[00:01] - Paralaxa. Rozmowy na Atlantydzie z Chrisem Miekina. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, na którą wielu z państwa wyczekuje niecierpliwie cały tydzień. Każdej niedzieli, chwilę przed 18, zbieracie się państwo, aby wysłuchać kolejnego odcinka Paralaxy na żywo. Rozmowy na Atlantydzie z naszym niestrudzonym poszukiwaczem prawdy Chrisem Miekina, który jest już z nami po drugiej stronie połączenia internetowego. Witaj, Chrisie.
[00:37] - Witaj, Marku. Witam państwa. Paralaxa. Chyba ostatnia w tym roku, tak mi się wydaje, a w zasadzie na pewno ostatnia przed świętami, bo za tydzień Wigilia i zaczyna się doroczne świąteczne szaleństwo. Także wypadałoby stworzyć coś specjalnego, ale ja na zasadzie chyba przekory nie mam dzisiaj jakichś specjalnie interesujących tematów. Tak mi się przynajmniej wydaje. Zobaczymy, jak ta audycja się rozwinie. Ostatnio jest to taki rodzaj sztuki, którą kiedyś nazywano angielskim słowem performance, czyli po prostu tworzymy historię w tym czasie, kiedy się ona sama rozwija, jak zwoje starożytnych pism, które tu i ówdzie się odkrywa. Ostatnia forma Paralaxy jest taka, że patrzymy, jakie tematy zaczynają się pojawiać i próbujemy je tutaj omawiać i rozmawiać z państwem. Także zapraszam ewentualnie do zadzwonienia do audycji, do dyskusji.
Dawno takiej nie było. Paralaxa jest bardzo milcząca i tylko ja się produkuję tutaj. Nawet Marek przysypia i mam wrażenie, że wielu słuchaczy również trochę chyba przysypia. Takie odnoszę wrażenie. No, ale to się wszystko zobaczy.
[02:03] - Chrisie, przebacz, że ci przerwę, ale po dniu spędzonym w Sosnowcu od 8:00 do 21:00 co najmniej każdy byłby chyba przysypiający, nawet w niedzielę.
[02:22] - Ja słyszałem, że w Sosnowcu to w ogóle tam jest zagięcie czasowe i tam bardzo ciężko jest ustalić, od której godziny, do której.
[02:30] - Dodajmy jeszcze to, że mimo że jesteśmy w strefie Schengen, to przebywając w Katowicach trzeba tam przywieźć paszport i pokazać.
[02:41] - Tak się domyślałem.
[02:45] - I właśnie w tym momencie cię urwało.
[02:48] - Do kominka wczoraj. Niestety trochę przymroziło. Ugrzałem się, a mróz był z zewnątrz, więc dzisiaj mój głos wchodzi w bardzo niską fazę i w którymś momencie może kompletnie zaniknąć. Także też z góry uprzedzam.
[03:03] - To dajmy twojemu głosowi trochę odpocząć. Teraz mój głos troszeczkę pomęczemy. Wypadałoby podać chyba kontakty do Radia Paranormalium. Paralaksę realizujemy dzisiaj całkiem spontanicznie, całkiem na żywo. Można do nas dzwonić na nasze numery telefonów 32 746 00 08, komórkowy 53 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na Gadugadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy też na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można także nas spotkać na Facebooku na kontach Radia Paranormalium i Nowej Atlantydy, na grupie Radia Paranormalium. Oczywiście, jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne ciekawe wiadomości, włącznie z propozycjami tematów do omówienia w Paralaksie na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Już tu ktoś napisał: „Ivellios to przecież zakamuflowana mniejszość niemiecka”.
Dzięki wielkie O35.
[04:33] - Ktoś się na pewno dowiedział, że paszportu nie potrzebujesz do Sosnowca i dlatego.
[04:40] - Widocznie tam mnie lubią, bo tak udają.
[04:45] - Ja ci nawet zazdroszczę. Też bym chciał do Sosnowca pojechać.
[04:49] - A po co?
[04:50] - Zobaczyć, jak tam jest. Jeszcze nie wiem. Ale jak ty tak często tam jeździsz, to widocznie jest tam coś interesującego. I to w ogóle byłby świetny temat na Paralaksę na temat tajemnica Ivelliosa i miasta Sosnowiec.
[05:04] - Trójkąt Katowice, Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza. Do Dąbrowy Górniczej co prawda nie zaglądam, ale ponoć taki trójkąt istnieje i ludzie w nim znikają.
[05:17] - My znikniemy lada chwila w trójkącie zwanym Paralaxą. Dziś te tematy, które się piętrzą dookoła, a tak naprawdę jest ich masa. Jak zawsze powtarzam, ja w ogóle cierpię na nadmiar tych wszelkich informacji i czasami zauważyłem, że ich ilość przeradza się w taką jedną betonową bryłę, identyczną z jakiej zbudowane są piramidy. I ta bryła z ogłuszającą siłą po prostu zamyka wszelki dostęp i percepcję do wszystkiego, co dociera. I tak usiłując złożyć tę dzisiejszą audycję, rozglądałem się za jakąś okrągłą rocznicą czegokolwiek, żeby było od czego zacząć. I znalazłem taką rocznicę. Okazuje się, że dokładnie 50 lat temu, pół wieku temu w Point Pleasant w Wirginii szalał MothmanI wszystko to zakończyło się 15 grudnia 1967 roku. Prawdopodobnie co najmniej połowa słuchaczy jeszcze nie było wówczas na świecie, kiedy to zawalił się most na rzece Ohio i to zawalenie się tego mostu było przepowiedziane przez dziennikarkę lokalnego pisma, która miała makabryczny sen. Śniło się, że ludzie toną w lodowatej wodzie jakiejś rzeki i w tej rzece pływają świąteczne prezenty. Wówczas, miesiąc później zawalił się ten most w Ohio i zginęło 46 osób.
Od tamtego czasu nie pojawił się w tej okolicy Mothman, który utknął oczywiście w legendzie, książkach Keela i w całej tej ufologicznej historii, z jaką czasami mamy do czynienia. Równe 50 lat temu plus dwa dni, 15 grudnia 1967 roku, ostatni element z legendy Mothmana miał miejsce właśnie w Point Pleasant. Takim początkiem chciałem zacząć dzisiejszą audycję. Wśród tematów, które ostatnio szczególnie dużo ich znajduję, są to najrozmaitsze tematy ze starożytności. Ciągle szukamy najrozmaitszych początków naszej kultury, tego, co się wydarzyło w historii. Wszyscy przynajmniej zgadzamy się w jednym: że historią się manipuluje, że każdą informację da się w zasadzie zmienić w dowolną stronę, zinterpretować w taki sposób, ażeby odpowiadała czyjemuś poglądowi na świat i punktowi widzenia. Oczywiście kontrowersyjnym punktem tego typu rozważań są na przykład piramidy. Do dziś nie wiemy, kto je zbudował, jak je zbudował i w ogóle po co je zbudował. Co jakiś czas pojawia się jakaś sensacyjna informacja. Co jakiś czas ktoś próbuje dokonywać różnych bardziej lub mniej legalnych odkryć.
