym stojących-
[01:32:49] - Przepraszam. Coś mi się przypomniało. Przecież Krzepkowski też potworne ilości papierosów palił. Chyba winno być odwrotnie.
[01:32:54] - Tak, oczywiście, że tak.
[01:32:57] - Ale to taka marginesia. Przepraszam.
[01:33:01] - I dlatego żeśmy tworzyli, bośmy palili. A dzisiaj można tylko spalić te książki, bo to jedyne jeszcze niezabronione.
[01:33:10] - Ale zacząłeś coś o Krzepkowskim.
[01:33:13] - Wyskakiwanie przed szereg. To, co zresztą kiedyś robił Herman Hesse. Przynajmniej tak zmotywował tych ludzi do wyskoczenia przed szereg, przed samych siebie nawet. Przed to, co robili na co dzień. Taki pisarz wyskakujący gdzieś tam jak Krzepkowski. Czy może aplauz tej masy czytelników nigdy by na cudowne „Rakietowe szlaki”. Wszyscy czekają na takie książki, tak jak ja czekałem. I nagle ktoś, kto wyskakuje poza tą klasykę science fiction. Cholera, co on tam czuje? Co to ma być niby?
[01:34:07] - Tak. Tylko widzisz, to były takie czasy. Dzisiaj uśmiecham się, kiedy o tym mówię, bo z jednej strony rzeczywiście tak było. Co ten Wójcik wydaje jakieś takie gluty i w dodatku z glizdą na okładce, jak tutaj się ukazują arcydzieła właśnie. Czy to „Rakietowe szlaki”, czy w tym czasie się ukazywały „Kroki w nieznane”, czy jeszcze inne tytuły, gdzie można było tej twardej SF i to jeszcze w wydaniu zachodnim zakosztować. Ukazywały się też książki głównie anglosaskie, ale też pojawiały się jakieś francuskie. „Bogowie wojny” to z francuskiego kręgu kulturowego. Ukazywało się sporo zachodniej literatury. Rozumiem, „Ostatni statek z planety Ziemia” chociażby to też koniec lat 70. I tak dalej.
Trochę się tego pokazywało i ludzie mówili: „E, a ten wydaje, ten Wójcik w tej serii z glizdą, jakichś tam Polaków. A w dodatku to nie jest coś takiego na miarę chociażby "Wiru pamięci" czy "Cylindra" van Tropa, bo to też koniec lat 70. Chociaż trzeba przyznać z drugiej strony, że taki zbiór jak Beinfelda „Władcy czasu”, o ile dobrze pamiętam. Warto przypomnieć, Beinfeld to był taki autor starszego pokolenia. On w latach 70. to już był mocno starszy pan, a w dodatku jeszcze z tego, co pamiętam, miał kłopoty z cenzurą, takie dosyć poważne. I to dobrze, że ten tomik się ukazał, że tam zebrano trochę opowieści, opowiadań, które były rozproszone w tamtej serii. Ale znowu, do czego nawiązuję? Że z jednej strony wszyscy narzekali, ale z drugiej strony sam pamiętam, jak biegałem jak dziki po mieście, bo zobaczyłem w zamkniętym kiosku taki tomik „Paroksyzm numer minus jeden”.
[01:36:03] - Ryszarda Głowackiego.
[01:36:04] - Tak, Głowackiego. Zobaczyłem w zamkniętym kiosku i nie uspokoiłem się, póki nie obiegłem połowy Bydgoszczy, żeby wreszcie dostać tę książkę w którymś z kiosków, który był akurat otwarty. I tak się reagowało wtedy nawet na te książki z glizdą, to i tak człowiek za nimi biegał. To taki paradoks, że wszyscy wtedy narzekali. Notabene Wójcik przecież wydał książkę wspólnie z kim?
[01:36:32] - Z Krzepkowskim.
[01:36:32] - Z Krzepkowskim właśnie. Dokładnie. „Obszar nieciągłości”.
[01:36:35] - Jedna z pierwszych książek tej serii.
[01:36:37] - Z paskudną różową okładką.
[01:36:40] - Całkiem ciekawa antyutopia i nawiasem mówiąc dostrzeżona przez ludzi spoza fandomu, którzy mówili, że nareszcie ktoś odważył się mówić głośno o pewnych sprawach w naszym państwie luńskim, krótko mówiąc. Zobaczcie, co jeszcze robił. Ten właściwy, przyzwoity obieg wydawniczy, który prezentował przede wszystkim amerykańską czy jakąś tam zachodnią dobrą literaturę. On funkcjonował i chwała Bogu, że on był. Tym bardziej że naprawdę wyśmienici tłumacze tam pracowali, wyśmienite książki wychodziły. Natomiast krew z krwi i kość z kości z tego naszego padołu tutaj. Wójcik pozwolił mnóstwu ludzi: Krzepkowskiemu, Marcinowi Wolskiemu, mnóstwu ludzi zaistnieć tym, którym by tamte wydawnictwa nie pozwoliły, nie przyjęłyby. Natomiast u Andrzeja Wójcika te książki się... Kto by tam w „Czytelniku” albo wydawnictwie literackim wydał „Polenie” jakiegoś Kurpisza?
[01:37:59] - Albo Markowskiego. Markowski jest spokojnie bardzo dobra rzecz.
[01:38:03] - Proszę bardzo. A on otworzył nowy spust i chwała mu za to. Według mnie zrobił ogromną robotę właśnie dlatego, że zwolnił tamę w miejscu, gdzie było totalnie zablokowane miejsce.
[01:38:20] - Nie, jak najbardziej.
[01:38:21] - Ale tam ukazały się, co trzeba podkreślić, bo w sumie mówimy o pisarzach takich, którzy wtedy debiutowali i właściwie nazwiskach wówczas nieznanych, jak Kurpisz, Markowski czy Krzepkowski. Natomiast ukazały się też, ośmielę się twierdzić, dzieła w tej serii. Naprawdę to po prostu wiadomo. „Imago” to jedna z najważniejszych polskich powieści SF. „Małe zielone ludziki” Krzysztofa Borunia. Rzecz genialna. Boruń sam zresztą uznawał, że jest to jego najlepsza książka.
[01:38:53] - Jest to ostatnie wielkie dzieło beletrystyczne Krzysztofa Bobry. Uwaga! I teraz mówię z całą rozwagą, na jaką mnie stać. Adam Holanek „Kochać bez skóry”.
[01:39:07] - W dużym formacie.
[01:39:08] - Znakomita. Człowiek, który był przez fanów osądzony od czci i wiary jako pisarz absolutnie przegrany, nazywano go nawet grafomanem polskiej fantastyki. Stworzył dzieło. „Kochać bez skóry” to dzieło. I mi się wydaje, że więcej tam jeszcze. Naprawdę parę bardzo ważnych rzeczy ukazało się w serii z Listą i chwała za to, że Wójcik polski to bronił także na konwentach europejskich i był przedstawicielem delegowanym przez OKMF i przez PSMF i potem już sam niezależnie jeździł i bronił polskiej fantastyki w Europie i na świecie, można powiedzieć. Czyli zrobił bardzo dużo dobrej roboty.
[01:40:00] - A zwróć uwagę, Marku, że-
[01:40:01] - Jeszcze tylko jedno. I był, moim zdaniem, bardzo fajnym krytykiem, dlatego że on był naukowcem polonistą. Pisał teksty krytyczne, pisał językiem bardzo prostym. Moim zdaniem zmarnował się jako pisarz, bo było widać intrygę beletrystyczną. Jak czytałem jego biografię Lema, nawiasem mówiąc, to właśnie Wójcik przybliżył się jako pierwszy do biografii Lema. Napisał bardzo obszerny tekst o Lemie i gdyby nad tym popracował jeszcze przez parę lat, to to byłaby pierwsza biografia Lema, która by się ukazała już w latach 80. Ja przeczytałem to z wypiekami na twarzy. Tak, zebrać wspaniale informacje. Wójcik mówił, że nawet zbierał informacje z gazetek ściennych. Jeździł do zakładów pracy.
Gdzieś w tych gazetkach ktoś napisał odręcznie coś na temat fantastyki albo jakieś opowiadanie science fiction czy cokolwiek, to on to ściągał, zabierał, kopiował jak mógł, bo dla niego to były materiały, które potem wykorzystywał. Jak się czyta na przykład, w jaki sposób odbierali Polacy astronautów, to on wyciąga głosy, które się ukazały gdzieś w „Przekroju”, o których już historia zapomniała. Jakieś niesamowite wypowiedzi. Jak się okazuje, aura wokół tych wypowiedzi była niezwykła, ale o tym nikt nie mówi. Nawet teraz, w tej nowej biografii Lema. Wójcik potrafił z różnych drobiazgów utkać jakąś taką fajną tkaninę i wychodziło mu to bardzo dobrze. Szkoda, że go właściwie, tak na dobrą sprawę, już na rynku literackim nie ma.
[01:41:47] - Zwróć uwagę, że on w pewnym sensie był prekursorem albo taką samą rolę później, Marek, już w naszych czasach, tych nowożytnych, pełnił Robert Szmidt na przykład. Też dając możliwość ujścia polskiej nowelistyce młodym ludziom, którzy jeszcze nic nie pisali albo dopiero debiutują.
[01:42:10] - Tak, ja ci przyznaję rację. Ja wiem, że Robert Szmidt w niektórych kręgach prasy, bo mu jedni zarzucają to, drudzy tamto. Ja nie będę wchodził w tę dyskusję. Ja mam dużo sympatii dla Roberta Szmidta, ale powiem jedno. Moim zdaniem nawet najbardziej zajadły krytyk Roberta nie może odmówić mu tego, że to właśnie on odpalił modę na polską fantastykę. To, co później się stało, że powstała Fabryka, trzeba publikować w dużej ilości Polaków. To było wtórne w stosunku do science fiction czy później science fiction, fantasy i horror, ponieważ to Robert Szmidt odpalił tę swoją konkurencję dla fantastyki, która bardzo cięła polskich autorów. Nie dawała tej możliwości pierwszej publikacji. Może jeszcze pierwszej, którą się można było ucieszyć, którą się można było podeprzeć, o której można powiedzieć: „Patrzcie, opublikowałem. Teraz będę publikował następne”.