Pojawiają się nowe rewelacje, które rozpalają ludzkie umysły, rozpalają dyskusje. Niestety z czasem te dyskusje gdzieś zamierają. Całe te historie w jakiś sposób tracą swój impet i przestają w ogóle się rozgrywać. Nie ma nowych informacji. Tak było z różnymi miejscami, które odkryto w Wielkiej Piramidzie, na przykład, i próbowano je eksplorować, próbowano znaleźć, co w nich jest. Później okazywało się, że takiego miejsca w ogóle nie ma. I ta historia niejednokrotnie zataczała koło, by znów powrócić w nowej formie. Ostatnią historią wokół Wielkiej Piramidy, jest historia, która dotyczy oczywiście prześwietlenia piramidy i okazało się, że da się ją prześwietlić. Kiedy miony, które są promieniowaniem kosmicznym, przechodzą przez kamienie piramidy, są w stanie przyspieszać w miejscach, gdzie gęstość materiału jest mniejsza i przez to odkrywają jakąś przestrzeń. Oczywiście taką przestrzeń udało się odkryć ostatnio i wzbudziła ona olbrzymią sensację.
Pisały o nim wszystkie gazety, łącznie nawet z brukowcami. Każdy się podniecał: co w tym miejscu może się znajdować? Jak ono może wyglądać? Czy jest tam być może jakaś dokumentacja, która wreszcie wskazałaby, kto zbudował piramidy, kto za nie odpowiada i w jaki sposób to oczywiście zrobiono. Tym bardziej że to miejsce, które odkryto w piramidzie, jest teoretycznie bardzo duże i bardzo przestronne. Oczywiście problem jest taki, że przestraszeni tym odkryciem troszeczkę i zaskoczeni Egipcjanie nie zareagowali tak czujnie i bystro jak za czasów Zahi Hawassa. Ale ta maszyna w końcu ruszyła. Już Egipcjanie powiedzieli, że nie będzie żadnego kucia, żadnych wierceń, żadnego przedzierania się do tego miejsca, gdzie powinna znajdować się w piramidzie ta nisza i ewentualnie, jeżeli już, to mogą pozwolić na wywiercenie jakiegoś otworu, żeby dostać się do tego miejsca. Oczywiście pozostaje problem technologiczny: jak zbadać ewentualnie odkrytą niszę? Co się w niej znajduje?
Tutaj na szczęście przychodzi na pomoc technologia. Jest taki pan z Francji, który nazywa się Jean-Baptiste Mouret. Wspaniale brzmiące nazwisko, nadające się do książki sensacyjnej o poszukiwaczach skarbów, o Indianie Jonesie. On pracuje z instytucją, która się nazywa Inventors for the Digital World i ta instytucja, która zajmuje się budowaniem różnych niekonwencjonalnych robotów, chce zbudować takiego robota, który przedarłby się do tej niszy w piramidzie, którą odkryto, przez otwór, na który pozwolono, który ma mieć 3,5 centymetra średnicy. Ten robot jest specyficzny. Wcale nie przypomina pająka, skorpiona czy czegoś innego, a jest w zasadzie dronem. Robot będzie poruszał się w tym nawierconym otworze. Następnie, kiedy dotrze do tej pustej przestrzeni, prawdopodobnie bardzo ciemnej, wówczas napompuje się i stworzy postać takiego mini sterowca, dzięki czemu nawet jeżeli zacznie obijać się o różne przedmioty, artefakty, czy być może nawet jakieś mumie czy inne historie, które tam są ukryte, to będzie się od nich odbijał, niczego nie uszkodzi. To była główna podstawa dyskusji z Egipcjanami, żeby ewentualny robot, który tam wejdzie, niczego nie zniszczył, niczego nie zepsuł. Ten mały robot będzie oprócz tego nieco bardziej inteligentnym robotem niż większość robotów, bo oprócz tego, że będzie mógł filmować w ciemności, będzie miał jeszcze doczepione inne bardzo wyrafinowane urządzenia, które ewentualnie dadzą więcej informacji, jak ta ukryta komnata wygląda.
Ten robot, nawet jeśli się zgubi, będzie miał umiejętność odnalezienia drogi z powrotem i powrotu do punktu wyjścia po to, żeby chociażby naładować baterie. Dzięki temu, że będzie takim latającym sterowcem, maleńkim latającym sterowcem, będzie zużywał znacznie mniej energii, co jest niezwykle ważne. Także jest szansaŻe dowiemy się, co w tej tajemniczej niszy się znajduje i być może rzuci to jakieś światło na to, co jest grane z tymi piramidami. Jak to się stało, że wylądowały one nad Nilem i kto je tak naprawdę zbudował i w jaki sposób to zrobił. Jest to nieustająca zagadka i Egipt prawdopodobnie chyba do końca naszej cywilizacji będzie jednym z najważniejszych miejsc właśnie ze względu na te monumentalne budowle, które kryją w sobie tajemnice. Ostatnio oczywiście była również omawiana tajemnica ewentualnie drugiego Sfinksa, co jest naturalne dlatego, że w większości przypadków, kiedy na przykład uwiecznia się wizerunek Sfinksa na stellach, na różnych płaskorzeźbach w Egipcie, zazwyczaj są to dwa sfinksy. Sfinksy zawsze chodzą w parze i dlatego ten jeden samotny sfinks sugeruje, że być może miał swojego brata bliźniaka, a może siostrę bliźniaczkę, bo niektórzy, tacy jak na przykład Robert Schoch podejrzewają, że to była lwica, która patrzyła w zupełnie przeciwnym kierunku i da się mniej więcej ustalić geometrycznie, używając tego planu, na którym położone są piramidy, w którym miejscu ewentualnie ten sfinks mógł stać. Ale znów, zanim dojdzie do odkrycia, a wskazane miejsce, gdzie ewentualnie ten sfinks mógłby być, to jest w tej chwili kupa rozmaitego gruzu, to zabierze całą masę czasu. Bo ta egipska administracja nie spieszy się i w zasadzie ja ją w tym popieram. Myślałem kiedyś o tym.
Kiedyś mnie bardzo irytowało, że zabiera to bardzo dużo czasu, żeby coś odkryć, do czegoś się dokopać. Ale bardzo często w trakcie tego typu poszukiwań okazuje się, że archeolodzy, którym zawsze dajemy taki duży kredyt zaufania, że wszystko zabezpieczą to, co znajdą, dokonują też ogromnej masy zniszczeń i to są zniszczenia nieodwracalne. Okazuje się później, że parę lat po tym wszystkim jest jakaś technologia, która pozwala być mniej inwazyjna. I niestety nie była znana w tym czasie, kiedy do czegoś się dokopywano i cały ten teren został zniszczony. Dlatego coraz większą popularnością cieszy się archeologia, która niczego nie odkopuje, zajmuje się prześwietlaniem praktycznie takiego miejsca, stanowiska archeologicznego i buduje trójwymiarowy obraz tego, co tam ewentualnie się wewnątrz znajduje. Ma to jakiś sens, bo to widać chociażby na przykładzie Gobekli Tepe, kiedy nawet jeszcze w czasach, kiedy żył Klaus Schmidt, zorientował się on, że te przepiękne, wykopane kamienne kręgi zaczynają się po prostu niszczeć, w bardzo szybkim tempie zaczynają wietrzeć. I ta cała sytuacja, że były one kompletnie nienaruszone. Wystarczy następne 50, 60 lat, żeby taki obiekt, który przetrwał 10 000 lat pod ziemią, na powierzchni ziemi po prostu nie dał rady przetrwać i rozsypał się w pół. Dlatego zaczął zakładać na te kamienne kręgi takie pokrowce z desek. Wywieziono wiele rzeźb i artefaktów do pobliskiego muzeum, żeby je zabezpieczyć.
Także myślę, że rozmowa na temat przyszłości archeologii jeszcze ciągle nie weszła w tą swoją główną fazę. Ciągle wierzymy, że należy coś wykopać i wydobyć na powierzchnię ziemi, zapominając o tym, że jest to nieodwracalna strata, że jeżeli coś zostało w ziemi, zostało przysypane przez piasek, zostało zakopane przez ludzi tak jak Gobekli Tepe, to być może w trakcie wykopywania tego coś ominiemy. Dziś sporo się mówi o tym, że ewentualnie żeby spróbować zacząć wydobywać więcej piasku również właśnie z Gizy, z tej równiny Gizy, na której stoją piramidy. Bo oczywiście sfinks już jest na powierzchni w całości można go obejrzeć, natomiast niedaleko od niego już zaczynają się piaski i okazuje się, że po prześwietleniu tych piasków, że ten sfinks stoi na klifie. Jest tam olbrzymia ilość piachu, który gdyby usunąć, to być może odkryłaby właśnie te wejściowe drzwi, ewentualnie do tej komnaty, słynnej komnaty biblioteki, gdzie miałyby się znajdować właśnie informacje na temat tego, jak powstała egipska cywilizacja i być może znajdując je wreszcie dowiedzielibyśmy się o niej wszystko. Ale jest to wielkie przedsięwzięcie inżynieryjne. Na razie nikt nie kwapi się tego robić i jest to niezwykle trudne, bo pustynia jest nieubłagana i nawiewa olbrzymie ilości piachu w ciągu jednego dnia. Zresztą to było widać po starych zdjęciach sfinksa, kiedy w zasadzie z piasku wystawała ledwo jego głowa. I kiedy próbowano po raz pierwszy podejść do tego projektu, żeby usunąć ten piasek łopatami, okazało się, że jest to taka syzyfowa praca. Bo ten piasek wykopany w dzień nawiewała pustynia nocą i w zasadzie można byłoby to kopać w nieskończoność.
Dopiero użycie sprzętu górniczego i wagoników górniczych pozwoliło wywieźć olbrzymie ilości piachu i trochę oczyścić w tej chwili tą strefę Gizy. Natomiast wciąż znajduje się tam dużo piachu i pod tym piachem też się coś znajduje. Też wiadomo, że coś jest, ale egipska administracja jest bardzo ostrożna i niełatwo ją przekonać, nawet jeśli nie ma Zachariha Wassa, a ma ku temu wiele powodów. Te zabytki egipskie są pod nieustannym zagrożeniem z różnych stron, bo pojawiły się nawet historie od tych wszystkich fundamentalistycznie nastawionych muzułmanów, że piramidy czy sfinks są religiąKtóre są wrogami Allaha i w związku z tym powinny być zniszczone i starte z powierzchni ziemi. To jest jeden element. Miejmy nadzieję, że nigdy się coś takiego nie wydarzy i ten ferment religijny nigdy nie weźmie góry. A druga sprawa to jest taka, że w ciągu tych wszystkich lat, kiedy te piramidy egipskie, mumie i różne artefakty zostały wydobywane z różnych miejsc, wiele z nich skradziono i zniknęły gdzieś na zawsze. Są często w rozmaitych kolekcjach. Dziś na przykład ciągle kradnie się tego typu artefakty. Ciekawe jest to, że olbrzymia ilość tych artefaktów jest kradziona właśnie przez różnych terrorystów z rozmaitych grup powstańczych, czy jak by ich tam nie nazwać, które nazywamy ogólnym słowem ISIS.
Bardzo nieszczęśliwym słowem. ISIS, czyli bogini Izyda, jedna z najważniejszych postaci egipskiej mitologii, jest nagle symbolem czegoś, co jest kompletnie antyludzkie, a także stoi w sprzeczności z dokonaniami starożytnego Egiptu. Dziś oczywiście Egipt jest krajem w większości muzułmańskim, ale w swojej historii ma zupełnie inną religię i zupełnie inne korzenie. Były to czasy, kiedy o islamie w ogóle nie było mowy. Dlatego wiele tych artefaktów jest kradzionych, trafia na czarny rynek. Tylko na giełdzie londyńskiej to jest mniej więcej suma 80 milionów dolarów rocznie, gdzie ukradzione artefakty, głównie właśnie przez ISIS, trafiają na rynek i trafiają do rozmaitych kolekcji. Paradoksem jest to, że kolekcjonerami są głównie chrześcijanie. I właśnie ten paradoks jest szczególnie ostry w momencie, kiedy zdać sobie sprawę, że to właśnie chrześcijanie wspierają najbardziej antychrześcijański ruch, jaki można sobie wyobrazić na świecie, kupując te wszystkie stare artefakty z czasów starożytnego Egiptu. Także te historie pojawiają się co jakiś czas. Egipcjanie bardzo często żądają zwrotu tego typu artefaktów, kiedy gdzieś jakiś się odkryje.
Oczywiście niektóre z nich są nie do sprowadzenia z powrotem do Egiptu, jak na przykład kamień z Rosetty, który chyba jest jednym z najbardziej legendarnych artefaktów z tego względu, że właśnie to na nim były przetłumaczone egipskie hieroglify na inne języki i dzięki temu można było zrozumieć, o co w tych hieroglifach chodzi. Ale co jakiś czas odnajdywane są różne inne artefakty w sposób bardzo zaskakujący. Ostatnio wybuchła bardzo duża awantura w Australii, gdzie pewna pani, która nazywa się Joan Howard, która była żoną ambasadora Australii w Egipcie i mieszkała w Egipcie w latach 60. i 70. Przez praktycznie ponad 20 lat mieszkała w Egipcie. Była fascynatką tych wszystkich starych kultur z pogranicza Afryki i Azji. Wędrowała, odwiedzała Palestynę, Syrię, Liban, Jordanię i w każdym z tych miejsc kupowała sobie na targu najrozmaitsze upominki. I okazuje się, że te upominki, które sobie kupowała, różne statuetki, monety, najrozmaitsze artefakty, są niezwykłej cenności, dlatego że dziś oceniono jej kolekcję na około 600 000 amerykańskich dolarów. Także jest to sporo w drobiazgach. Zdano sobie sprawę, że pani Howard wywiozła to kompletnie nielegalnie.