To niektórym autorom daje duży power i sprawia, że oni zaczynają pisać dalej. Robert Szmidt to umożliwił. Na początku nowego wieku odpalił to swoje pismo i ono sprawiło, że masa ludzi młodych, a nie tylko młodych, chwyciła za pióra czy klawiatury i zaczęła po prostu pisać opowiadania. Lepsze, gorsze, nudne, zajmujące, nieważne. Były. Zobaczcie państwo, jeśli to prześledzicie, to widać bardzo wyraźnie, że pojawiła się w pewnym momencie moda na polską fantastykę. Zaczęto jej coraz więcej wydawać, a później to już przechwyciła Fabryka Słów i przy wszystkich dobrych rzeczach, które Fabryka Słów zrobiła, to między innymi później ugrobiła to pismo. Już nie za czasów Roberta Szmidta, tylko kolejnego redaktora naczelnego. Niestety to chyba nie był najlepszy krok, żeby pismo tego rodzaju stało się pismem wewnętrznym wydawnictwa. To sprawiło, że ono straciło pierwotny koloryt, straciło pierwotną siłę i pierwotną rolę, którą odgrywało.
Tam się już autorów w tym wydaniu Fabryki Słów mocno selekcjonowało. Patrzyło się, czy nasz, czy nie nasz, czy może być nasz albo czy chcemy, żeby był nasz. To już chyba nie było to wtedy.
[01:44:53] - Zauważ, tak jak mówiłeś, co odpalił Robert Szmidt w tym czasie. Przecież tak samo kiedyś Wcześniej Andrzej Wójcik odpalił serię z gwizdem. To był zupełnie nowy ruch w tym.
[01:45:09] - No właśnie to, o czym mówił Tadeusz. Tylko o ile Robert Schmidt potrafił wykorzystać to również do tego, żeby zająć się własną twórczością. Wójcik tego nie zrobił. Była ta próba z Krzepkowskim, ale później już nie pisał właściwie.
[01:45:28] - Ale potem Marku, był ten okres politycznej zawieruchy, której nie przeżyło prawie żadne wydawnictwo sensownie, a pisarze normalnie zdychali.
[01:45:41] - Ale mówię, a Robert-
[01:45:42] - A ja rąbałem drzwiami i oknami po prostu.
[01:45:45] - A Robert Schmidt potrafił, po pierwsze wykorzystać modę, którą sam stworzył, ale to bardzo dobrze. A po drugie myślę, że dzisiaj Robert może się śmiać z tych wszystkich, którzy mówią, że on to czy tamto, czy owamto. Bo można prozy tego rodzaju nie cenić, uważać ją, że jest zbyt rozrywkowa i coś tam jeszcze. Natomiast ja uważam, że Robert ma swoje miejsce i to myślę, że na długi czas i na stałe wśród pisarzy. Pisze prozę specyficzną, ale moim zdaniem pisze ją z pewną perfekcją, która sprawia, że chce się to czytać. Jedne tytuły bardziej. Ta seria o zombie we Wrocławiu niekoniecznie mnie porywa, ale już te jego space opery jak najbardziej, bo ja lubię space opery. To na przykład.
[01:46:41] - A wy macie tam w Bibliotece Grudkowskiego jakieś space opery?
[01:46:45] - Grudkowskiego? „Śmierć w kosmolocie”.
[01:46:48] - Ale nie Grudkowskiego space opery, tylko w ogóle space opery.
[01:46:51] - W ogóle. Grudkowskiego mamy. No dobra, to mamy właściwie chyba wszystko Grudkowskiego. Na pewno wszystko. Ale co jeszcze warto dodać? Że oprócz wszystkich książek Jurka, to mamy też... Ja wiem, żartujesz, że nie zrozumiałem. O space operach za chwilę, ale jeszcze dodam, to jest bardzo ważne. Mamy też bardzo bogate archiwum. Rodzina Jurka Grudkowskiego zostawiła nam-
[01:47:18] - To miało być na później pytanie. Ale dobra, mów.
[01:47:21] - Dobra.
[01:47:22] - Dobra, to mów teraz.
[01:47:24] - Nie no mamy space opery. Teraz poszperamy na półce za space operami. Wyciągam pierwszą z brzegu. Tak akurat wyszło. Siergiej Sniegow.
[01:47:36] - To stara space opera.
[01:47:39] - „Ludzie jak bogowie”, „Daleki szlak” i „Jądrze galaktyki”.
[01:47:43] - Ale w dodatku jeszcze mi coś przyszło do głowy. Pamiętasz, mówiłeś o Farmerze, o tej miłości międzygatunkowej? Tam też się główny bohater zakochuje w wężopannie z Wegi.
[01:47:53] - Tak, ale to jest miłość platoniczna.
[01:47:55] - No mój Boże!
[01:47:57] - Potem gdy bohaterowie Farmera są kochankami. Dobrze, uprawiają seks i z tego seksu coś wychodzi nawet.
[01:48:03] - No dobrze, ale mimo wszystko ta miłość. Znaczy powiem tak pewno dlatego tak mnie to zachwyciło, bo ja czytałem w czasach, kiedy miłość dla mnie była wyłącznie platoniczna.
[01:48:13] - Aha, no w ogóle słuchacze może nie wiedzą. My z Wiktorem jesteśmy starzy, a Marek jest młody i w ogóle jest innego pokolenia tak naprawdę.
[01:48:20] - Lekuchno innego. Młody to już jest nadużycie po prostu. Ale dobrze.
[01:48:27] - Iwan też jest młody duchem, bądźcie jasne.
[01:48:30] - A ty jesteś?
[01:48:31] - Ja jestem starym dziadem. No pokiuję was, żebyście zaprzeczyli.
[01:48:36] - No ale wiesz, to...
[01:48:38] - Nie, to cisza.
[01:48:40] - To cisza. Ja mówię, no nie można liczyć na człowieka. Po prostu nikt ręki nie wyciągnie. Ale dobrze. Jesteśmy przy Sniegowie i jego space operze. Powiem tak. To znowu kolejny paradoks lat 70. Może dzisiaj tak na wspominki się zebrało, ale w końcu rozmowa o bibliotece to jest dobry czas, bo to był taki czas, gdzie się przynajmniej oficjalnie może nie bojkotowało, ale kontestowało prozę radziecką. Przynajmniej tak oficjalnie. Ale śmieszność polega na tym, że większość tych kontestatorów takich, co pyszczyła, wszyscy, tych, których znam, co mocno pyszczyli, wszyscy czytali.
I to nie tylko space opery, ale nie wiem, czy pamiętacie, taki był zbiorek „Wynalazca wieczności”. Tam były super opowiadania. Było też sporo innych jeszcze tytułów, których ta proza, wtedy radziecka, wtedy właśnie jak coś było radzieckie, to było w ogóle niedotykalne. Ale prozy to, mówię. Oczywiście byli tacy, co pyszczyli, ale prozy to nie do końca dotyczyło, bo jednak wszyscy to czytali, bo byli tak sprawni. W serii „Stało się jutro” Bilienkina się pokazywały tam opowiadania. Ostatnio notabene sobie drogą kupna nabyłem u Roberta. Nie u Roberta, tylko w Solarisie nabyłem sobie właśnie zbiór Bilienkina. Wojtek Sedeńko właśnie coś takiego wypuścił. Warto.
Dzisiaj się potwierdza to, że ta proza była niezła po prostu. No Ilja Warszawski. Ja pamiętam, że to-
[01:50:26] - Warszawskie jego oryginalne nazwisko Mickiewicz. To jest ciekawe. Rosyjski pisarz.
[01:50:32] - Tak. A w dodatku, kiedy sobie przypomnę, że ta proza mnie bawiła, mnie nastolatka, ale nie bawiła tak, że się chachałem głośno, tylko taka pewna jej subtelność. Warszawski się bawił z czytelnikiem czasami mocniej, czasami słabiej, ale mnie to bawiło i ja wiem, że szukałem tego. Doszedłem nawet do takiego wariactwa. Nie, to nie wariactwo, to w gruncie rzeczy pewna fascynacja, że kupiłem tomik Ilji Warszawskiego po rosyjsku. I czytałem jego opowiadania po rosyjsku, bo niektóre się w Polsce nie ukazały wtedy i ja je czytałem po rosyjsku.
[01:51:15] - Wiesz co, po tym czasie wysypie fantastyki zachodniej. Ja czytałem wszystko wtedy. Natomiast nie wiem, krytycy powinni to analizować, ale te ruskie wydania wszystkie miały troszeczkę inne brzmienie w tamtych czasach. One były, jakby to powiedzieć po rosyjsku, może „до шести батильи”, czyli bardziej takie miękkie. Coś było w tym innego. Ta ruska dusza w tych opowiadankach była. One wyraźnie się różniły od tej angloamerykańskiej fantastyki. Czasami to było na minus przyjmowane. Natomiast nie wiem. Pewną finezję, ileż ja pamiętam takich opowiadań.
Chociażby nawet sam tłumaczyłem Olgę Marionową albo Szalimowa, albo Jancewa i Parnowa opowiadania. Przecież to były rewelacyjne opowiadanka. Wiele z tych opowiadań by się nadawało do tej dawnej edycji Harlema Elisona, muszę ci powiedzieć. Właśnie tych ruskich. Było, minęło.
[01:52:38] - Na pewno nadawaliby się tam Strugaccy.
[01:52:40] - A Strugaccy to na pewno.