Czyli generalnie można powiedzieć, że jest złodziejem, że w jakiś sposób wspierała złodziei grobowców, sama skupując od nich najrozmaitsze artefakty i przewiozła je nielegalnie do Australii. Nie wiadomo, co w takim przypadku zrobić, dlatego, że jest osobą szanowaną, a oprócz tego ma dziś 95 lat. W razie czego zapewne nauczona towarzystwem swojego męża polityka, w razie czego milszy. Trudno jest taką panią zaaresztować. Prawnicy, szukając dla niej jakiejś furtki, ustalili, że dopiero w latach 70. UNESCO ustaliło ogólnoświatowy zakaz handlu tego typu artefaktami, że być może w tym momencie to, że wywiozła tyle artefaktów do Australii, nie złamała prawa w jakiś sposób. Póki co stała się dość nieszczęsną celebrytką w Australii i nazywa się ją Indiana Joan. Taka Joanna złodziejka, okradaczka grobów. Spójrzmy nawet na tego Indianę Jonesa. W zasadzie tak naprawdę my się fascynujemy, lubimy tego bohatera.
Jest bardzo sympatyczny, ale on też w zasadzie okrada te groby, zabiera różne rzeczy, niszczy mnóstwo rzeczy po drodze i przywozi jakieś statuetki do swojego uniwersytetu albo przywozi w miejsce, gdzie po prostu wkłada się je do skrzyni i giną gdzieś w jakimś olbrzymim hangarze, gdzie trudniej je znaleźć niż nawet w najtrudniej dostępnym grobowcu. Także te historie zataczają wiele zakrętów. A ja ostatnio znalazłem bardzo interesującą historię, która jest historią starożytną, ale w jakiś sposób też dotyczy Polski. Dlatego, że polscy archeolodzy z Uniwersytetu Warszawskiego pracowali pięć lat temu nad wykopaliskami w Peru, na północ od Limy, w miejscu, które nazwano El Castillo de Huarmey. I odkopano tam grobowce z kultury Wari, których unikalność polegała na tym, że wcześniej nie znaleźli ich złodzieje grobów. Grobowce peruwiańskie mają to do siebie, że są pełne najrozmaitszych artefaktów i są to artefakty drogocenne, więc jest to lep dla złodziei bardzo kuszący. Są oni plagą, dlatego, że rozbijają te grobowce, wykradają co cenniejsze rzeczy i niszczą wszystko dookoła.Tym polskim archeologiem, który dowodził tymi badaniami był Miłosz Giersz. Dzięki peruwiańskiej armii, która otoczyła teren, przez długi czas utrzymywano te wykopaliska w tajemnicy. Udało się je szczęśliwie wydobyć, mimo że czasami dochodziło tam do sytuacji, kiedy archeolodzy czuli się jak w oblężonej twierdzy, gdzie dookoła zaczęły pojawiać się różne niebezpieczne typy, które tylko czekały na okazję, żeby wkroczyć do tych grobowców i rozkraść to, co w nich znaleziono. W tym przypadku udało się te wykopaliska przeprowadzić do końca.
Udało się otworzyć te grobowce i znaleziono w nich 58 szkieletów kobiet i wszystkie były arystokratkami. Dziś ocenia się, że wśród nich były cztery królowe, z czego jedna zwróciła szczególną uwagę historyków, bo jako jedyna z tych wszystkich No i oczywiście w jej krypcie znaleziono całą masę najcenniejszych artefaktów. Były to brązowe siekiery, srebrne kielichy, cała masa biżuterii i olbrzymia ilość tkanin. Oczywiście te tkaniny przetrwały do naszych czasów, bo klimat w Peru jest bardzo suchy, więc w miarę dobrym stanie one przetrwały. Są niezwykle delikatne. Tu jest taka ciekawostka, że w kulturze Wari i w wielu kulturach, które stworzyły dzisiejsze Peru, łącznie z Inkami, to właśnie tkaniny były czymś najbardziej cennym. Nie złoto i srebro czy nawet drogocenne kamienie, ale właśnie tkaniny. Niektóre z tych tkanin są niezwykle precyzyjnie utkane, mają przepiękne wzory na sobie. Okazało się, że żeby utkać taką tkaninę, trzeba czasami trzech pokoleń, które tkały jedną makatkę. Dlatego nie dziwi, że było to bardzo cenne.
Wśród różnych artefaktów wokół królowej znaleziono wszystkie narzędzia potrzebne do utkania jakiejś tkaniny. I co ciekawe, były to narzędzia przepięknie wykonane właśnie ze złota. Te narzędzia włókiennicze. Kiedy bliżej zbadano królową i jej szkielet, okazało się, że w odróżnieniu od innych szkieletów, które należały do ludzi, którzy żyli parę tysięcy lat temu, jej zęby są w nieco kiepskim stanie. Zazwyczaj zęby przechowują się bardzo dobrze. Są z bardzo twardej kości, więc dlatego czasami ze szkieletu nic nie zostaje. Ale zęby gdzieś tu i ówdzie się porozrzucały i można je znaleźć. U niej było odwrotnie. To szkielet zachował się doskonale. Natomiast z zębami był problem i ten problem bardzo szybko wyjaśniono.
Wyjaśniono to tym, że królowa lubiła się napić. I takim historycznym napojem, lekko odurzającym z tamtych czasów jest napój zwany chicha. Ten napój można kupić także i dziś. Jest to generalnie taki słodki alkoholowy ulepek. Jest to ulepek, który pędzony jest z kukurydzy, ma swoją moc i swoje kopnięcie. Próbowałem go kilka razy. Jest po prostu obrzydliwie słodki i trzeba dużo silnej woli, żeby się przedrzeć przez ten napój. Natomiast królowa lubiła sobie taki słodki koktajl wypić i piła go w dużych ilościach. I wydaje się też, że nie tylko piła dla przyjemności, ale piła też służbowo, bo wiele różnych obyczajów Wari, kiedy składano najrozmaitsze ofiary bóstwom, celebrowano pory roku, celebrowano wszystkie ważne dla nich momenty w ich kulturze. Wówczas oczywiście chicha lała się strumieniami i królowa musiała być strasznie ważna, bo do jej krypty zbudowano specjalny kamienny kanał i wiele lat po jej śmierci ciągle wlewano tam chichę, żeby podzielić się z królową, napić się z nią wspólnie i celebrować jakiś bardzo ważny moment w życiu plemienia.
Kultura Wari skończyła kiepsko, bo podbili ją Inkowie. Z kolei kultura Wari to też nie byli aniołki żadne, dlatego że oni z kolei rozbili inną, niezwykle wartościową i interesującą kulturę, która nazywała się Moche. Kultura Moche być może ma niezwykłe znaczenie dla historii, bo byli to ludzie, którzy podróżowali do Ameryki Północnej i był to naród żeglarski. Być może te wszystkie dziwne artefakty, jakie czasami znajduje się w Arizonie czy w Nowym Meksyku, które przypisuje się kulturze Anasazi, a także następnym po Anasazi kulturom, jak na przykład Hopi i trudno je wytłumaczyć. Można odnieść wrażenie, że właśnie one pochodzą z Peru. Istnieje taka teoria, że kultura Moche, ludzie kultury Moche, naród żeglarski, podróżował i żeglował do Ameryki Północnej i zakładał tam kolonie. Powracając do tej królowej. Powstał taki pomysł, który sfinansował National Geographic, ażeby spróbować odtworzyć jej wygląd. Dziś jest to oczywiście możliwe na podstawie budowy czaszki, na podstawie badań antropologicznych na przykład ludzi, którzy żyją w takim regionie, można mniej więcej ustalić, w jaki sposób mogła wyglądać królowa. Zabrano się do pracy.
Praca zajęła ponad 220 godzin. Rekonstrukcja.wyglądu królowej. Żeby nie zniszczyć jej prawdziwych kości, najpierw wydrukowano jej kości i czaszkę w drukarce trójwymiarowej. Po raz kolejny nowa technologia w fascynujący sposób jest w stanie dopomóc tego typu zadaniom. Żeby jej wygląd był o wiele bardziej autentyczny, nawet gdzieś na targu w Peru zakupiono autentyczne włosy od starszej kobiety, które zaczepiono do tej odtworzonej postaci królowej. Jest to jej popiersie, jej twarz, zresztą bardzo piękna, bardzo interesująca. I co ciekawe, macie państwo, zdaje mi się, o wiele lepszą szansę, żeby na nią popatrzeć na własne oczy, dlatego że znajduje się w Warszawie. Znajduje się w Muzeum Etnograficznym i pokazują ją od kilku dni. 14 grudnia otwarto tę wystawę. Mam nadzieję, że warto tam pójść i spojrzeć w oczy królowej.
Królowej kultury Wari, niezwykle ważnej osoby. Bardzo wam zazdroszczę, że możecie tego dokonać. Oczywiście teoretycznie sam nie oparłbym się, z pewnością poszedłbym odwiedzić taką królową i popatrzeć, jak wygląda osoba z bardzo odległych czasów, która wygląda jak żywa i patrzy na nas. Bardzo interesująca historia i zapraszam do Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Jeżeli tam będziecie i zrobicie jakieś fotki, mam nadzieję, że nie zapomnicie o mnie i wyślecie mi kilka. Bardzo chciałbym na to popatrzeć waszym okiem i na te artefakty, które tam są pokazane, ponieważ całe te wykopaliska są czymś niezwykle unikalnym. Większość grobowców w Peru została już dawno okradziona, dlatego znalezienie czegoś, co jest tak unikalne, nietknięte jeszcze przez złodziei, jest czymś wyjątkowym. Dlatego wyjątkowe przedmioty, dzięki temu, że polscy naukowcy brali udział przy odkrywaniu tego miejsca, trafiły do Warszawy i możecie się państwo nimi nacieszyć, popatrzeć na nie i być tej całej historii blisko. Przynajmniej działa to na moją wyobraźnię. Nie wiem, jak na waszą.
Jest to niezwykle interesujące. Natomiast jeśli chodzi o stare kultury i kobiety, bardzo często spotyka się czy odnajduje się, kiedy dokonuje się takich wykopalisk, że kobiety pełniły w tych najstarszych kulturach niezwykle istotną rolę. Rolę, która była właściwie wiodąca dla takiej kultury. Okazuje się często, że to królowe władały wielkimi plemionami. Czasami królowe prowadziły nawet wojny, aż do momentu, kiedy wojna stała się domeną mężczyzn i stała się wojną krwawą. Stała się jatką, stała się masakrą, której efekty odczuwamy niestety do dziś. Kiedy czasami znajduje się miejsca, gdzie pochowane były osoby sprzed tysięcy lat, natrafia się na różne prymitywne, w dzisiejszym znaczeniu oczywiście, kultury. Czasami odkrywa się szczątki ludzi, którzy żyli jeszcze w czasach, kiedy człowiek zajmował się głównie myślistwem i zbieractwem. Jest taki okres w istnieniu całej ludzkiej cywilizacji, gdzie ludzkość, jak antylopy gnu, gnała z jednego miejsca na drugie, popychana zmieniającym się cyklicznie klimatem albo dostępnością pożywienia. I to, co zainteresowało tych wszystkich naukowców czy archeologów, którzy dokonali tego typu wykopalisk, to jest fakt, że zazwyczaj szkielety kobiet są o wiele rzadsze do znalezienia niż szkielety mężczyzn.
W jakiś sposób kobiece szkielety były delikatniejsze i mniej odporne na czas. Niemniej jednak udało się znaleźć sporą liczbę takich szkieletów, stosunkowo mniejszą do szkieletów męskich. I kiedy oczywiście dokonano badań antropologicznych, bo takie dokonuje się najpierw, okazało się, że te kobiety swoim wyglądem to nie były zwiewne rusałki. To były porządne, potężne dziewczyny. Jeżeli dziś oglądamy takie seriale jak na przykład „Wikingowie” i widzimy tam, że kobiety walczą na równi z mężczyznami, w zasadzie jest to mokre marzenie feministek, żeby współczesny świat tak wyglądał, bo kobieta miała dokładnie te same prawa jak mężczyzna, co jest zresztą dziś również realizowane. Wszyscy mamy te same prawa. I ta kobieta, która żyła jeszcze w czasach myśliwsko-zbierackich, okazało się, że w wielu przypadkach była potężniej zbudowana niż mężczyzna. Były to naprawdę barczyste, mocne kobiety o potężnych kościach, potężnych mięśniach. Dziś porównuje się takie kobiety z tamtych czasów do współczesnych atletów. Nie są tak umięśnieni jak tamte kobiety.
Zaczęto się zastanawiać, jak to się stało. I tutaj troszeczkę będzie młyn na wodę różnych feministek. I okazało się, że to z tego powodu, że kobiety miały znacznie więcej pracy. Wykonywały długotrwałą i mozolną pracę, ponieważ zbierały, obrabiały, gotowały, budowały, wychowywały dzieci, wykonywały mnóstwo czynności przez te tysiące lat. Ich budowa, postura, ich mięśnie zaczęły przerastać do olbrzymich rozmiarów. I taka zdenerwowana kobieta była w stanie przylać swojemu partnerowi z liścia i pozbawić go z łatwością przytomności. Tak że nie było żartów w tamtych czasach z taką kobietą. Przy okazji wykryto, jak to się stało, że człowiek nagle przestał wędrować, przestał polować i zbierać i zmieniaćZmieniać miejsce i nagle osiadł w jednym miejscu. Powód tego jest niezwykle zaskakujący, bo uważa się powszechnie, że jest to olbrzymie dokonanie człowieka. To, że nagle zatrzymał się i doszedł do wniosku: tutaj zbudujemy sobie miasto i będziemy sobie mieszkać cztery pory roku.