[01:52:41] - Absolutnie, bez wątpliwości. Ja muszę powiedzieć, że ja nie wspominam tego tak jak Marek, że jakoś jak była to książka pisarzy radzieckich, to może ewentualnie trzeba zastanowić się zanim się ją dotknie. Wiesz, Marku, owszem, bardziej czekałem na opowiadania twórców amerykańskich pisarzy. To jest oczywiste. Ale ja nie byłem rozczarowany, może z jakimiś tam wyjątkami, opowiadaniami rosyjskimi. Jak miał się ukazać kolejny Bołwiczow, jak miały się ukazać Strugackich, już nie wspomnę, to ja cieszyłem się, czekałem na to.
[01:53:26] - Ja się tu na chwilę-
[01:53:26] - Poza tym ta rosyjska literatura, jeszcze ta stara literatura, taka utopijno-prokomunistyczna, jak na przykład „Mgławica Andromedy”. Rzecz świetna, co tu dużo mówić. Można odrzucić całkowicie ideologię. Można czuć się nią nawet przekłoczonym.
[01:53:48] - W przeciwieństwie do „Obłoku Magellana” Stanisława Lema, „Mgławica Andromedy” bardzo podobna powieść, ale to jest zupełnie potęga w porównaniu z „Obłokiem Magellana”.
[01:54:00] - Oczywiście, że tak. A Abramow „Jezdcy zniką”, a Gromowa i Komarow „Na tropie tajemnicy”. Przecież to wszystkie rzeczy dziarawy nas.
[01:54:10] - Coś za chwilę powiem na temat jeszcze tej, ale wrócę. Rzucam okiem co jakiś czas na czat i powiem tak: bardzo dziękuję panu Teodorowi, mniejsza o to, co dalej, za bardzo światłą uwagę, w której pisze do nas, że po raz pierwszy audycja prowadzona na trzeźwo. Bardzo dziękujemy. Bardzo mnie to wzmocniło, szczególnie intelektualnie. Dalej. Jest tu kilka uwag dla Wiktora na temat palenia papierosów. Między innymi jeden z czytelników pisze: „Panie Wiktor, palenie tytoniu to najgorsze gówno”. Dalej już nie będę czytał, ale powinnaś sobie wziąć do serca to, co nasi słuchacze.
[01:55:02] - Ja zawsze byłem gówniarz.
[01:55:04] - Niech ci będzie. Wracając jeszcze do tej literatury. Ja mam o tyle takie spojrzenie na literaturę radziecką, że ja później, po tym pierwszym kontakcie warszawskim, zacząłem kupować sobie różnego rodzaju tomy po rosyjsku. I wierzcie mi, my nie doceniamy roli, jaką pełnili redaktorzy w Polsce, którzy dobierali literaturę. Oni nam naprawdę w tamtych czasach dobierali rzeczy niezłe, bo w Związku Radzieckim ukazywała się jednak masa shitów. Tam były takie powieści, „Pierdalno i daragoj” na przykład, coś takiego było. To było okropne. Po prostu okropne. Szkoda mojego czasu. Jak już stwierdziłem, że szkoda czasu na czytanie czegoś takiego.
Żeby nie przedłużać, my po prostu mieliśmy znakomitych redaktorów, którzy selekcjonowali, dobierali tę literaturę. I pewnie dlatego dzisiaj, kiedy wspominamy te nasze lektury, to mamy raczej pozytywne wspomnienia, że to dobre rzeczy były po prostu.
[01:56:20] - Ale to dotyczyło nie tylko literatury rosyjskiej, także zachodniej. Przecież Lech Jęczmyk, jak już musiał dokonać wyboru, to wybierał najlepsze teksty Vonneguta, najlepsze teksty Dicka, najlepsze teksty Leguay i tych największych pisarzy. Od razu dostawaliśmy teksty z grubej rury, że tak powiem. Było „Śniadanie mistrzów”, był „Jurij”, był „Czarodziej księżyc”, „Archipelag” i tak dalej. W zasadzie dlaczego? Jeżeli on rzeczywiście miał możliwości ograniczone, to starał się o to, żeby tekst był.
[01:56:54] - Tym bardziej że zwykle sam go tłumaczył, czyli wybierał najlepsze, a po co miał tłumaczyć gorsze?
[01:57:03] - Tak, to prawda. Dlatego mówię chwała tym redaktorom, którzy wtedy z różnych względów dobierali te teksty, bo to były względy finansowe, bo to, na co cierpiała socjalistyczna gospodarka, to ustawiczny brak dewiz na zakupy tytułów. Niektórzy autorzy doszli do tego, że żeby się w ogóle coś ukazywało w tej Polsce dalekiej i czasami nieznanej, to byli gotowi właściwie za free puszczać niektóre swoje dzieła i tak to się dzięki temu ukazywało. Ale byli też tacy autorzy, którzy nawet jakby coś chcieli puścić za free, to by się po prostu nie ukazali, bo byli objęci cenzurą. Ja przypomnę tylko, że tak było z kilkoma autorami, którzy mieli to nieszczęście i wyrażali gdzieś tam na Zachodzie swoje, na przykład prawicowe poglądy albo wypowiadali się na temat wojny w Wietnamie. I oni natychmiast trafiali na indeks i nie mieli szans, żeby się pokazać. To były takie czasy po prostu. To tyle.
[01:58:07] - Tylko ty powiedziałeś, że w tym czasie również w Związku Radzieckim nasi tłumacze czy nasi redaktorzy wybierali śmietankę. Natomiast tam w Rosji było również mnóstwo shitów, ale tego shitu było również w Stanach Zjednoczonych tak samo albo dużo więcej.
[01:58:24] - Oczywiście.
[01:58:24] - Natomiast ja ci chcę powiedzieć, otóż ja czytałem wtedy, czytywałem pisma wydawane w dzisiejszym Petersburgu albo w Nowosybirsku, które było miasteczkiem uniwersyteckim. Tam nie było tego sowieckiego shitu, w tych pismach nie było takich gównianych rzeczy. To były bardzo dobre, elitarne.
[01:58:50] - Widzisz, Wiktor, jak prowadzimy audycję na trzeźwo, to zaraz nam lepiej idzie. Widzisz? Od dzisiaj już obiecujemy, że będziemy prowadzić audycję zawsze na trzeźwo.
[01:58:59] - Marku, ja mam propozycję jedną.
[01:59:02] - Ja, pan Teodor? Oto zap!
[01:59:05] - Otóż Tadeusz tutaj strzelił w jedną powieść i chyba, Marek, musimy poświęcić jej audycję bezwzględnie. Śniegowi, tej trylogii śniegowej.
[01:59:16] - Tak.
[01:59:17] - To jest rzecz, która zbija z nóg. Jest to stare jak świat, ale jest to przecież tak obłędne.
[01:59:23] - Stare, stare.
[01:59:24] - Byłem na „Gwiezdnych wojnach” na premierze w 79. roku. To jak mówię: „Choroba? Skąd, ja to znam!”
[01:59:31] - Co więcej, ostatnio na tym festiwalu fantastyki byłem na prelekcji autora „Głębi” i on mówił o różnego rodzaju napędach przedstawianych w utworach science fiction, głównie w space operach, ale nie tylko. I tam on mi uświadomił, że napędy stosowane przez Śniegowa, przez wytwarzanie tej pustki i tak dalej.
[01:59:56] - Inicjatory Taniewa.
[01:59:57] - Tak. To było niezwykle, jeśli weźmiemy pod uwagę te światy fantastycznonaukowe, to było niezwykle nowoczesne rozwiązanie. To pojęcie, takie przedstawienie, to wytwarzanie pustki, ten sposób poruszania się i tak dalej, że to było niezwykle nowoczesne i właściwie wszystko, co było. Może nie wszystko, ale sporo tego, co się ukazało potem, to było świadome bądź nie powielenie tego jednak. I w związku z tym to jest lektura, którą pewno będziemy musieli gdzieś tam w naszych lekturach bibliotekaryjnych również uwzględnić. Ale Tadeuszu, zwiedzajmy bibliotekę dalej.
[02:00:41] - Dobrze, może niżej gdzieś tam zajrzę. Mamy Żuławski, Żwikiewicz, Żelkowski. Żwikiewicz już był. Żelkowski będzie osobno. Tak. Zaraz. To dobra, gdzieś tam wyżej skoczę. Może Vonnegut.
[02:00:59] - Vonnegut.
[02:01:00] - Vonnegut. Co z brzegu. „Rzeźnia numer pięć”. „Rzeźnia numer pięć” dokładnie. Przeczytajmy. Czyli krucjata dziecięca, czyli obowiązkowy taniec ze śmiercią. Oj, tytuł jest bardzo długi, całego nie będę czytał. Rzecz absolutnie wyjątkowa. Wyjątkowa, ponieważ właściwie traktowana przez bardzo wielu krytyków, odbiorców, czytelników jako rzecz-
[02:01:21] - Mało fantastyczna.
[02:01:22] - Mainstreamowa.
[02:01:23] - Tak, dokładnie.
[02:01:24] - I właściwie gdy ja czytałem to po raz pierwszy, a byłem wtedy dzieciakiem, miałem tam chyba 16 lat, to też myślałem, że się pomyliłem. Bo jest w tytule mowa o latających talerzach przylatujących z planety Tralfamadora, więc prawdopodobnie to będzie SF. A tutaj nie. Mimo to czytałem. Nie mogłem się oderwać. Po raz pierwszy jako dzieciak spotkałem się z językiem w literaturze obscenicznym, z wulgaryzmami, co mnie na początku bawiło. Niektóre zresztą powiedzonka wypowiadane przez bohaterów pamiętam do dziś. Były tak bardzo wulgarne i tak bardzo docipne jednocześnie, że zyskiwałem sobie dzięki nim popularność wśród rówieśników.
[02:02:04] - Tam był taki obrazek na jednej stronie, rysunek, taka gwiazdka.
[02:02:09] - A to do „Szyneli mistrzów”.
[02:02:11] - Do „Szyneli mistrzów” była taka gwiazdka. Wiecie co ta gwiazdka znaczyła? Dziurę w zadku.
[02:02:19] - „Szynel mistrzów” miał jeszcze charakterystykę bohaterów bardzo fajnie podawaną. Zawsze jeżeli bohaterowie byli płci męskiej, to byli przedstawiani w taki sposób, że wzrost taki i taki, inteligencja taka i taka, narodowość taka, rasa taka i długość członka taka i taka. W chwilach wzwodu członek osiągał długość taką i taką. Ilość orgazmów osiągana przez tego człowieka w ciągu tygodnia tyle i tyle. I tak charakteryzował każdą postać ważną, która się pojawiała w „Szyneli mistrzów” Vonnegut. Ale „Rzeźnia numer pięć” jest niewiele pod tym względem mniej frywolna. Tylko że tak naprawdę jest to przerażająca powieść. Vonnegut właściwie jest tam, na dobrą sprawę, narratorem tej powieści w dużym stopniu narratorem. Bohaterem jest Billy Pilgrim, ale Vonnegut od siebie dodaje tam dużo. Na początku książki mówi, że rozmawia ze swoją znajomą i zwierza się jej, że chce napisać powieść antywojenną.
Ona się wkurzyła i powiedziała tak: „Napiszesz taką powieść antywojenną, że potem na podstawie tej książki będą chcieli nakręcić jakiś film”. Film w Hollywoodzie, gdzie główną rolę zagra Mitchum albo John Wayne albo Gregory Peck. I oczywiście wszyscy to zobaczą i wszystkim się to spodoba i wszyscy będą chcieli znowu prowadzić wojny. Więc Vonnegut postanowił napisać książkę i jeżeli ktoś na podstawie tej książki nakręci film, to na pewno nie wystąpi w nim Gregory Peck, John Wayne czy Robert Mitchum, czy żaden ze znanych hollywoodzkich aktorów. I słowa dotrzymał. Napisał rzecz antywojenną, przerażającą.
[02:03:55] - Zresztą na podstawie prawdziwych wydarzeń, bo bombardowanie Drezna to przecież fakt i w dodatku fakt okrutny z tej wojny właściwie nierozliczony. Tak często się mówi, zwycięzców nikt nie rozlicza z ich mało chwalebnych czynów.
[02:04:18] - Kurt Vonnegut był jeńcem w Dreźnie i był świadkiem bombardowania Drezna. Udało mu się to przeżyć, a potem musiał pracować przy wydobywaniu zwłok z ruin Drezna. I to, co opisał, opisał w specyficzny dla siebie sposób, czyli z pewnym dystansem, jakby był tam też i czarny humor. Ale gdy dochodziło do puenty, to puenty już nie śmieszyły. Były przerażające. Co jest ciekawe, rzeczywiście, jak wspomina w tytule Vonnegut, powieść ta przypomina telegraficzno-schizofreniczne skróty stosowane przez mieszkańców Tralfamadory, czyli planety, z której przy zlatują na Ziemię latające talerze. „Pokój z wami” tak się kończy tytuł książki. I rzeczywiście pojawiają się istoty z kosmosu, które obserwują głównego bohatera Billy'ego Pilgrima, które bawią się z nim w czasie. Czyli raz Billy Pilgrim znajduje się właśnie w Dreźnie-
[02:05:18] - To były te istoty, których język polegał na klaskaniu i pierdzeniu?
[02:05:23] - Słucham?
[02:05:23] - To te istoty, które posługiwały się językiem-
[02:05:29] - Nie. Tralfamadora to była zupełnie poważna prawda, że właśnie ukazała w „Syrenach z Tytana” i jeszcze jedna książka. A te istoty, które gdzieś tam porozumiewają się między sobą za pomocą pierdnięć i stepowania.
[02:05:41] - Stepowania. Przepraszam.
[02:05:43] - To są istoty wymyślone przez Kilgora Trouta, a nie przez Kurta Vonneguta, czyli przez pisarza wymyślonego przez pisarza Kurta Vonneguta. W każdym razie Billy Pilgrim-
[02:05:52] - Czas powtórzyć lektury. Czas zdecydowanie powtórzyć lektury.
[02:05:56] - Billy Pilgrim wędruje właśnie w czasie i przestrzeni. I co jest ciekawe, właśnie ten czas i przestrzeń tak się gdzieś całkowicie zawieszają. On znajduje się też w Tralfamadorie. Zostaje wystawiony w ogrodzie zoologicznym tralfamadorzkim i tralfamadorczycy przychodzą patrzeć, jak Billy Pilgrim je, jak Billy Pilgrim oddaje mocz, jak wydala. No i ściągają tam dla niego najpiękniejszą amerykańską aktorkę do tej klatki i domagają się, żeby uprawiali ze sobą seks, czego oczywiście oni nie robią, ale czują się bardzo upokorzeni. To upokorzenie też jest jednym z głównych wątków książki. Co jest ciekawe, niesamowita zabawa z czasem, niesamowita zabawa narracyjna i fabularna jednocześnie. Billy Pilgrim ginie. On zostaje zabity. Był zabijany, jest zabijany i zawsze będzie zabijany dnia 5 stycznia 1980, bo to w przyszłości jakieś, któregoś roku i tak dalej.
Billy Pilgrim jak coś zrobi, to robił to, robi i zawsze będzie robił w tym samym czasie. Czyli Drezno będzie zawsze niszczone, było niszczone, będzie niszczone zawsze w tym samym czasie. Będzie zrównane z ziemią i zawsze tam będą ginąć ludzie. Zawsze się tam będzie odbywała ta jedna wielka rzeź, masakra. Czyli jakby nie ma odwrotu od tego, co my robimy, bo co więcej, my to będziemy zawsze powtarzać, bo ten czas nie płynie tam u Vonneguta linearnie i właściwie jego życie, jak się przejrzy życiorysowi Vonneguta, też tak bardzo dziwnie wygląda. Tak jakby przeskakiwał w różne miejsca, różne czasy i jakby też nie płynęło linearnie, łącznie z jego śmiercią, która była jakaś taka zupełnie przypadkowa. Jakby zawsze ginął tego samego dnia, rozbijając sobie głowę o kant biurka.
[02:07:59] - Wiesz, tak jak to mówisz, jak nieprzebyte są książki, ja miałem takie samo poczucie, wiesz, kiedy archeologią się bawiłem. Otóż ja do dzisiaj mam takie poczucie, że ci ludzie w Pompejach, oni giną, są spalani w tej chwili. W „Pożarze Kioto” ludzie dalej płoną tak samo w tej chwili, jak w czterdziestym piątym czy czwartym. Po prostu coś takiego chyba rzeczywiście jest. Może to jest literacka przenośnia, może to jest taka zabawa autora książką, ale coś w tym chyba jest bardziej prawdziwego, gdyż przeszłość się również odwie od tego. Ten Hannibal dalej wędruje po Himalajach, kurde, na tych słoniach przecież.
[02:08:49] - To nie po Himalajach. Po Alpach.
[02:08:52] - Po Alpach.
[02:08:54] - Gdzie on tam tutaj te Himalaje.
[02:08:58] - Te 500 metrów wyżej, niżej. Ja powiem tak, a ja z kolei, skoro jesteśmy przy Vonnegucie, pierwszą książką, którą przeczytałem, była ta, która wydana była oczywiście w serii SF, czyli w serii „Syreny z Tytana”, z serii z kosmonautą. I na początku mnie ta książka bawiła od strony językowej, bo dużo czasu poświęciłem, żeby zapamiętać słówko infandybua chronosynklastyczna.
[02:09:25] - Tak.
[02:09:27] - Tak, ale później, jak już przeczytałem i przetrawiłem- To stwierdziłem, że wymowa tej książki, takiego totalnego bezsensu wszechświata i istnienia ludzkości właściwie, jest porażająca. Po raz pierwszy coś takiego mnie spotkało w fantastyce naukowej. Wtedy byłem gówniarzem, jeszcze mnie wiele rzeczy nie spotkało, ale to właśnie była ta książka, która pokazała mi, że fantastyka to może być coś więcej niż tylko rozrywka, że ona może czasami pokazywać, że ten nasz heroiczny świat, bo dla mnie fantastyka to wtedy był pewien heroizm.
[02:10:03] - Wylądowanie na Księżycu.
[02:10:07] - Właśnie. Pewien obraz pięknego świata podbijanego przez ludzkość. A tu był obraz zupełnie inny. Oczywiście przedstawiany w zabawnej formie. Do dzisiaj pamiętam, jak ten główny bohater zdobywał swój majątek poprzez porównywanie indeksu giełdowego z jakimś spisem. Już nie pamiętam czego to był spis. I tak dalej. Są takie etapy w życiu młodego bardzo czytelnika, a takim właśnie wtedy byłem, kiedy każda książka z takich poważniejszych książek to jest kamień milowy. Później już to przestajemy zauważać, kiedy tych dobrych książek przybywa nam w naszej kolekcji, w naszej głowie. Znowu jest coś takiego z tym fandomem.
Już się tak nie cieszymy każdą książką, bo już nam to troszeczkę poprzednieje. Należy nam się dobra książka. Chcemy czytać dobre książki i nam się to należy. Ale jest ten moment młodego czytelnika, którego zachwyca to, że się zetknął z czymś, z czym się jeszcze wcześniej nie zetknął. To są te młodzieńcze fascynacje. Ja je wspominam bardzo dobrze.
[02:11:22] - Ja mam takie wrażenie, Marek, że my się chyba mylimy.
[02:11:27] - Jak to my?
[02:11:29] - Tak. Teraz ja używam „my”. To są fascynacje młodzieńcze naszych pokoleń.
[02:11:39] - Być może.
[02:11:40] - Dzisiaj rozmawiam z moją córą, która czyta książki, to świetnie. No i jak? Normalnie.
[02:11:50] - Przeczytała.
[02:11:51] - Przeczytała świetną książkę. Ona uważa, że to jest dobra książka, świetna książka, ale zachwyt? Jakikolwiek zachwyt? Dzisiaj właśnie już ci młodzi ludzie nie są zachwyceni, bo oni się zachwycają od dziecka telewizją, grami komputerowymi, mają pełną gębę zachwytu po prostu.