A co? A kto nam zabroni sobie żyć, jak chcemy? Wydaje się, że to jest wielkie dokonanie, które gdzieś w tej ludzkiej głowie się pojawiło, że zrozumieli znaczenie tego, żeby osiąść w jednym miejscu, zacząć coś uprawiać, czyli kontrolować jakąś uprawę po to, żeby zostać w tym jednym miejscu. Okazuje się, że logika wcale nie przebiegała w tym właśnie kierunku. Głównym powodem, dlaczego człowiek zatrzymał się w jednym miejscu, było to, że tych ludzi zaczęło przyrastać. Ta kobieta w końcu nie była w stanie, obwieszona tą siódemką dzieci, przemieszczać się z miejsca na miejsce. Nagle, kiedy plemię z kilkudziesięciu osób zaczęło rosnąć do kilkuset, czasami do kilku tysięcy, to praktycznie nie było w stanie utrzymać się, przenosząc się w jakieś inne miejsce, ponieważ było zbyt mało pożywienia. Zatrzymanie się w jednym miejscu i nauczenie się uprawiania czegokolwiek zostało wymuszone przez warunki. Dlatego właśnie ta nasza cywilizacja zatrzymała się. Zaczęła najpierw budować osiedla, potem miasta, grody, państwa.
Zaczęła walczyć ze sobą, wydzierać to sobie nawzajem. A wszystko zaczęło się od tego, że ta muskularna kobieta gdzieś z epoki głębokiego neolitu nie była już w stanie dołożyć sobie więcej obowiązków. Natomiast panowie pełnili rolę bardziej, powiedziałbym, w tym czasie bardziej osobną. Wyruszali na wyprawy głównie łowieckie i lubili sobie poopowiadać o tych historiach. Stąd mamy większość mitologii zapisaną właśnie przez mężczyzn, bo wygląda na to, że kiedy kobieta ciężko pracowała, prała, gotowała, sprzątała i dekorowała choinką swoją jaskinię na święta, to panowie palili lulki przy ognisku i opowiadali sobie najrozmaitsze historie. Ale panie widocznie to tolerowały, więc im to musiało w jakiś sposób odpowiadać. Tak zaczęła się cywilizacja, kiedy to muskularna kobieta, silna kobieta zatrzymała się w jednym miejscu, zaczęła siać zboże i zaczęły powstawać osiedla i miasta. Ale gdzieś z czasem ta jej krzepa zaczęła znikać i stała się tą wiotką rusałką. Tylko od czasu do czasu tu i ówdzie możemy zobaczyć taką właśnie Jagienkę jak z „Krzyżaków”, która przez przypadek, siadając na orzeszku, rozgniatała go na miaskę. To są takie historie.
Już mówiąc o kobietach, bo dzisiaj jakieś tematy kobiece, jakby to dzień kobiet nadchodził, a przecież nadchodzą święta Bożego Narodzenia, to mówię o kobietach wikińskich, które walczyły ramię w ramię ze swoimi facetami, a czasami były o wiele bardziej groźne, bo były strasznie zadziorne. Jak jeszcze miały jakiś problem, może nie będę wchodził jednak w ten temat, jaki problem, bo podpadnę kobietom. Okazuje się, że Wikingowie wcale nie są wyjątkowi, że w wielu kulturach kobiety walczyły na równi z mężczyznami. Nawet odkryto ostatnio, że w Japonii to nie tylko była ta kultura samurajów, że byli to tylko faceci. Okazało się, że w Japonii były także samurajki. O ile japońska kobieta kojarzy nam się z gejszą, to w Japonii były takie gejsze, które nazywały się onna-bugeisha. To były kobiety, które nie miały nic wspólnego z delikatnością chryzantemy. Były kobietami-wojownikami. Zazwyczaj stawały się wojowniczkami wtedy, kiedy samuraj nie miał synów, nie miał kogo uczyć, więc nie miał wyjścia. Musiał uczyć swoją córkę fechtowania tymi samurajskimi szabelkami.
W pewnym momencie bywało w historii Japonii tak, że całe armie nawet składały się z kobiet. Oczywiście armie w tym sensie i w tej proporcji starożytnej, że największa armia, jaką mniej więcej szacuje się, kobieca w Japonii, która gdzieś w którymś momencie się pojawiła, liczyła sobie 2000 kobiet. Były to zadziorne kobiety. Mało kto chciał z nimi zadrzeć. Źle skończyły akurat, bo sprzeciwiły się cesarzowi. Reprezentowały jakieś lokalne, partykularne interesy. Ale kobiety spełniały wiele takich ról, które zazwyczaj przypisuje się mężczyznom. Wojowniczość i prowadzenie wojen była jedną z nich. Ta cała historia z tą funkcją onna-bugeisha, czyli kobiety-wojownika, zaczyna się od cesarzowej Jingū, która istnieje na poły legendarnie. Ale ta historia jest interesująca, bo cesarzowa Jingū miała bardzo interesujący kamień i tym kamieniem kontrolowała przypływy i odpływy.
Ciekawe, czy ma to jakiś związek właśnie z tsunami. Oczywiście nie mówię, że istnieje kamień, który wywołuje tsunami, ale takie historie dają zazwyczaj dużo do myślenia, że skoro w japońskiej kulturze tsunami spełnia taką niezwykłą rolę, ważną rolę, niszczy od czasu do czasu ten kraj, a tu okazuje się, że nawet w swoich legendach mają cesarzową, która kontrolowała te przypływy i odpływy. Ta cesarzowa któregoś dnia postanowiła najechać Koreę. Najechać w sposób humanitarny, tak żeby nie rozlać żadnej kropli krwi. Więc na metodę Mojżesza po prostu otworzyła morze i cała ta jej armia przeszła właśnie po dnie morskim do Korei. Zdobyła ją według planu. Zajęło im to trzy lata. Nie rozlali ani jednej kropli krwi. Wówczas cesarzowa była w ciąży i była w tej ciąży przez właśnie te trzy lata, ponieważ ten jej syn, który miał się narodzić, nie spieszył się z przyjściem na świat, bo chciał, żeby mama skończyła swoją robotę. Akurat wpadł na dobry pomysł, bo będąc w takiej rodzinie sam później stał się bogiem wojny.
Jednym z bóstw wojny. Nazwano go Ōjin, prawie że jak Odyn.U wikingów, ale z pewnością nie miały to nic wspólnego. Niemniej jednak kobiety do najdelikatniejszych istot, zwiewnych. Kiedy się mówi kobieto, płci marny, to lepiej może nie ryzykować, nie iść za daleko w tych porównaniach, bo kobiety w historii okazuje się, że potrafią być bardzo mocne, krzepkie i bardzo też niebezpieczne i potrafią dorównywać mężczyznom w każdej formie i w każdy sposób. Dorównywać nie znaczy to, że mężczyźni są we wszystkim lepsi. Wręcz przeciwnie. Drogie panie, jeżeli nas słuchacie dzisiaj, to faceci mają tyle wad, że w zasadzie można otworzyć specjalny program i zająć się tylko wymienianiem tych różnych wad. Czasami nawet zaleta okazuje się być wadą, co niejednokrotnie odczułem na własnej skórze. Coś wiem na ten temat. Żyję już wystarczająco długo, żeby się zorientować, jak ta sytuacja w tych różnicach płci wygląda.
I teraz, kiedy myśli się właśnie o tej przeszłości, o tym, skąd przyszliśmy, skąd się to wszystko zaczęło. I czasami jest tak, że kiedy patrzymy w tą przeszłość i zastanawiamy się, jak daleko ta przeszłość sięga w naszym przypadku. Dziś genealogia, trudne słowo, święci swoje triumfy i dla wielu stała się nawet rodzajem biznesu, kiedy powstają różne software, którymi można sobie takie drzewo genealogiczne zasiać i dokładać kolejnych przodków. Niektóre drzewa genealogiczne były pielęgnowane w bardzo dawnych czasach, bo wiadomo, że więzy krwi były niezwykle istotne i one decydowały o wszystkim. Przede wszystkim decydowały o tym, jaka grupa sprawująca władzę ma prawo do administrowania różnymi terytoriami, dobrami, pieniędzmi. Miała olbrzymie wpływy i dlatego te drzewa genealogiczne budowano tak, że niektóre z nich są niezwykle rozbudowane, olbrzymie, ale większość ludzi czegoś takiego nie posiada. I dziś dzięki tym wszystkim software'om jest to możliwe, żeby można sobie sięgnąć w przeszłość. I okazuje się, że bardzo ciężko jest w przeszłość sięgnąć dalej niż 10 pokoleń. Software, który szuka tych naszych praszczurów, naszych przodków, ma pewien problem, z grubsza można powiedzieć matematyczny, dlatego że każde pokolenie podwaja ilość naszych przodków. Czyli jeśliby tak sięgnąć 100 pokoleń wstecz, to musiałoby w tym czasie żyć jakieś 100 miliardów ludzi, czy coś takiego, co oczywiście nie jest możliwe.
Jest to taki paradoks, że właśnie ta podwajająca się liczba przodków byłaby tą regułą, która rządzi tymi, którzy byli przed nami. Adam Rutherford napisał bardzo ciekawą książkę na ten temat. Nazywa się ona „A Brief History of Everyone Who Ever Lived”, czyli krótka historia wszystkich, którzy kiedykolwiek żyli na tym świecie. I właśnie on omawia tą grę matematyczną, która generuje ilość naszych przodków. I doszedł on do zaskakującego wniosku. Doszedł on do takiego wniosku, że tak naprawdę my wszyscy jesteśmy ze sobą spokrewnieni. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy potomkami Nefretete, Konfucjusza i chociażby Sokratesa. Wszyscy gdzieś mamy te rodziny ze sobą bardzo mocno przemieszane, że w którymś momencie nasza praprababka czy prapradziadek, jego przodkowie już raz byli w naszej rodzinie. Także nie ma znaczenia, czy ludzie sadzili ryż nad rzeką Jangcy, czy udamawiali konie na stepach Ukrainy, czy polowali na wielkie leniwce w Ameryce Południowej, czy budowali piramidy w Egipcie. Wszyscy okazują się naszymi przodkami, czy nam się to podoba, czy nie.
To jest też takie coś, co daje mocno do myślenia. Także nie da się dziś zagłębić za daleko w tą naszą linię genealogiczną w wielu przypadkach, przynajmniej w moim. Ale pocieszające jest to, że wszyscy tak naprawdę jesteśmy jedną wielką rodziną. Robi to wrażenie, że jesteśmy spokrewnieni i w takim razie zbliżają się święta, święto rodzinne. Świętujmy je wszyscy razem. Powoli widzę, że zbliżamy się chyba do końca programu. O nie, jeszcze mamy cały kwadrans, a wydaje się, że już czasu minęło mi tyle. Może doskwierać mi zaczyna ta siekierazada, którą uprawiałem wczoraj. Więc jak już przy siekierazadzie jestem i siekierze. Odnaleziono taką siekierę, właśnie siekierę.
Odnaleziono żelazną siekierę w Syrii i obliczono, że gdzieś została ona wykonana 1400 lat p.n.e. Czyli jest to niezwykle stara siekiera w całkiem dobrym stanie jak na taki second hand. Jest to jeden z tych takich dziwnych artefaktów, które sprawiają kłopoty naukowcom, bo wypadałoby, żeby ta siekiera była z brązu, bo jest to epoka brązu. Więc co żelazna siekiera, bardzo porządnie wykonana, robi w tamtych czasach? Takich artefaktów jak się okazuje, żelaznych jest więcej. Między innymi w Polsce znaleziono bransoletki żelazne, które oszacowano mniej więcej na XVII rok p.n.e. I to jest kolejny taki właśnie. Skąd on się tam wziął, kiedy wydawałoby się, że ci z epoki brązu nie za bardzo mieli pojęcie, jak ten metal wytapiać, a jednocześnie istnieją przedmioty, które są wytopione. I okazuje się również, że przedmioty z żelaza w epoce brązu miały wyższą wartość niż miało złoto.Także to też daje do myślenia. I wreszcie, kiedy pobrano próbki z tych przedmiotów wykonanych z żelaza, okazało się, że ma to nieziemskie pochodzenie, ale nie takie, że przyleciało UFO i tę siekierę w prezencie przekazało naszemu praprzodkowi w Syrii czy uchodźcy syryjskiemu przyszłemu.
Było zupełnie inaczej. Po prostu ludzie co jakiś czas natrafiali na meteoryty i wiele takich meteorytów ma w sobie olbrzymią zawartość żelaza, niklu. Jest to żelazo, które bardzo trudno koroduje. Jest niezwykle trwałe, ale jednocześnie bardzo łatwe w obróbce. Bardzo trudno jest wytopić dymarką, wydymać taką żelazną sztabę w dawnych czasach, dlatego brąz łatwiejszy w obróbce był o wiele bardziej popularny, bo był znacznie tańszy. Natomiast takie żelazo, które pochodzi z kosmosu, okazało się o wiele łatwiejsze w obróbce, o wiele bardziej trwałe. I takich elementów spotykamy tu i ówdzie więcej. Chyba tym najsłynniejszym jest jedna z takich kolumn gdzieś w Indiach, która do tej pory nie zardzewiała. To musiał być niezły kawałek meteorytu. Między innymi ostatnio sensację wzbudził sztylet Tutenchamona, który wygląda świeżutki jak nowy wręcz, a jest właśnie wykonany z żelaza.
I żelazo pochodzi również z meteorytu. Także interesująca historia związana z tym, że nawet w epoce brązu doskonale wiedziano o żelazie, o jego właściwościach, o tym, że jest niezwykle praktyczne, tylko dostęp do tego metalu z meteorytu był o wiele trudniejszy. Trzeba było paru tysięcy lat, żeby dopracować się nowej technologii, która pozwoliłaby wytopić to żelazo z rudy. I wówczas brąz kompletnie zniknął z powszechnego użytku w takiej formie, jak to było w epoce brązu, gdzie budowano wszystko praktycznie z brązu: siekiery, noże, spinki. Wszystko, co można sobie wyobrazić, co można zrobić w metalu. Do czasu, kiedy nie nauczono się wytapiać w dymarkach tej stali, która zresztą nigdy nie dorównała jakością tej pochodzącej z kosmosu, brąz był dominujący. Myśląc o kolejnych rocznicach, momentach i dniach, które zbliżają się, zbliżają się święta. Właśnie mi się przypomniało teraz, ponieważ niemalże cały czas zagłębiam się w tej starożytności, brodzę po kolana w prehistorii. Mówiąc o tych meteorytach i astronomii, przypomniało mi się, że ustalono dokładnie dzień urodzin Chrystusa. Boże Narodzenie jest dzień, w którym Bóg nam się narodził.