[02:12:17] - Proponuję nie brnąć w tym kierunku, bo będziemy się zachowywać jak zgredy i to takie podstarzałe, więc nie ma co. Panowie mnie w tej chwili tutaj zaskakują, bo obaj solidarnie wyciągnęli po papierosie, ale na razie nie palą i chyba nie będą palić. Tego mi nie zrobią. Natomiast, Tadeuszu, jesteśmy w twojej bibliotece. Prowadź dalej.
[02:12:44] - To nie jest moja biblioteka.
[02:12:46] - W bibliotece, po której nas oprowadzasz. Tak, to prawda.
[02:12:50] - Jest to biblioteka założona przez Łukasza Nikora Nalewajka i przeze mnie.
[02:12:56] - Nieobecnego dzisiaj. Szkoda.
[02:12:58] - Na pewno który miałby dużo jeszcze do powiedzenia i na pewno mówiłby o rzeczach, o których ja kompletnie zapomniałem, a właśnie warto o nich wspomnieć. Oprócz książek przecież mamy też inne rzeczy i czasopisma, i fanziny. Mamy też komiksy, chociaż niewiele, ale chcemy to rozbudować. Mamy filmy. Filmy oryginalne na DVD, których nie wolno nam wypożyczać, zaznaczam, nie pożyczamy, ale chcemy archiwizować. Bo jest taka możliwość, że w ramach edukacyjnych zajęć można od czasu do czasu pewnej grupie taki film zaprezentować wybrany. Specjalnie trzeba to przygotować. I chcemy w ramach naszych zajęć bibliotecznych, bo mamy zamiar realizować różne imprezy w naszej bibliotece, chcemy zorganizować takie spotkania, adaptacje znanych dzieł literackich, filmowe adaptacje znanych dzieł literackich. Chcemy pokazać „Mechaniczną pomarańczę”, „Solaris”, „Leśnienie” czy po prostu najważniejsze dzieła w literaturze fantastycznej, które zostały zekranizowane. Łukasz jest odpowiedzialny za jeszcze osobny dział, który nazywa Fabryką Wolnego Czasu.
Dział gier, ale są to gry głównie planszowe, karciane. Oczywiście przede wszystkim gry fantastyczne. Także nasza biblioteka ma jeszcze i ten wymiar, o którym nie zdążyłem wspomnieć, też bardzo istotny. Nam wychodzi tak.
[02:14:30] - Do literatury wrócimy.
[02:14:31] - Dobra, to idziemy po alfabecie. Wiem, przed chwilą mówiłem o Kubricku, ale tutaj Burgess, „Mechaniczna pomarańcza”.
[02:14:40] - Na przykład. Bardzo dobry przykład.
[02:14:44] - Bardzo dobry przykład, bo nam się wydaje, że-
[02:14:48] - Polecam właśnie wszystko oczywiście.
[02:14:50] - Powiem tak, bo ja spotkałem się z takim twierdzeniem, które mnie, mówiąc szczerze rozbawiło. Usłyszałem mianowicie, że „Mechaniczna pomarańcza” to była dobra wtedy, kiedy powstawała, może kilka lat potem. Dzisiaj to jest staroci ramota. Mówiąc szczerze, jak to usłyszałem, to najpierw się rozbawiłem, roześmiałem się, bo nie dotarło do mnie to do końca. A później się zastanowiłem nad kondycją psychiczną osoby, która to wypowiadała. Nie byłem w stanie się pogodzić z tym, że książka tej klasy, która zafascynowała chociażby tak wielkiego reżysera jak Kubrick Może być tak skwitowana. Po prostu nie mieściło mi się to w głowie. Pamiętam, że pochłonąłem tę książkę. Dla mnie ona się ukazała, nie wiem, jak jest z Faktografią, ale dla mnie się po raz pierwszy ukazała w Fantastyce.
[02:15:51] - Tak.
[02:15:53] - I jeszcze był dodatek wersja R. Wtedy nie rozumiałem, bo ona nawiązywała rosyjskim tłumaczeniem, że to horror show, czyli to takie „haraszo” było. Ale to są dekoracje. Natomiast zastanawiam się, jak można było taką książkę w ten sposób skwitować, jak to powiedziałem przed chwilą?
[02:16:19] - Jeśli się było prekursorem używającym internetu, to jak najbardziej.
[02:16:26] - Nie rozumiem.
[02:16:27] - To znaczy, jeżeli to był klient internetowych dyskusji.
[02:16:31] - Aha.
[02:16:32] - Chociaż jeszcze internetu wtedy nie było być może.
[02:16:35] - Był.
[02:16:36] - To w tym momencie jest to normalna odzywka.
[02:16:39] - Tak? Czyli świętości tam nie oszczęgamy. Czyli dzisiaj można właściwie wszystko zmieszać z błotem i to tak. Dobra.
[02:16:49] - Powieść Anthony'ego Burgessa to jest rzecz niezwykła pod każdym względem, bo w zasadzie pisząc ją-
[02:16:57] - Dystopia.
[02:16:58] - Tak, ale tak naprawdę chyba nie chciał tam wpasować jakiś nurt fantastyczny. Zresztą jest to pisarz najwyższych lotów, najwyższej klasy i moim zdaniem z najwyższej półki mainstreamowej. Czytałem niedawno jego „Symfonię napoleońską”. Przyznaję, że tak napisanego arcydzieła dawno nie przeczytałem. Tak zdyscyplinowanej intelektualnie prozy. Jednocześnie prozy, bo książka ma tytuł „Symfonia napoleońska”, napisanej zgodnie z tytułem. Czyli krótko mówiąc, mamy tam muzykę i my tą muzykę wyczuwamy na każdej stronie. Jeżeli ktoś straci wyczucie rytmu, wtedy książki nie zrozumie. Trzeba do rytmu ją czytać. Trzeba wiedzieć, kiedy jest crescendo, kiedy jest jakieś zawieszenie, kiedy jest staccato.
To wszystko trzeba wyczuwać. Jeżeli ktoś straci rytm, to rzeczywiście w tym momencie gubi się. Ja czasami traciłem, przyznaję. I musiałem wracać, żeby zrozumieć.
[02:18:04] - Ale to mordercza praca dla tłumacza musiała być.
[02:18:07] - Nieprawdopodobne wyzwanie dla tłumacza. I tłumacz otrzymał wielkie brawa za to, co zrobił. To rzeczywiście było dzieło jego życia, przetłumaczenie „Symfonii napoleońskiej”. Ale „Mechaniczna pomarańcza”-
[02:18:17] - Bo już nie była prosta „Mechaniczna pomarańcza”, przypuszczam, żeby ją przetłumaczyć. Tam było jednak wiele gier słownych.
[02:18:23] - Dużo neologizmów. Slang, z którym się posługują.
[02:18:26] - Tak. Na pewno nie była prosta do przetłumaczenia. A poza tym mnie się tak kojarzy, że to była jednak powieść okrutna. Mówię o „Mechanicznej pomarańczy”. Okrutna. To chyba najlepiej oddaje jej charakter, bo tam się oczywiście pojawia sporo różnych wątków. Żeby tradycyjnie nie opisywać, nie będę wchodził w szczegóły, ale to jest powieść, z której to okrucieństwo bije. Okrucieństwo świata. Po prostu tak tam jest. Jesteśmy w świecie, w którym nie ma „zmiłuj się”.
Takie odnoszę wrażenie. Wiktorze, jak tam twoja lektura „Mechanicznej pomarańczy”?
[02:19:08] - Wiesz, nie pamiętam. To było tak dawno temu. Tyle przeleciało, że nie pamiętam tego zupełnie. Pamiętam tylko, że bardziej mi utkwił film niż książka, muszę wam powiedzieć, w głowie. Być może dlatego, że później go widziałem niż czytałem książkę.
[02:19:30] - Właśnie zostałeś, Wiktorze, porównany do Corteza. Jakby cię to interesowało, tu na czacie.
[02:19:38] - Przekraczającego Himalaje.
[02:19:40] - Nie wiem. Chociażby tak. Chyba tak.
[02:19:46] - Co mówiłeś o filmie, Tadeuszu?
[02:19:48] - Że ja pierwszą recenzję usłyszałem, jak miałem 17 lat, w 1974 roku. Kolega był na Zachodzie. Udało mu się wyjechać na parę dni i poszedł do kina. Poszedł na „Mechaniczną pomarańczę”. Mówi, że wybiegł z kina przerażony po 30 minutach i że czegoś tak potwornego nie widział jeszcze. Nie mógł patrzeć, nie mógł wytrzymać psychicznie.
[02:20:06] - Tu jest bardzo fajny głos na czacie. 66szary, o ile dobrze widzę. „Mechaniczna pomarańcza” jest tak współczesna jak prostactwo, przemoc, narkotyki i medycyna. A, i seks. Tam jeszcze mowa o slangu. Tak, właściwie nasz słuchacz chyba ujął to w najbardziej lapidarnej, ale oddającej to, co jest ważne w tej książce.
[02:20:46] - Ważny jest jeszcze, w zasadzie można powiedzieć, tytułowy bohater. Tytułowy bohater „Mechanicznej pomarańczy” to jest Alex. Nawiasem mówiąc, książka powinna nosić tytuł „Mechaniczny człowiek”, bo oran to człowiek na rzeczy łoj, Boże, zapomniałem jakim. W każdym razie miał to być mechaniczny człowiek, ale jakoś tam w ostatniej chwili zmienił Burgess tytuł, dodał dwie literki i powstała „Mechaniczna pomarańcza”, czyli rzecz o umysłowym zniewoleniu głównie. I o tym jest ta książka. I o tym, że rzeczywiście człowiek najbardziej koszmarny, potworny zwyrodnialec Może być tak, czy można z nim zrobić to, co zrobiono w świecie tej powieści?
[02:21:43] - Tu jeszcze mamy od Szarego, że dla ciebie chyba Wiktor tytonik blokuje neuronik. To taka chyba dedykacja.
[02:21:52] - Ja będę wracał do swojego bardzo ulubionego tematu. Otóż tak jak tutaj nasz korespondent wymieniał przemoc, narkotyki, medycynę, różne inne takie rzeczy, to ja chcę wam przypomnieć to, co zawsze mówiłem, że to samo, co dotyczy czasów po II wojnie światowej, co dotyczy dnia dzisiejszego, dokładnie to samo dotyczyło gatunku homo sapiens na przykład w neolicie. Od tamtego czasu istnieje tylko to: przemoc, medycyna, narkotyki, szajba. Tu się nic nie zmieniło. To jest status quo. Od kilkudziesięciu tysięcy lat żyjemy w tej samej niszy ekologicznej, tylko się zmienia dekoracja, inne spodnie włożone na ten.
[02:22:55] - Całkiem cię ze sobą zgadzam, bo stąd był pomysł na tytuł powieści Burgessa, czyli „Orang”, orangutan.
[02:23:02] - Orangutan.
[02:23:02] - Tak. I dokładnie o to chodziło. Czy Alex nie przypomina kogoś takiego?
[02:23:07] - Tak, ale wiecie panowie co? Ja się zastanawiam, skoro to jest dzień powszedni, nasza codzienność, to co nas w tej książce tak fascynuje? To, co tak świetnie znamy, taką nam fascynację przynosi?
[02:23:23] - Nie, bo ona trafiła w pewien moment historii, kiedy inne były kulturowe. Lecimy na Księżyc, lądujemy na Księżycu, wszystko jest pięknie. Miłość, pokój, demokracja, po wojnie.
[02:23:40] - Dokładnie. Bo my mamy taką tendencję do widzenia siebie lepszymi, niż w rzeczywistości jesteśmy. Jak już coś osiągniemy, mamy taką tendencję do autozachwytu.
[02:23:51] - I cały czas żyjemy w autozachwycie. Tyle lat już nie było wojny. A jak pięknie, jak cudownie! Jak się ludzie kochają.
[02:24:00] - Autor pokazuje, że właściwie od wojny do nas dzieli krok. Wcale nie specjalnie długi ten krok musi być.
[02:24:09] - Tym bardziej że jeszcze wojna to słowo jest bardzo względne.
[02:24:12] - Ale zauważmy, że kiedy on to pisał, bo dzisiaj nam jest łatwiej o wojnie mówić, bo od ostatniej wojny jest dalej, więc ludzie coraz częściej o wojnie mówią, bo już zbiorowa pamięć słabiej oddziałuje. Natomiast wtedy, kiedy on napisał, ta pamięć była jeszcze bardziej żywa i on pokazuje taki kontrzept, kiedy ten autozachwyt ludzki po prostu gdzieś tam dołuje. Mówi: „Nie, panowie, panie, panie, panowie, to tak nie jest, jak wy sobie wyobrażacie. Jesteśmy troszeczkę bardziej do tego orangutana zbliżeni niż wam się wydaje. Pała w dłoń i możemy załatwić wszystko”.
[02:25:01] - Jeżeli jesteśmy przy literze B, to obok Burgessa stoi troszeczkę przed nim Ballard, który mówił o łonie samym. A jeszcze przed nim w zasadzie o podobnych sprawach, tylko zupełnie inaczej, subtelnie i lirycznie mówi Bradbury. Bo jak człowiek został pokazany w „Kronikach Marsjańskich”? Jako istota podła, wszawa, destrukcyjna.
[02:25:27] - Destrukcyjna. On tam przybył do nowego świata, którym jest Mars.
[02:25:31] - Jest to tylko powtórka z historii. Co tak zwana cywilizacja europejska zrobiła z kulturą Indian? Tak że krótko mówiąc, wydaje mi się, że od czasu głównie chyba Bradbury'ego mamy człowieka pokazanego w krzywym zwierciadle, człowieka pokazanego z jego wszystkimi ułomnościami i człowieka zdegradowanego. Człowieka, który tak naprawdę cały czas leży twarzą w błocie, tylko od czasu do czasu się na chwilę podnosi, ale to jest krótka chwila.
[02:26:02] - Ale Bradbury miał tendencję do pięknych tytułów. Pamiętacie, takie było opowiadanie „Ciemnoskórzy byli i złotoocy”.
[02:26:10] - Tak.
[02:26:10] - I jak pamiętacie końcówkę tego opowiadania, kto był kim tam i jak to wyglądało. To jest poezja, to jest ta umiejętność Bradberry'ego, który potrafił łączyć w swojej prozie prozę z poezją i to robił tak, że nawet ci, co za poezją specjalnie nie przepadają, zachwycali się tymi opowiadaniami.
[02:26:36] - Powiedziałeś, Tadeusz, kim jest człowiek. To jest człowiek, który leży twarzą w błocie. Ja natychmiast sobie przypomniałem opowiadanie, moje ukochane opowiadanie Ballarda o człowieku, o olbrzymie wyrzuconym na brzeg z morza i tak dalej. Leży dokładnie taki gigant i czuje się bez znaczy po prostu. Tak jak my leżymy, że tak powiem, wyrzuceni przez ewolucję na jakiejś mieliźnie czasu. Nic się nie rozwijamy, nic nie ulepszamy, nie stajemy się ani szlachetniejsi. Jesteśmy po prostu tacy. Przychodzą tam kraby.
[02:27:21] - Jeśli chodzi o Ballarda, to ja jednak mam sentyment do jego opowiadań owszem też. Ten gruby zbiór, który się ukazał w latach 80. „Ogrod czasu”. Tam są perełki, ale ja jednak mam duży sentyment do opowieści, która na pierwszy rzut oka wydaje się mało fantastycznonaukowa, czyli do „Wyspy”. Przeczytałem tę książkę, później przeczytał tę książkę mój kolega i poświęciliśmy cały wieczór na dyskusję, co w niej jest fantastycznego. Trochę była taka dyskusja z tezą, bo założyliśmy, że ona fantastyczna jest, bo czuliśmy, że w niej jest dużo fantastyki, tylko jej nie potrafiliśmy znaleźć. Szukaliśmy jej krok po kroku, próbowali tę fantastykę znaleźć. Chyba za bardzo zbliżyliśmy obiektyw. Po kolei jechaliśmy. Trzeba było oddalić, zrobić to z perspektywy.
Wtedy ta fantastyka chyba by z tej książki bardziej nam wyszła. Bardziej byśmy to zrozumieli. Dzisiaj to już wiem. Czasami młodym ludziom książki sprawiają różne niespodzianki. Ta sprawiła nam niespodziankę.
[02:28:43] - Było dokładnie tak, jak mówisz. Tak, jakbym tam był z wami, z tobą i z twoim kolegą, bo ja też tak się bawiłem z tą literą. Czy tu jest fantastyka? Gdzie ona jest? W którym momencie ją należy uchwycić? Jak ją zważyć? Ile tej fantastyki w tej książce jest? Pamiętam, że Kurpisz napisał właśnie takie opowiadanie w tym swoim zbiorze, bez przerwy pędzić na ciszę pod tytułem: „To ja odkryłem prawdę”. I tam właśnie prawdę się waży na miligramy i wymierza na różne sposoby, tak żeby stwierdzić, ile prawdy jest wokół nas. Tę prawdę można tam dokładnie wymierzyć.
Tak samo ja próbowałem wymierzyć, ile jest fantastyki w „Jakbym się tworzył” i czy ten utwór w związku z tym jest już fantastyczny czy nie jest. Według mnie „Wyspa” pomimo tego, że mi się podobała, nie była książką fantastyczną. Dziś oczywiście widzę ją inaczej, ale musiałem też mieć tak, jak w twoim przypadku. Musiałem spojrzeć z dystansu, z pewnej perspektywy na „Wyspę” i na inne teksty Bohdana Zdroza też.
[02:29:46] - Tak. To co dalej? Co dalej na tych półkach?
[02:29:52] - Co dalej na tych półkach?
[02:29:53] - Jeśli strzelę głupią jakąś literę, na przykład N. Tych liter nie ma tak dużo wbrew pozorom. Na N.
[02:30:06] - Nideska Juliusza.
[02:30:09] - Nie, to może nie.
[02:30:11] - Nie?
[02:30:11] - Chyba nie.
[02:30:12] - Dobrze. To P. Pęciak Lucyna „Neurony zbrodni”. Nie? Dobra.
[02:30:20] - Jak na N to mamy na przykład Norton.
[02:30:25] - Andrea Norton dużo tego jest.
[02:30:27] - Wiem. To na K jest.
[02:30:30] - Mi się wydaje, którą mamy w trzech różnych edycjach, czyli „Świat czarownic”.
[02:30:34] - Tak jest.
[02:30:35] - Nie najlepsza. Nie wiem.
[02:30:37] - Ale mówisz o całości?
[02:30:38] - Nie, o pierwszym tomie.
[02:30:39] - O pierwszym tomie, tak.
[02:30:40] - Gdzie cała historia się zaczyna i właściwie na dwóch sprawach mogła się tam zakończyć. Nie trzeba było pisać całego cyklu. Ale jest Andrea Norton i są „Neurony zbrodni” chciałem powiedzieć, Boże jedyny. Jest „Świat czarownic”.
[02:30:54] - Ale powiem ci tak, że ja z pewną fascynacją czytałem takie książki pisane w różnych cyklach przez Andre Norton związane z fantastyką naukową. Takie powieści o strażnikach czasu czy jakoś to się tak nazywało. O ludziach, którzy pilnowali czasu. Pilnowali, żeby ten czas przebiegał tak, jak trzeba. Tam nawet rywalizacja pomiędzy Rosjanami a Amerykanami, zdaje się, występowała. To był jeden cykl. Ona tych cykli czy cyklów pisała dosyć sporo. Był taki cykl, który się gdzieś dział w dalekim kosmosie na jakichś planetach. To nie jest porywająca proza. Ja podziwiałem u Andre Norton ilość.
Po prostu nieprawdopodobna ilość tego. Ja sam, chociaż nie mam wszystkiego, żebym miał nawet jedną trzecią. U mnie książki Andre Norton zajmują dwie półki. Właściwie jedną, tylko w dwóch rzędach, ale to dwie półki. Nieprawdopodobne ilości tego była w stanie produkować. Nic nie powinno zatem dziwić, że „Świat czarownic” z różnymi przyległościami bocznymi, wątkami to jest kilkadziesiąt tomów wyprodukowanych. Tak jak Tadeusz powiedział, od całkiem niezłej powieści się zaczyna, czyli „Świat czarownic”. W dodatku fajne jest to, że ona zaczyna się w naszych czasach.
[02:32:38] - Na początku wygląda jak science fiction.
[02:32:41] - W naszej rzeczywistości, tylko to są chyba lata wcześniejsze. To już nie jest współczesność. Ale rzeczywiście zaczyna się jak science fiction i nagle przeskakujemy w fantasy. Fajny jest ten świat, bo on jest taki nierozpasany, jeśli chodzi o magię. On jest taki stonowany. Rzeczywiście tam są miecze, tam jest pewne średniowiecze, ja to tak nazywam. Oczywiście weźmy to w cudzysłów to średniowiecze, ale pewne średniowiecze pokazane. Magia jest oszczędna. To nie jest szaleństwo. Ale tak jak powiedziałeś, chyba rzeczywiście dobrze by było, gdyby się skończył na pierwszym tomie.
Może na drugim. Jeszcze mam sentyment, bo drugi tom to była klubówka, którą kupiłem.
[02:33:32] - Tak, mamy tę klubówkę.
[02:33:34] - Poznałem pierwszy tom. Mówię: kupię klubówkę. Wykosztowałem się i już nie byłem taki zachwycony. Podobnie zresztą jak „Planetą śmierci”. Ukazała się na początku lat 80. I to była wtedy dla mnie super lektura. Oczywiście w klubówkach sięgnąłem po drugi tom i trzeci. One się jeszcze dawały czytać, ale niestety później natrafiłem na kolejne tomy i czytało się to, być może jest to wina tłumacza, ja wcale nie twierdzę, tłumaczy właściwie, ale co tom, to było gorzej.
[02:34:17] - Ale jak się z tych cyklów wyskakiwało do innych Harrisonów, to były całkiem fajne. Jak był „Stalowy szczur”, oczywiście też niecały cykl, ale jak się zaczyna „Stalowy szczur” albo jak masz „Filmowy wehikuł czasu” czy „Billa, bohatera galaktyki”, to się okazuje, że są to całkiem fajne historie.
[02:34:35] - Harrison miał taką tendencję do dopisywania. Jak napisał „Billa, bohatera galaktyki”, to później musiał koniecznie dopisać do niego ileś jeszcze tomów, bo pierwszy mu nie wystarczył.
[02:34:44] - Czeka, gdy był daleko w przyszłości, bo w czasach dzisiejszych żył, kiedy to pisał. Dzisiaj tak samo się robi i każdy pisarz ma tydzień.
[02:34:55] - Tak, eksploatuje się pisarzy. Pisarz, który nie pisze cyklu, to w ogóle nie jest pisarz.
[02:35:00] - On doskonale wiedział, co to jest. Nigdy w życiu nie napiszę książki, która będzie kontynuacją starej książki. Bez sensu.
[02:35:09] - A jakbyś tak napisał kontynuację któregoś ze swoich dzieł?
[02:35:11] - Bez sensu zupełnie. Ja je skończyłem.
[02:35:15] - Bo pomyśl sobie, jakby tak druga „Jesień”.
[02:35:18] - To tak samo, jakbym się żenił po raz drugi ze starą żoną. Ona jest stara jak świat.
[02:35:24] - Bywają takie wypadki.
[02:35:27] - Dziękuję. Postoję, a raczej posiedzę tutaj i porozmawiam z tobą, ale nie o odgrzewaniu kotletów.
[02:35:39] - Marku, słucham?
[02:35:42] - Jak tak myślisz?
[02:35:43] - Ja rzucam literkę M, żeby uciąć wszelkie-
[02:35:48] - N?
[02:35:48] - M.
[02:35:49] - Dobrze, to na przykład Meyrinck „Golem”. Gustaw Meyrinck „Golem”. Wydanie mamy nawet nie tylko polskojęzyczne, także mamy różne wersje „Golema”. Rzecz ważna dla literatury modernistycznej, dla literatury fantastycznej i krótko mówiąc, mitotwórcza taka, prawda? Z mitem związana i odnosząca się zarówno do magii, jak i do świata symboli heretyków. Także wieloznaczna rzecz. Niektórzy nawet tego jako fantastykę nie chcą klasyfikować, a przecież niewątpliwie fantastyka.
[02:36:28] - W dodatku dotykamy naszych południowych sąsiadów, bo to w końcu w Pradze rzecz, o ile dobrze pamiętam, się działa. Ale tak mi szło skojarzenie, a macie w swoim zbiorze także Czecha Sołżka całą trylogię?
[02:36:46] - Oczywiście wszystkie trzy tomy „Tajemnicy ślepych ptaków” z najnowszej serii „Jezioro słoneczne”, chociaż „Tajemnica ślepych ptaków” niestety w najgorszym stanie. Jeżeli słuchacze tutaj mogliby nam pomóc, to prosimy o jeszcze dodatkowy egzemplarz „Tajemnicy ślepych ptaków”.
[02:37:02] - Po pierwsze to był ewenement w latach 70., bo była to trylogia, wyszła w serii prestiżowej, bo fantastyka, przygoda była niezwykle trudna do dostania. Bo o ile pierwszy tom, czyli „Tajemnica ślepych ptaków”, o ile dobrze pamiętam, ja to dosyć szybko zdobyłem, ale te dwa następne, oj, było ciężko. Zdobyłem je. Wtedy się książki zdobywało nie tyle w księgarniach, co w antykwariatach najczęściej, bo jak ktoś nie miał znajomości w księgarni, to musiał w antykwariacie. W związku z tym ja pamiętam ten dzień, kiedy nagle przeglądam stosik książek w antykwariacie i to porażenie, kiedy widzę dwa brakujące tomy, a nie mam ze sobą pieniędzy. A wtedy karty kredytowe były rzeczą nieznaną, przynajmniej w tym kręgu, po tej stronie żelaznej kurtyny. W ogóle nie bardzo było skąd te pieniądze wziąć. I wtedy już trzeba było roztoczyć młodzieńczy urok osobisty, poprosić panią niemal na kolanach, bo to tak się prawie odbywało, żeby zostawiła do jutra. Jak nie przyjdę do godziny 11, to już może puścić w obieg, ale błagam, żeby chociaż do tej 11 przetrzymała. Pani łaskawie patrzyła.
„No dobrze, zostawię.” I ja pamiętam, że ja po prostu, żeby tę książkę zdobyć, uciekłem z lekcji. Po prostu wyszedłem i poszedłem kupić książkę. Trudno. Chemia musiała sobie poczekać na moją obecność. Tak to się odbywało.
[02:38:44] - Kto dzisiaj, że tak powiem-
[02:38:47] - Zwolni się z lekcji?
[02:38:48] - Zwolni się z lekcji, skoro w ogóle może na nią nie przychodzić?
[02:38:51] - To prawda.
[02:38:52] - Ale muszę powiedzieć, że na wagary poszedłem po to, żeby zobaczyć film „Fahrenheit 451”, bo to był jedyny pokaz w kinie w Bydgoszczy, kiedy właśnie w godzinach przedpołudniowych i nie było żadnej innej możliwości zobaczenia tego filmu później. W ogóle wspominam to jako moje najpiękniejsze wagary. Zobaczyłem arcydzieło „Transport Trójkąty” w ósmej klasie i jeszcze bałem się, że mnie nie wpuszczą, bo film był od lat 16.
[02:39:19] - Tak, a wtedy jeszcze panie w kinie w dodatku-
[02:39:21] - Tak, sprawdzały legitymacje
[02:39:22] - ... legitymacje. W dodatku jeszcze przed kinami czasami grasowała milicja wtedy. Grasowała milicja.
[02:39:30] - Chodzili też, sprawdzali czy nie ma wagarowiczów.
[02:39:33] - Wyłapywali wagarowiczów.
[02:39:34] - Ale to na takie filmy bardziej widowiskowe, typu „Winnetou” i temu podobne, bo „Fahrenheit”? Co to za film? Na pewno tam nikogo nie ma. Suchy w kinie.
[02:39:43] - To co dzisiaj opowiadamy, to jest dopiero science fiction. Jak opowiadamy o milicjantach polujących na wagarowiczów, to myślę, że to już dzisiaj są naprawdę opowieści science fiction albo grozy nawet. Dobrze, Tadeuszu, myślę, że nasze dzisiejsze spotkanie powoli zakończymy. Pewno ponieważ macie tych pozycji tyle, to moglibyśmy wypytywać cię i wspominać, bo właściwie każdy tytuł to jakieś wspomnienie nasze literackie, czytelnicze. Pewno jeszcze bardzo długo. Bardzo ci dziękujemy. Szczerze polecamy wszystkim badaczom, którzy chcieliby się na przykład wspomnianymi już takimi klubówkami, wydawnictwami ulotnymi z lat 80. zająć. To jest na pewno dobre miejsce, żeby się z tym zetknąć, żeby to sobie przeczytać, zobaczyć. Zawsze kontakt z Tadeuszem można nawiązać i o taką rzecz się zwrócić.
Ale też myślę, że wśród tych pięciu tysięcy nie tomów, ale tych woluminów, publikacji, które są tam zgromadzone, można znaleźć rzeczy, z którymi człowiek wcześniej się nie zetknął. Chyba warto. W ogóle biblioteka to jest takie miejsce, w którym zawsze grasować warto. Ale cóż, ja zagaduję, zagaduję. Tadeuszu, tobie głos oddaję. Podsumuj to jakoś.
[02:41:14] - Dodam parę informacji. W bibliotece znajduje się też spuścizna literacka po Jurku Gruntowskim, a więc materiały, które nie zostały do tej pory opublikowane. Jest tego bardzo dużo. Właściwie mam całą szafę materiałów archiwalnych. Są tam jego rękopisy, maszynopisy, komputeropisy, płyty, dyskietki, pendrive'y. Są tam teksty publicystyczne, dziennikarskie. Jest też na pewno co najmniej jedna powieść, która do tej pory nie ujrzała światła dziennego „Wilkołak Draco” i podejrzewam, że jeszcze kilka innych publikacji na miarę książki, które też do tej pory nie były publikowane. Dzięki uprzejmości naszego kolegi, redaktora Wojtka Chudzińskiego, który zgodził się na to, żeby dokonać przeglądu całego tego materiału i dokonać selekcji tych tekstów. Będziemy może mogli kiedyś w przyszłości pokusić się o to, żeby te nieopublikowane do tej pory teksty wydać. Zawsze będziemy szukali oczywiście wydawcy, sponsora, kogoś, kto nam w realizacji tego postanowienia pomoże.
Biblioteka Literatury Fantastycznej imienia Jerzego Grudkowskiego znajduje się w Bydgoszczy, na Wzgórzu Wolności przy ulicy Bośniackiej 3. To jest szkoła podstawowa numer 56. Na trzecim piętrze, w sali numer 36. Jest to część filii Młodzieżowego Domu Kultury numer 2 w Bydgoszczy. I tutaj bardzo dziękuję dyrekcji Młodzieżowego Domu Kultury numer 2, panu Adamowi Wętosze i pani Dorocie Przywarze-Kaps za wspomaganie naszej działalności oraz panu Jarosławowi Jagodzińskiemu, dyrektorowi Szkoły Podstawowej numer 56, dzięki któremu ta biblioteka chce funkcjonować.
[02:43:24] - A jeśli ktoś by chciał nawiązać kontakt z biblioteką, to my zawsze z Wiktorem służymy kontaktem. Wystarczy do nas napisać. Jakoś na pewno skontaktujemy z naszym dzisiejszym gościem. Cóż, Wiktorze, czy ty coś jeszcze, jakieś słowo odpalisz na koniec?
[02:43:43] - Ja poczekam, aż coś z Gruntowskiego tam się wygrzebie.
[02:43:49] - To, że się wygrzebie, to jak słyszałeś, rzecz oczywista. Przynajmniej jedna powieść gdzieś tam czeka.
[02:43:53] - Jedna powieść jest robiona.
[02:43:55] - Będę czekał. To będzie dla mnie wielka radość.
[02:44:00] - Tak.
[02:44:01] - Ja tę powieść, muszę zdradzić, znam, ponieważ dużą część tej powieści przepisywałem Jurkowi na komputerze.
[02:44:10] - A ja mam taką smutną refleksję, że to tak jest, że autor znany, ceniony i który wydawał w świetnych wydawnictwach pod koniec życia nie mógł dla tej powieści znaleźć wydawcy. Dla mnie jest to przybijające i smutne po prostu, że tak się jakoś z tym naszym światem porobiło, że tak się dzieje. Co ja tu będę dużo komentował czy wydziwiał. Po prostu był autor i nie znajdował wydawnictwa dla swojego dzieła. Ktoś powie: „Mamy kapitalizm, tak powinno być. W ogóle super było”. Nie jest chyba super i coś jest w tym mimo wszystko parszywego. Tak to przynajmniej odbieram.
[02:44:58] - Napewno. Ale to w drugą stronę mówiąc, tak samo my mówiliśmy o młodych, którzy zaczynają pisać. Jest Kadyna, ale też nie ma sobie gdzie wydawać książek, nie?
[02:45:10] - Ma Bibliotekarium Wydawnictwo.
[02:45:12] - Tak, ale mnóstwo ludzi, młodych również. Nie tylko starzy, ale również młodzi po prostu nie mają gdzie wydawać. Dlaczego tego nie ma? Są te mechanizmy zakłócone. Bo mamy kapitalizm i brak hierarchii. W kapitalizmie również była hierarchia, ale my mamy dzisiaj poza kapitalizmem demokrację, a w demokracji wszystko jest płasko i równo.
[02:45:41] - Dobrze, to ja jeszcze powiem o jednej rzeczy. Mówiłeś o młodych. Przypomnę, że warto wejść na Facebooka Bibliotekarium. Tam jest zapowiedź konkursu literackiego, którego Wiktor będzie szefem jury. To na razie zapowiedź. Szczegóły w poniedziałek, ale już dzisiaj warto wejść na Facebooka, zobaczyć sobie, o co w tym konkursie chodzi. Troszeczkę szczegółów tam jest. Więcej szczegółów będzie podanych w poniedziałek. Cóż, Wiktorze, czy jeszcze na koniec powiesz coś ciekawego?
[02:46:22] - Może ja?
[02:46:22] - To może ty.
[02:46:24] - Bardzo się cieszę, że całkiem niedługo Wiktor razem ze mną poprowadzi odcinek Bibliotekarium poświęcony twórczości Marka Żelkowskiego.
[02:46:33] - Bardzo chętnie. Wreszcie będzie można jemu dokopać. Och, ale ci będę wybrzydzał, Marku. Nie ta składnia, nie ten rytm, brak tego crescendo i tak dalej w tej symfonii napoleońskiej. Pardon, żelkowskiej.
[02:46:54] - Dowiadujemy się od Szarego, że audycja znowu się hermetyzuje. Ja już nie skomentuję tego hermetyzuje, bo to nie tak chyba się hermetyzuje.
[02:47:07] - Bo alkoholu nie było.
[02:47:08] - Tak, nie było alkoholu, więc hermetyzuje.
[02:47:11] - Jak na trzeźwo to hermetycznie.
[02:47:13] - Tak. Nie, ale samo słowo hermetyzuje tutaj jest.
[02:47:16] - Może chodzi o heretyzuje.
[02:47:20] - Może się tak— dobrze. W każdym razie to tyle, jeśli chodzi o dzisiejszą audycję. Żeby się tak bardzo nie hermetyzowała ta audycja, to powiem, że za dwa tygodnie zapraszamy na audycję, która będzie mówiła o książce tym razem niefantastycznonaukowej, ani nic z fantastyką naukową nie będzie miała wspólnego. Książka, o której już jakiś czas temu wspominaliśmy w naszej audycji, a mianowicie książka „Modne bzdury”. To jest książka napisana przez Sokala i Brickmonta. Książka o tym, że czasami używanie trudnego języka naukowego prowadzi na manowce. Czasami jest tak, że czytamy jakiś tekst i im mniej z niego rozumiemy, tym uważamy go za bardziej naukowy. To są manowce. Ci panowie to dosyć dobitnie udowodnili. Myślę, że kilka cytatów, które mamy przygotowane do następnej audycji, przynajmniej państwa rozbawią, ale też mogą zafascynować swoim bełkotem.
Tak to ujmę, bo rzeczywiście autorzy są okrutni i wybierają z różnych dzieł takie kawałki. Z dzieł zresztą bardzo znanych myślicieli, topowych, którzy są szanowani i obwieszani różnymi tytułami i tak dalej. Oni wyciągają z dzieł takie fragmenty, które są klasycznym, autentycznym bełkotem. I to chyba ważne w tej książce. Zresztą książka zabawna, chwilami robiona według zasady „świętości bardzo chętnie szargamy”. Brickmont i Sokal robią to z dużą pasją. Trzeba im to przyznać. Zapraszamy w takim razie za dwa tygodnie, a za tydzień wakacyjne wydanie ABW z kawałkiem. Tym razem będziecie się państwo mogli poznęcać nad prozą Wiktora Żwikiewicza. To à propos tego, co mi Wiktor mówił.
Co zrobi z moją prozą? To taki mały akt zemsty, ale spodziewam się najgorszego. Dziękujemy państwu. Życzymy samych dobrych lektur.
[02:49:52] - Spalić Żelkowskiego, spalić Żwikiewicza, spalić Bibliotekarium.
[02:49:57] - Tak jest. To słuszne hasło. I zhermetyzować możemy. Zhermetyzować. Zhermetyzujmy.
[02:50:06] - I rozhermetyzować.
[02:50:08] - Tak. Okej. Dziękujemy jeszcze raz. Wszystkiego dobrego. Dobrej nocy.
[02:50:13] - Dobranoc.
[02:50:14] - Dobranoc.
[02:50:14] - Jeszcze w temacie modnych bzdur, a konkretnie używania słów, których znaczenia niekoniecznie się rozumie. Tutaj jeszcze pozwolę sobie rzucić takim śląskim dowcipem. Był kiedyś taki sztygar. Nie pamiętam, czy ten dowcip już kiedyś opowiadałem, czy też nie, ale jeżeli nawet opowiadałem, to go powtórzę. Jest taki dowcip o śląskim sztygarze, który uwielbiał używać modnych bzdur w warstwie językowej swoich wypowiedzi. Uwielbiał używać określeń, których znaczenia nie rozumiał. I kiedyś odzywa się do górników tak: „Słuchejcie, górniki, te, kiere mie rozumią, to są ludzie inteligentne, a te, co mnie nie rozumią, to mnie mogą w dupa pocałować i vice versa”.
[02:51:12] - Tak. I tym optymistycznym akcentem jeszcze raz dziękujemy. Dobrej nocy życzymy.
[02:51:18] - Dobrej.
[02:51:18] - Dobranoc.
[02:51:19] - A mówili te słowa do państwa gospodarze Bibliotekarium Marek— oj, ktoś tutaj się za oknem w moim krakowskim tymczasowym studiu rozpędził i próbuje mnie zagłuszyć. Ale już odjechał. A mówili te słowa do państwa przed chwilą gospodarze Bibliotekarium Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość Tadeusz Krajewski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie, tym razem w ABW, już za tydzień.