W kolędach śpiewamy sobie, ale niekoniecznie jest to prawdą. Oczywiście pozostałoby to zapewne do końca tajemnicowym przedmiotem wielu spekulacji, rozmaitych dyskusji i kłótni być może nawet, gdyby nie Biblia i różne interesujące astronomiczne opowieści, jakie z niej wynikają. Jak wiemy, w Betlejem do Jezusa..
[53:16] - I właśnie w tym momencie. Przepraszam, parę sekund temu, w tym momencie, jak zacząłeś o tym Betlejem opowiadać, właśnie cię zerwało.
[53:27] - Zerwało mnie, bo mnie chyba coś pokarało.
[53:31] - Pokarało.
[53:31] - Pokarało mnie dlatego, że ostatnią historią na dziś, bo widzę, że program nasz powoli zmierza nieuchronnie do swojego końca. Ostatnią historią na dziś jest data Bożego Narodzenia, czyli narodzenia się Jezusa, która została ustalona w dzień Wigilii, który będziemy w przyszłym tygodniu obchodzić dokładnie za tydzień. Ale dzięki temu, że wiele informacji na temat pasterzy, na temat mędrców, czy raczej magów, którzy odwiedzili Jezusa w Betlejem, mówi o różnych zjawiskach astronomicznych, gdzie najważniejszym z nich była właśnie gwiazda betlejemska, czyli coś, co wzbudziło uwagę wielu ludzi. I w tej dokumentacji, która przetrwała do naszych czasów, dziś można mniej więcej ustalić dzień, w którym takie zjawisko, taki fenomen astronomiczny mógł mieć miejsce. I po różnych burzliwych debatach okazało się, że Jezus urodził się 11 września, a nie 25 grudnia czy 24 grudnia. Urodził się 11 września około trzeciego roku przed naszą erą. Także nawet nie trafił w zerowy, ale to już zupełnie osobna historia. Następnym razem..
[54:45] - Jezus Chrystus urodził się trzy lata, trzy miesiące i parę tygodni przed Chrystusem.
[54:51] - Tak jest, dokładnie przed naszą erą, przed Chrystusem. Jest to paradoks kolejny historyczny, ale z tym czasem bywa różnie. Niektórzy mówią, że brakuje tutaj 300 lat, inni mówią, że znajdują co jakiś czas szczeliny czasowe. Ty jeździsz do Sosnowca i tam czas upływa zupełnie inaczej. Wracasz tak zrelaksowany i zadowolony z siebie, że nawet nie będę pytał, co wy tam w tym Sosnowcu robicie. Natomiast jeżeli państwo będziecie mieli ochotę, to w takim razie nawiązując do tego momentu, kiedy Chrystus przyszedł na świat i zaczęło się tworzyć siłą rzeczy od jego imienia chrześcijaństwo, jest mnóstwo ciekawych okoliczności z tym związanych, między innymi ulubiony przez przeciwników Sycina Chaiser napisał książkę, przez którą przebrnąłem, która interpretuje Stary i Nowy Testament, pokazuje różne związki, przedstawia wszystko w nowym świetle, a także jest niezwykła historia z kodeksami jordańskimi, które powstały w zasadzie w czasach, w których żył Jezus. Więc kodeksy jordańskie, 70 ołowianych ksiąg opisują historię na bieżącoW czasach, kiedy jeszcze Jezus spacerował sobie po Palestynie czy innej Judei. Fascynująca historia. Próbowano ją zepchnąć pod dywan, uznając, że ewentualnie kodeksy jordańskie są beduińską ściemą, że sami wyprodukowali takie artefakty, żeby naciągnąć bogatych Anglików czy innych ludzi, którzy zbierają tego typu rzeczy. Ale okazało się po badaniach przeprowadzonych na University of Surrey w Ion Beam Center.
Jest to jedna z tych bardzo unikalnych instytucji, które posiada doskonały sprzęt badający nuklearnie wiek i skład metali, w tym właśnie ołowiu, z którego księgi zostały zbudowane. Okazało się, że dziś taki ołów jest nie do wyprodukowania, że jest to z pewnością stary ołów. Patyna na nim wskazuje również na bardzo odległy czas i tym samym Ion Beam Center potwierdził, że kodeksy są absolutnie prawdziwe. Nie ma żadnej ściemy. Także jest to drugie duże wejście we współczesną chrześcijańską religię po tym, jak odkryto już 70 lat temu zwoje w Qumran, które również rzuciły nowe światło na religię chrześcijańską. Te kodeksy są następnym takim elementem i wydawałoby się, że naukowcy powinni się wręcz rzucić, tłumaczyć je i czytać. Ale tak nie jest. Kodeksy są tłumaczone z bardzo dużymi oporami. Każdy znawca tych wszystkich języków, w których te kodeksy były zapisywane, który zabiera się za to, jest bardzo skutecznie zniechęcany przez różne instytucje kościelne, ale nie tylko. Rozmaite dziwne organizacje, które czasami wręcz grożą, żeby taki człowiek zajął się czymś innym.
Dlatego sprawa z tymi kodeksami jeszcze jakiś czas będzie trwała. Do tego zaczęły one ginąć. Są wykradane z muzeów, rozłożone w różnych muzeach Jordanii i co jakiś czas jest albo napad na takie muzeum, albo czasami wjeżdża w takie muzeum ciężarówka i ginie przechowywany tam kodeks, a także parę innych starożytnych papierów. Także ktoś kontroluje naszą przeszłość. Ktoś nie chce ujawnić, jaka ona była naprawdę i pokazać jej prawdziwego oblicza po to, żeby złamać współczesny paradygmat tego, jak go rozumiemy. I kodeksy jordańskie. Te 70 niewielkich ksiąg z ołowiu są jednym z takich elementów. Także być może następnym razem, jeżeli państwo będziecie mieli ochotę, to na ten temat właśnie będziemy rozmawiać. A dziś powoli kończę program. Chciałbym złożyć państwu serdeczne życzenia świąteczne.
Będę świętował te święta razem z wami. Zobaczymy się po świętach. Życzę wszystkiego najlepszego, spełnienia wszystkich marzeń, oczywiście masę zdrowia i masę radości w towarzystwie waszych przyjaciół, waszej rodziny. Będziemy później wspólnie czekać aż do Nowego Roku. Ale o tym jeszcze porozmawiamy następnym razem, bo mam nadzieję, że Ivellios otworzy jeszcze podwoje radia, zanim ten rok 2017 na zawsze odejdzie w historię. Jeszcze raz serdecznie państwu dziękuję za uwagę. Pozdrawiam jeszcze raz życzę wesołych świąt. Dobranoc.
[59:26] - A mówił te słowa do państwa nasz niestrudzony poszukiwacz prawdy Chris Miekina, autor audycji „Paralexa” serwisu nowaatlantyda.com, a od niedawna również videocastu czy też wideobloga „Polaraxa”. Zapraszamy oczywiście do zajrzenia na YouTube, bo tam Chris publikuje kolejne odcinki. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium Paranormalny głos w twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie po świętach. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl