Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Rozpoczynamy kolejny odcinek audycji, którą dedykujemy przede wszystkim molom książkowym, fanom science fiction, ale nie tylko. Przy mikrofonie Marek Sęk "Ivellios", a dzisiaj po drugiej stronie Google Hangouts są z nami gospodarze audycji Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz.
Dobry wieczór panowie. Dobry wieczór. Dobry wieczór. Dzisiaj panowie będą dyskutować głównie o twórczości Jerzego Grundkowskiego, ale nie tylko. Podejrzewam, pojawi się też bardzo wiele innych ciekawych wątków, mniej lub bardziej literackich. Ale zanim przejdziemy do tematu głównego dzisiejszej audycji, tradycyjnie podam kontakty do Radia Paranormalium, bowiem Bibliotekarium, jak zawsze, realizujemy w całości na żywo. Po godzinie dwudziestej pierwszej, może troszkę wcześniej, może troszkę później, będzie można do nas dzwonić. Nasze numery to trzydzieści dwa siedemset czterdzieści sześć zero zero zero osiem, trzydzieści dwa siedemset czterdzieści sześć zero zero zero osiem. Komórkowy: pięćset trzydzieści sześćset dwadzieścia cztery sto dziewięćdziesiąt trzy, pięćset trzydzieści sześćset dwadzieścia cztery sto dziewięćdziesiąt trzy. Skype: radio.paranormalium.pl. Cały czas oczywiście można do nas również pisać. Nasze Gadu-Gadu to trzydzieści sześć zero osiem osiemdziesiąt zero dwa, trzydzieści sześć zero osiem osiemdziesiąt zero dwa. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na naszym czacie towarzyszącym transmisji na YouTube. Można nas także znaleźć na Facebooku, na kontach Radia Paranormalium, portalu Infra, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Niesamowitego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam również przesyłać pytania, komentarze, no i różne inne ciekawe wiadomości na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
Halo, halo, Bydgoszcz? Oddaję głos do Bydgoszczy. No to bierzemy ten głos. Yy, powiem od razu na początku dzisiejszej audycji, yy... A może najpierw się przywitamy jeszcze raz. Bardzo wszystkich słuchaczy serdecznie witamy. Witam. A na początek tej audycji, no mieliśmy być w szerszym gronie dzisiaj.
Mieliśmy mieć gościa, mm, znanego już Państwu, yy, Tadeusza Krajewskiego, ale niestety niecałą godzinę temu, yy, Tadeusz już właściwie był z nami tutaj i przygotowaliśmy się, przygotowywaliśmy się do audycji, no i niestety Tadeusz dostał, mm, smutną wiadomość. Yy, tak zwane ważne sprawy rodzinne sprawiły, że, że niestety w dzisiejszej audycji nie weźmie uda, nie weźmie udziału. Pewnie przy okazji jakiegoś innego tematu, który kie-kiedyś będziemy, yy, yy, będziemy poruszać. Tematu, mm, dotyczącego szeroko pojętej fantastyki. No, pewno, pewno to nie będzie tak, tak szybko, bo kilka najbliższych, kilka najbliższych spotkań, ee, fantastyce nie będzie poświęconych, ale no na pewno, na pewno, yy, z Tadeuszem jeszcze się nie raz spotkamy. A dzisiaj, dzisiaj, yy, chcemy porozmawiać o pisarzu, który dla jednych jest, yy, synonimem takiego prawdziwego, rasowego literata, a dla drugich jest po prostu nieznany. Yy, powiemy zresztą dlaczego i co się być może na to złożyło. Na pewno nie podamy jakiejś prostej, prostej przyczyny czy, czy prostej, prostego, prostego roz-rozważania tej sytuacji. Ale tak się niestety stało, że, yy, Jurek Grundkowski, który, mm, zaczynał, zaczynał swoją karierę od, yy, tomów wydanych w Wydawnictwie Literackim Kraków, co w latach, już to kiedyś mówiłem, w latach osiemdziesiątych to była wielka nobilitacja. Wydać w Wydawnictwie Literackim, no to, to trzeba było być kimś. I Jurek był kimś. W związku z tym, w związku z tym, yy, wydał tam dwie książki. Potem w latach osiemdziesiątych wydał jeszcze książkę w Iskrach, yy, w serii Fantastyka Przygoda. Yy, jeszcze kilk, jeszcze kilka innych. Później troszkę to się zmieniło.
No, w każdym bądź razie, yy, będziemy dzisiaj o tych, o losach Jurka, o losach Jurka mówili. A ważne jest to, że, yy, rzeczywiście jest taka, taka sytuacja, że Jurek z pisarza bardzo znanego, bardzo, yy, cenionego nawet przez tych, którzy go krytykowali za niektóre jego, za niektóre jego, ee, przedsięwzięcia literackie. Yy, to Jurek właśnie z takiego pisarza znanego, o którym się dyskutowało, nagle zapadł się w czarną dziurę. A myślę, że dla pisarza, mm, taka sytuacja, kiedy, yy, z dnia na dzień, praktycznie rzecz biorąc, znikają jego czytelnicy... Właściwie oni nie znikają, to on dla nich znika. Mm, kiedy przestaje mieć kontakt, yy, ze swoimi czytelnikami. To jest sytuacja, no bardzo niekomfortowa i Jurek był na tę sytuację skazany przez wiele, wiele lat. Nie przestawał pisać, ale, ale właściwie był do pewnego stopnia, no chciałbym zachować pewną miarę, ale jednak był pewien tragizm w tej postaci. Taki, taki, bo ten człowiek miał bardzo wiele do powiedzenia i nikt tego właściwie nie chciał słuchać.... Co więcej, ja tak na dobrą sprawę właściwie nie potrafię powiedzieć, dlaczego. No i to od tego, od, od, o tym będziemy dzisiaj w ciągu audycji mówić.
Ale nie będzie to audycja wbrew pozorom smutna, bo Jurek, Jurek i taka jakaś wspominkowa, prawie, prawie pierwszolistopadowa. Nie, nie. Jurek był postacią, ee, no, niezwykle, niezwykle barwną. Postacią, która jest bohaterem bardzo wielu anegdot, takich środowiskowych. A nawet jadąc tutaj do studia z Wiktorem, opowiadaliśmy sobie kilka i muszę powiedzieć, że one w dalszym ciągu bawią. Mam nadzieję, że rozbawią również naszych słuchaczy. Ale tu mi Wiktor macha w tej chwili tak dosyć, dosyć mocno, żebym już przestał gadać, bo ja wiadomo, jak, jak zacznę, to mi jest zawsze trudno skończyć. Yy, bo Wiktor też chce coś powiedzieć, a na jaki temat? Na temat Jurka? Jeszcze na temat Jurka. Potem- No dobra.
Wrócimy do, do, do innych rzeczy. To niechętnie oddaję ci głos. Bardzo chętnie go przyjmuję. Otóż, można powiedzieć, że było wielu pisarzy, poetów, w ogóle jakichkolwiek twórców, którzy tworzyli i przestali tworzyć i zapadli się pod ziemię. Dlaczego nie wspominamy o innych, ale dlaczego się, yy, uparliśmy, żeby wspominać Grundkowskiego? Po pierwsze dlatego, że mieliśmy, yy, nie zawsze to była przyjemność, no ale okazję, że tak powiem, bycia tymi apostołami, czyli świadkami po prostu jego bytu i jego, jego peregrynacji. Od, właściwie od, od początku. No, nie byłbym sobą, jakbym ci nie przerwał. O tym, dlaczego to czasami nie była przyjemność, też dzisiaj powiemy. Też, no też. W każdym razie, dlaczego? Dlaczego akurat Grundkowski, chociaż można by było dużo, dużo innych, nie? Otóż Grundkowski tak pięknie się wpasował w pewne miejsce, czas ze swoim życiem, ze swoim tragicznym życiem, w pewnym sensie i, i fajnym. W czas... mm, w miejscu, w historii, po prostu. W historii naszego społeczeństwa. Tu akurat mówię o Polsce i jej czasie. On akurat dokładnie obrazuje to, co się stało w pewnym momencie z wieloma ludźmi, nie? O nim najłatwiej mówić po prostu. Będzie, będziemy wracać, będziemy to tłumaczyć, nie? Przy okazji na pewno padną również inne tam nasze wnioski, na które być może znowu niektórzy w internecie czy w tym Facebooku się odezwą, że my czujemy, że opowiadamy dyrdymały i właściwie rzeczy oczywiste, nie? Mm, bo takie zarzuty padają, a ja się bardzo z nich cieszę. Jak słyszę, że coś jest niszowe albo coś jest powtarzalne, to ja zawsze mówię: „Przecież to jest najwspanialsza rzecz na świecie". My sobie nie zdajemy sprawy bardzo często z tego, że wiedza o czymś nie, absolutnie nie znaczy, nie oznacza zrozumienia tego. I dlatego powtarzanie pewnych truizmów, pewnych prostych rzeczy, prostych spraw, yy, nie jest wynalezione przez Żorkowskiego ani przez starego Ramola Żwikiewicza. Została wynaleziona już dosyć dawno. Zwróćcie uwagę, czym innym jest na przykład mantra, na przykład różaniec, na przykład modlitwa, którą się mówi codziennie taką samą. Niby po co? Po cholerę? A jednak dobrze, dobrze. Wydaje się, że ludzie połknęli rozum. Ktoś mi powie, że: „Stary, przecież ja wiem. Nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż". Gówno wiesz, bracie. Powtórz to sobie codziennie. Sprawdź, czy przy jakiejś okazji dokładnie nie łamiesz tych zasad, które oczywiście wiesz, nie? Dlatego powtarzać sobie czasem rzeczy proste, rzeczy oczywiste warto. Warto.
Warto przypominać o tym, co wiemy, żeby lepiej rozumieć swoją własną wiedzę, żeby... No i tak dalej, i tak dalej. Truję, prawda? Nie mnie to oceniać. Tak wybrnę z tego, tak wybrnę z tego. Wiesz co? Ale czy, czy po tym, po tym wstępie, takim ogólno, ogólno, ogólno, ogólno jakim? Ogólnorozwojowym. Tak. Ogólnorozwojowym.
A możemy już przejść do tematu głównego, czyli do Jurka. Do Jurka. Do Jurka. Ja może zacznę od ga-- od początku. A no właśnie miałem cię udzielić. Jak? To niech ten początek wygląda tak: powiedz mi, kiedy pierwszy raz spotkałeś Jurka?
Po prostu bardzo prosto. On chodził do jednej klasy w technikum kolejowym z moją siostrą. Był tam wybitnym intelektualistą, w tej całej klasie, w tej szkole na pewno również w całej. No i kiedyś po prostu poprosił siostrę o adres i zjawił się u mnie.
Miał tam chyba, nie wiem, szesnaście czy siedemnaście lat wtedy. Taki mały, mały, mały, już łysiejący wtedy, z wyłupiasymi oczkami, przeszkolonymi soczewkami i tak dalej. No i przyszedł i przyniósł mi parę opowiadań do przeczytania, nie? No i były tragiczne, nie? No, ale tego, ale, ale facet był ciekawy, nie? Zaczęliśmy sobie rozmawiać tam i tak dalej.... o czym się szybko żeśmy się dogadali, że, że on gra w szachy. Ja mówię: "Ha, ha, kochany, no to gramy". Wystawiłem szachownicę i dostałem w tyłek natychmiast, nie? Mi się to zdarzyło może dwa razy w życiu, że przegrałem w szachy.
Raz z Kasparowem, z mistrzem świata i drugi raz z Gruntkowskim. To były dwa razy, a tak to nigdy, nigdy w życiu nie przegrywałem w szachy. No i zrobiłem wielkie oczy. Co prawda potem go, go nieźle przeczołgałem, bo następne chyba dwie, trzy partie wygrałem. Mm, co on był od razu, natychmiast zszokowany, ale mu wytłumaczyłem, że ja przegrywam tylko raz, a potem się uczę. W trakcie tej przegranej nauczyłem się wszystkiego, co on potrafi i następnie już zastosowałem właściwą metodę rozkładania faceta na łopatki, nie? To ci przerwę. To moje ulubione zajęcie, to przerywanie.
Tak. Powiem ci tak: miałeś w sumie dużo szczęścia, że zagraliście w szachy- Tak. -bo gdybyście zagrali w brydża, to byś dostał takiego łupnia, a tak by cię, to on by cię przeczołgał. Nie miałbyś, nie miałbyś najmniejszych szans, bo Jurek znany był na przykład z tego, że, yy, no, w pewnym momencie to on już przyjął, no miał taką klasę naprawdę gracza. Nie ma zawodowych graczy, znaczy są, ale on był takim bardzo, bardzo wysokiej klasy, no, amatorem, ale człowiekiem, który, który właściwie wymiatał. Tu, w Bydgoszczy, to był naprawdę brydżysta taki. Ale sorry, ale grałem z nim w brydża. No, ale- Nawet w parze. Proszę ciebie- Ale, ale- Nawet nie miał takiej kwaśnej miny na moje odzywki. W parze to się nie liczy. W parze to się nie liczy. W parze to się nie liczy. Jakbyście grali przeciwko sobie, to- Nie, nie. I teraz ja oczywiście tak sobie lekką ręką potraktowałem te pierwsze szachy, ale naprawdę Jurek Gruntkowski grał w szachy na poziomie mistrzowskim. Zupełnie to była, to była bajka.
Ja tylko w Bydgoszczy spotkałem drugiego takiego człowieka. To, mm, taki pisarz jest bydgoski, Siwiec. Jak mu... Bartek. Bartek Siwiec. Też, też w tej samej drużynie chyba grywali z Gruntkowskim. W każdym razie to są dwaj wybitni bydgoscy szachiści, którzy naprawdę, naprawdę byli dobrzy. No ale Jurek dlaczego? W brydża grał fenomenalnie, w szachy grał naprawdę fenomenalnie. Yy, podobno świetnie grał w ping ponga, o czym widziałem go parę razy w akcji i nie próbowałem stanąć po drugiej stronie stolika, bo by mnie zachlastał tymi piłeczkami. Przecież, nie? On był świetny. No, ale teraz może my czytelnikom, yy, słuchaczom uświadomimy, jak on wyglądał. Otóż mieliście... Jeśli macie wyobraźnię, wyobrażacie sobie na przykład Dionizosa ze starożytnej Grecji? Mały, gruby, ten w beczce, siedzący i opryskliwie witający wszystkich, którzy do niego podchodzą i mający bardzo zgryźliwe komentarze. Ja przepraszam, ale odnoszę wrażenie, że ci się nałożyły dwie postacie: Dionizosa i- Diogenesa! Diogenesa. Diogenesa. Sorry, sorry, sorry. Ale, ale, ale Diogenes był blisko Dionizosa, bo jednak picie wina, że tak powiem, było, było- Jasne, jasne. Było codziennym tego. W każdym razie rzeczywiście był podobny i również i w stylu bycia, i z wyglądu do, do tego sławnego mędza z Ksantypy. Yy... Ale znowu, jakiego mę- A to Sokrates. Przepraszam, ale to cholera jasna. Ja cię proszę, naprawdę. Ja wiem, że słoneczko dzisiaj przypala nieźle, ale- To świadczy o pewnej wspólnocie wszystkich bytów.
Zwróćcie uwagę, ja kiedyś z Jurkiem Gruntkowskim rozmawiałem na tematy, na tematy filozofii greckiej i wyszło nam, że niby ta szkoła wszystkim się wydaje, że ci filozofowie to tam prawie tam sobie razem biesiadowali, chlali wino i tam, yy, rozgrywali różne rzeczy.
Otóż tak nie było. Bardzo często większość tych filozofów dzieliła duża odległość. Jedni mieszkali na wybrzeżu Afryki, po drugiej stronie Morza Śródziemnego, inni mieszkali gdzieś na wybrzeżu Azji, zupełnie w innym czasie.
Oczywiście, ale trzeba też pamiętać, trzeba też pamiętać, że tych filozofów starożytnej Grecji, to tych, których my wymieniamy najczęściej, to ich w zależności, to jest ich kilku, w zależności od naszej wiedzy, kilku, kilkunastu bądź kilkudziesięciu. A tak naprawdę tych filozofów, których, których imiona dotrwały do naszych czasów, no, będzie kilkuset, a właściwie kilka tysięcy. Tak, tak. No, około dwóch tysięcy. Pewno, pewno da się, da się, da się. Dałoby się zliczyć. Można powiedzieć, że w tamtym czasie to właściwie każdy Grek był filozofem. No nie, no nie, to już byłoby daleko idące uproszczenie. Myślę, myślę, że nie. W każdym bądź razie, w każdym bądź razie ważne jest to, że Jurek, aa, był naprawdę znawcą historii. Bo to, że sobie grał w szachy świetnie, to, to prawda. To, że grał w brydża jeszcze lepiej, to też prawda, ale był niezaprzeczalnym mistrzem, jeśli chodzi o historię. Historia była jego pasją. Przede wszystkim był historykiem z wykształcenia, później również- Był, był, ale- ...
skończył w Toruniu uniwersytet z kierunkiem historia. Tak, ale wiesz co? Ja znam bardzo wielu ludzi, którzy kończyli historię. I oni mają pojęcie. Nie, nie, mają nawet pojęcie, tylko nie potrafią o niej opowiadać. A Jurek potrafił o niej opowiadać. Znaczy, yy, są ludzie, którzy, którzy, którzy kończyli historię i jak, jak otwierają usta, to ziew.
Ja już mam ziew na początku, a jak zaczynają coś mówić, to zasypiam. Natomiast z Jurkiem tak nie było. Jest druga taka postać, o której lubię słuchać, jeśli, jeśli mówi, jeśli mówi o historii. To jest tutaj.
Kiedyś gościliśmy Piotra Mroza, który, yy-... też potrafi o różnych wydarzeniach, o różnych wydarzeniach opowiadać w taki sposób, że budzi to zainteresowanie. Nie zawsze, powiedzmy, nie zawsze to wiadomo, że nie wszystkie elementy historii czy nie wszystkie fakty historyczne interesują wszystkich.
To jest oczywiste, ale ważne jest, żeby, żeby mieć do historii takie czy do dziejów takie, takie podejście, żeby po prostu nie nudzić. I zarówno Jurek, jak i wspomniany przeze mnie Piotr taki dar mają. Ale do Jurka jeszcze, powiedzmy coś o Jurku. Jurek to była postać, która rzeczywiście tą... Powiem tak: Jurek miał też szereg słabości i tuż przed, tuż przed śmiercią był na takim, na takiej, takiej terapii, która, która, która miała go troszeczkę, nazwijmy to, podnieść na duchu. Tak enigmatycznie. I tam w ramach, w ramach takiej terapii miał napisać ileś tam cech pozytywnych u siebie, takie, które uważa za pozytywne. I rzeczywiście wymienił tam szereg. Ja ich nie będę w tej chwili wymieniał, bo akurat nie mam tego spisu, a gdyby był Tadeusz, to, to zrobiłby to znacznie zgrabniej. Ale wśród tych cech zapisanych było na przykład to i to jest dosyć charakterystyczne, że jeśli Jurek oceniał swoją umiejętność grania w szachy, to określił ją na poziomie amatorskim, ale niezły.
Napisał, że był niezły w te szachy. O brydżu się już wyraził nieco mocniej. Już był, po prostu czuł swoją siłę, jeśli chodzi o brydża, a wymieniał ten... Ping pong wbrew pozorom też został wymieniony, że był całkiem niezłym, niezłym graczem w ping ponga.
Jurek, póki, póki jakby nie wysiadły mu nogi, no był, był znakomitym spacerowiczem i znakomitym kajakarzem i robił to naprawdę świetnie. Ale to wiesz, to mi tak jak teraz to opowiadam, no to tak opowiadamy, opowiadamy, opowiadamy, jaki był świetny facet i to właściwie zamienia się w jakąś taką nudną laurkę. Więc warto by powiedzieć, ja już mówiłem podczas ostatniej audycji o tym. Wstrząsnął mną punkt, kiedy Jurek napisał: „kiedyś byłem dobrym literatem". Ten taki tryb, w którym on to powiedział, kiedyś byłem, a więc teraz już nie jestem. Ta autodiagnoza, nie wiem czy, nie wiem właściwie, czym spowodowana, być może niepowodzeniami, które go spotkały, ale dla mnie była wstrząsająca. To był facet, którego książki po prostu w swoim czasie, no, zjadałem.
I nagle taki człowiek pisze- Ale widzisz, patrz, ciebie to wstrząsa, a mnie nie. Wiesz, dlaczego nie? No nie wiem. Bo ja o sobie tak samo myślę. Kiedyś byłem dobry. On miał tą świadomość, że kiedyś był na topie. Kiedyś był dobry. Wiktor, wiesz, jaka jest różnica pomiędzy tobą a Jurkiem?
Jurek być może właśnie dokonał autodiagnozy, że kiedyś był dobry. A ty? Ty jesteś po prostu ogarnięty szałem grania. I gdyby, gdyby ci ten komputer zabrać albo nie wiem, nie wiem, zapędzić jakoś do pisania kijem, to w dalszym ciągu jesteś dobry. Bo ja to po prostu wiem. Ja też wiem, ale ja mam pytanie tak przy okazji à propos tego grania i to jest myśl zupełnie na marginesie tej audycji, ale czy jeszcze w tym świecie współczesnym, przy internecie, przy grach i tak dalej, tych całych wirtualnych prawie i tak dalej, czy ktoś w ogóle gra w brydża albo w szachy?
No, ale pytanie jest, rzekłbym, nie na miejscu w ogóle. No bo ja w swoim czasie... No dobrze, pierwsza historia o Jurku. Yy, jakiś czas temu, yy, wspólnie z Wojtkiem Sedeńko, właścicielem, właścicielem oficyny wydawniczej Solaris, wpadliśmy na pomysł, że warto by wznowić Annapolis w jednym tomie, bo to były dwa tomy, więc w jednym tomie wznowić Annapolis. No, problem polegał na tym, że nie bardzo była baza do, do, do tego, żeby, żeby to wznowienie zrobić. To znaczy brakowało zapisu elektronicznego obu, obu tomów Annapolis. No i zadzwoniłem do Jurka.
No, przecież nie w nadziei, o tym za chwilę powiemy, jaki Jurek stosunek do, do komputerów miał. No, nie w nadziei, że uzyskam wersję elektroniczną, ale w nadziei, że uzyskam, jeden z tomów miałem, ale drugiego tomu nie miałem i że uzyskam ten tom do zeskanowania i do, później do przerobienia. Jurek powiedział: „A po co ci to?" No, takie dosyć charakter... „Po co ci to?"
No to mu zacząłem tłumaczyć. Zacząłem mu opowiadać o komputerach, o tym, jak to się, jak to się wrzuca na skaner, później program odczytuje, robi z tego plik tekstowy i tak dalej. Jurek tak słuchał, słuchał. Dziesięć minut gadałem na ten temat. Słuchał, słuchał. Mówi: „Wiesz co? Tak gówno z tego rozumiem. No dobra, przyjdź. Będę w tym i w tym miejscu. Ja tam gram w brydża. Poszukaj mnie tam i przyjdź po książkę".
Dobra, umówi-, umówiliśmy się. Zjawiłem się w miejscu, do którego mnie poprosił, a tam tłum, dziki tłum ludzi. Po prostu jakieś nieprzebrane, nieprzebrane hordy. I znajdź tu Jurka, który jest człowiekiem dosyć drobnym, niskiego wzrostu. No to się przebijałem przez te tłumy, aż wpadłem na prosty pomysł, który powinienem od razu zastosować.
Zadałem pierwszemu, pierwszej osobie z brzegu pytanie, czy nie orientuje się, gdzie jest Jurek. Natychmiast: „Jurek? Jak to? Jurek jest tam i tam, i w tym miejscu". I tam, gdzie mi powiedziano, tam Jurek był. Spojrzał na mnie. „Aha, dobra, tu jest książka". Wszystko, wszystko było, wszystko było, wszystko było załatwione. Także to, to, jeśli chodzi, to jeśli chodzi o Jurka. Jurek był dosyć obcesowy.
Znaczy Jurek był albo bardzo, bardzo bywał niezwykle serdeczny. Z tego wynikały czasami, czasami te, te różne, no, powiedzmy, ciekawe zajścia. Albo był serdeczny, roześmiany i pełen, pełen uroku, albo warczał jak taki: „No właściwie, po co przyszedłeś?
Po-... O co ci chodzi? Po co? Po co tu jesteś? To, to cały Jurek. I tak to, tak to mniej więcej wyglądało. Chyba po tym telefonie do ciebie ja dostałem telefon z kolei. Yy, mieszkałem wtedy nie na takiej, w Bydgoskim Przedmieściu, na Sowiej Górze i dostałem nagle ni stąd, ni zowąd dziesięć telefonów i słyszę głos, który chyba go znam, bo dawno, dawno go nie słyszałem. No ale ten głos mówi, że przyjedzie do mnie i mam go uczyć. Ale ja mówię: a sorry, z kim mam przyjemność, nie? Bo wiedziałem, że znam, ale nie do końca, nie do końca. Dawno, wiele lat minęło od czasy, kiedy tak naprawdę gościa widziałem. No i czego? I on mówi, że przyjedzie do mnie i mam go uczyć. Ja mówię, ale czego, nie? A przyjedzie, to pogadamy, nie? No, już wtedy z rozmowy domyśliłem się, że to chyba chodzi, chodzi Gruntkowski. Przypomniał sobie o tym, że ja żyję na tym świecie. Nie, ale czego ja go mam uczyć?
Nie, nauczyłem go kiedyś trochę pisania, ale to było trzydzieści lat temu, nie? No chyba. Chyba dostał telefon od ciebie. Prawdopodobnie albo nie wiem, skąd wytrzasnął do mnie. W każdym razie się nagle zjawił u mnie i przyszedł. Mówi: będziesz mnie uczył obsługi komputerów. Ja mówię: aha, no dobrze, proszę cię bardzo, siadaj. Posadziłem go przed moimi monitorami i tym wszystkim. Proszę, tutaj jest myszka, tutaj tego. Aha, przerwę ci. A co mam robić? A przerwę ci. Powiem tak, bo to trzeba trochę odrobinę wprowadzenia. Jurek był człowiekiem, który do komputerów się nie zbliżał. Nie, nie- Miał absolutny wstręt do klawiatury. W ogóle nie.
On przepisywał wszystko elegancko na maszynie, a... ale później nawet tego mu się już nie chciało, bo maszyna no przecież jakby przestała normalnie działać. Pisał ręcznie i był gotowy płacić ludziom. Niewielkie, bo niewielkie, ale płacić pieniądze, ale płacić ludziom, żeby mu to przepisywali do komputera i dopiero wtedy dostawał plik.
Był zawsze, jak ten plik już miał ze swoim opowiadaniem czy z czymkolwiek, z artykułem. Widziałem, że on jakby nie do końca, nie do końca jest zadowolony z tego, że ta jego praca, którą normalnie kiedyś, w dawnych czasach wpukiwał, wpukiwał w maszynę, w maszynę do pisania. No i wychodziło.
Wychodziła płachta papieru zadrukowana czy w każdym razie czcionkami, czcionkami nabita. A tutaj było jakieś coś. Albo to płyta, a później pendrive i tam w środku, w tym czymś była, była jego praca. On to tak po ludzku to rozumiał. Przecież to nie był głupi facet i dokładnie wiedział, że to się tak toczy, ale widziałem w niego, u niego brak, absolutny brak akceptacji. Ja myślę, zanim ty opowiesz, bo ja znam oczywiście tę historię, historię nauki, nauczania Jurka. Czy inaczej, jak to Wiktor Czujkiewicz nauczał Jerzego Gruntowskiego, jak posługiwać się komputerem. To jest oczywiście historia tyleż śmieszna, co brutalna chwilami. Ale myślę, że zanim, zanim zapoznamy naszych, naszych szanownych słuchaczy, słuchaczy z tą historią, bo to myślę, że posłuchajmy, posłuchajmy pierwszego fragmentu prozy Jurka. To jest dosyć charakterystyczne, że ten, to opowiadanie, które, którego posłuchamy. Ja do dzisiaj nie wiem, bo ja pierwszy raz usłyszałem to, co jest tematem tego opowiadania w postaci dowcipu. To dotarło do mnie. Ktoś opowiedział mi taki mniej więcej dowcip, po czym trafiło do mnie opowiadanie "Zjazd w dół". Chyba tak to się nazywa.
Taki jest chyba tytuł i doszedłem do wniosku, że ja znam to opowiadanie, chociaż go nigdy nie czytałem. Dopiero później się połączyły te dwie, te dwie szare komórki w mojej głowie i doszły do wniosku, że ja po prostu słyszałem dowcip. Ale powiem Ci tak próbowałem dojść, jak to było i nie wiem, czy to Jurek wymyślił historię, która stała się później, która stała się później kanwą do stworzenia dowcipu, czy też Jurek podsłyszał dowcip i przerobił to na opowiadanie. Myślę, że do tego nie dojdziemy już dzisiaj, ale warto. Warto pamiętać, że Jurek, że Jurek tego rodzaju zabiegi stosował i przy całej swojej burtliwości, jakimś takim czasami wybuchach złego humoru, był jednocześnie człowiekiem niezwykle dowcipnym. Jeśli się trafiło na jakiś jego dobry dzień, to naprawdę można się było, można się było ubawić. No cóż, myślę Marku, że czas na, na prozę.
Jerzy Gruntowski. "Zjazd w ciemność". Żył sobie pewnego razu wolnomyśliciel. Myślał po swojemu i myślał wolno. Przedmiotem jego rozważań były sprawy wielkie, sprawy ostateczne. Czy istnieje Bóg? Czy praktyki religijne mają sens? Jak żyć? Lata płynęły, a on rozważał. Ani nie mógł do końca uwierzyć w Opatrzność, ani nie umiał zdecydować się na ateizm. Ateiści mu się nie podobali zbytnio. Do fideistów też żywił niejakie zastrzeżenia. Wreszcie oddał ducha, co prędzej czy później czeka nas wszystkich, niezależnie od żywionych poglądów czy wręcz ich braku.
Kiedy śmiertelna powłoka wolnomyśliciela stała się już zupełnie do luftu, nieśmiertelna jego dusza poczęła wędrować przez zaświaty. Widziała tam zjawiska nie do opisania słowami. Co ciekawe, oglądała te dziwy tak samo, jak żyła, czyli na sposób nie......
niesdecydowany. W końcu znalazła się pod bramami niebios. Jak wszem i wobec wiadomo, klucze do tych bram dzierży święty Piotr Apostoł. Spytał on duszę wolnomyśliciela, dokąd chce iść i właściwie czemu tak błąka się bez sensu? "A bo ja wiem?" "A co wiesz?" "Nie wiem." "Nie wiesz, co wiesz? Na to wychodzi. Kłopot." "Fakt" - przyznała dusza naszego bohatera. W wieczności czas nie istnieje. Nie możemy więc napisać, że zapanowała chwila milczenia, bo chwila to właśnie kategoria temporalna. Ale tak napiszemy z racji ułomności naszej ludzkiej natury. "A gdzie byś chciał trafić? Może do nieba?" "Do nieba? A jak tam jest?" "Pokażę ci" - obiecał święty Piotr i słowa dotrzymał.
Wolnomyśliciel, który i w stanie bezczasowości bytując, nie potrafił wyzbyć się swego przyrodzonego sceptycyzmu, widząc, co się tam dzieje, a właściwie dostrzegając, że niewiele się dzieje, ot, siedzą sobie dusze i coś oglądają, zadał kolejne pytanie niebiańskiemu klucznikowi: "Co tamci właściwie robią?" "Kontemplują Boga." "Aha. I co jeszcze?" "Nic. To im wystarcza."
"Mnie też to wystarczy?" "Powinno." "A jak nie?" Dzierżyciel kluczy do bram niebios, nieco poirytowany, spytał wtedy prosto z mostu: "No to chcesz iść do nieba czy nie?" "Nie mogę się zdecydować. Pokaż mi jeszcze czyściec i piekło. Dokonam wyboru." "Dobrze, pokażę ci czyściec." No i nasz bohater ujrzał ten rejon zaświatów. Wyglądało to jak mrowie wysp i wysepek, w których przebywały dusze. Dusze bardzo rozmaite, ale w sumie nie bez skazy. Jedne szpetne, inne tylko nieco skażone, lecz jedno miały wspólne: cierpiały. To było wyraźnie widać. Czuło się tę udrękę i ból. Co najciekawsze, mimo tych mąk dusze wyglądały na dość szczęśliwe. Były momenty, kiedy coś je rozjaśniało od wewnątrz. Zaintrygowany wolnomyśliciel spytał świętego Piotra, co je właściwie tak raduje, skoro bezspornie cierpią męki w tych płomieniach. Niekiedy wyglądało to faktycznie mądrudująco, albowiem udręczone od płomieni nieszczęsne dusze umykały przed nimi w straszliwy ziąb, a kiedy nie potrafiły już znieść mrozu, dawały nura w buchające płomienie. I tak bez końca. Niebiański klucznik odpowiedział: "Te dusze radują się tym, że ich męka kiedyś będzie miała swój kres, że zobaczą Boga i zostaną wybawione. Poza tym bliskie jest już nadejście Najświętszej Maryi Panny, która w dzień swego święta przechodzi przez czyściec, niejako przedwcześnie wybawiając niektóre dusze."
"Coś na kształt amnestii?" "Można tak powiedzieć" - zgodził się uprzejmy święty Piotr. "Nie chcę tam iść" - orzekł wolnomyśliciel. "Zdecydowanie sobie tego nie życzę." "Czyli wybierasz niebo?" "Pokaż mi jeszcze piekło, abym miał jasność sytuacji." "Dobrze." I ukazał się obraz piekielnych rejonów. Widok był zachęcający, przynajmniej zdaniem naszego bohatera. Ujrzał on coś w rodzaju karczmy, gdzie były trzy izby. W jednej rżnięto w karcieta, w drugiej pito na umór, w trzeciej tańczyły na suto zastawionym stole rozebrane do rosołu piękne panie. "Tam przynajmniej coś się dzieje" - orzekł wolnomyśliciel. "To wybieram." Ledwie zdążyły przebrzmieć jego słowa, już poczuł, że leci w dół. Jakaś przemożna siła popychała go ku ponurej twierdzy otoczonej ognistym wałem. Potem poczuł, że chwytają go krzepkie ramiona i usłyszał: "Kocioł dla Polaków!" "Jak to?"
- wrzasnął nasz bohater. "Miało być zupełnie inaczej." "To była tylko reklama, stary ośle." No właśnie, tak to, tak to, tak to Jurek sobie mniej więcej wyobrażał. A i naprawdę tego rodzaju, tego rodzaju...
taki właśnie dowcip, nieco mniej rozbudowany, krążył i ja miałem okazję go, miałem okazję go wysłuchać. Jak ty, jak, jak, jak znajdujesz, Wiktorze, opowiadanie Jurka? No nie, opowiadanko świetne. Nie sądzę, żeby Jurek, że tak powiem, przyrawiał dowcip. Dlatego najwyżej pewien zbieg okoliczności może polegać na bardzo na tym. Jeśli się dobrze trzyma rękę na pulsie tego, co ludzie myślą, o czym ludzie mówią w okolicy, to prędzej czy później dojdzie się do podobnych wniosków i wpadnie się na bardzo, bardzo zbliżony temat, nie? No, ubawiło mnie to opowiadanko. Bardzo dobre. Ale myślę, że teraz jest czas na tę brutalną historię nauki, nauki komputerowania przez Jurka. To znaczy, co będzie brutalne? Co nie będzie specjalnie.
Natomiast będzie to bardzo dziwną, dziwnym znakiem zapytania. Otóż ja nie wiem, ale kiedyś być może można się było czymś od kogoś zarazić, trądem jakimś, dżumą. No, Indianie się zarażali katarem, nie? Ja się od Jurka zaraziłem pewną dziwną rzeczą. To jest jak strasznie parszywa przypadłość. Ale zanim przejdę do tego, czym się zaraziłem, to opowiem to, jak on przyszedł do mnie po te nauki. Jak go posadziłem przed tym komputerem, to mówię: "To jest myszka."
Położył na tym rękę. I co?... No ruszaj! Gdzie? Po co?, nie? No, no jakoś pokazałem mu, gdzie jest na, na monitorze to. Pokazałem, że to działa. Jak ręka idzie w tą, to, to leci ten kursor do góry to i tak dalej, nie. No ja mówię: „No weź, kliknij w tą. To jest ikona. Otwórz to i tak dalej." A po co?, nie. No i tak tłumaczyłem mu wiele rzeczy. Właściwie po każdym zdaniu było właściwie: a po co? Pytanie.
No- Jeszcze dodaj, dodaj jedną rzecz, że Jurek trzymał tę myszkę tak, jakby trzymał, nie wiem, trzonek, trzonek od łopaty. Nie, tak albo żabę jakąś, która mu wlazła w łapę. Nie, zaraz, mówię, trzymał tą myszkę. Nie, trzymał już dawno inną myszkę, gdyż tą pierwszą myszkę, której dotknął, natychmiast się zepsuła, nie?
To po pierwsze. Ta druga myszka, miałem w zapasie, natychmiast spadła mu na podłogę, rąbnęła o czego i tak dalej. Przetrwała jakoś, wróciła na stół i tak dalej. No i machał tym po ekranie. Machał, machał, machał, machał i w pewnym momencie Windowsy wysiadły.
Nie, no fajnie. No to żeśmy zresetowali komputer, odpaliliśmy system na nowo i tak dalej. Zacząłem mu tłumaczyć, na czym to wszystko polega. Niestety wiele nie wytłumaczyłem. Wszystko się psuło, psuło się bez przerwy, wszystko nawalało. Nie można było używać ani klawiatury, ani myszki i tak dalej. On patrzył na mnie z totalnym politowaniem, bo, że tak powiem, widzi człowieka i to, to gówno cywilizacyjne, którym, że tak powiem, nie może normalny człowiek się posługiwać, bo to się psuje. No, mówiłem, że historia będzie brutalna, bo to po prostu, to po prostu było jakieś sprzysiężenie wręcz. Jurek wychodził od ciebie z głębokim przekonaniem, że całe to pierdzielenie o komputerach, że są takie dobre, że pomagają w pracy. Jurek wychodził z głębokim przekonaniem, że nie tylko nie pomagają w pracy, ale ją utrudniają, a w dodatku są znacznie mniej zaawansowane, jeśli chodzi o użyteczność od zwykłej maszyny do pisania.
Oczywiście, że tak. Ale co na plus trzeba Jurkowi dać, że odgrażał się i też to zrealizował, że przyjdzie drugi raz. I przyszedł. Przyszedł, tak. To był drugi i ostatni raz, kiedy Jurek zetknął się z komputerem, bo ten drugi raz wyglądał... No, jak wyglądał, to za chwilę opowiesz, ale on już ostatecznie zniechęcił Jurka do, do kontaktów z komputerem. I to się odbywało mniej więcej tak, że jedni ludzie Jurkowi przepisywali teksty z jego bazgrołów kompletnych, bo Jurek miał taki charakter pisma, że mógł recepty wypisywać, to zupełnie spokojnie. I z tych bazgrołów jedni ludzie przepisywali, robili pliki, pliki tekstowe, a drudzy ludzie - tu mam akurat siebie na myśli - prowadzili mu skrzynkę mailową, bo on w ogóle się nie zbliżał do tego.
Internet w ogóle był abstrakcją kompletną. Prowadzili mu skrzynkę mailową. Jurek po prostu dzwonił: „Marek, to ty? Słuchaj, trzeba wysłać ten i ten tekst, w to i w to miejsce do tej i do tej redakcji." A ja mówię: „Jurek, wiesz co? Ale ja jestem w tej chwili, no, dajmy na to, na plaży." „A kiedy wrócisz?" No, mówię: „Wiesz, no, jak sobie tu trochę poleżę, to, to z tej plaży w końcu zejdę. No i może tam gdzieś...""Słuchaj, to jest bardzo pilna sprawa i musisz to jak najszybciej wysłać."
Mówię: „Jurek, a tak jak w ciągu dwóch godzin wyślę, to będzie dobrze?" „Nie, nie. Wolałbym, żebyś to zrobił szybciej." No i takie były rozmowy z Jurkiem. Czasami udało się coś wynegocjować, ale generalnie Jurek, jak sobie coś pomyślał, to musiało się, musiało się zdarzyć. A ponieważ Jurek prowadził korespondencję, no, z całym światem, to by było, to byłaby stanowcza przesada, ale z wieloma redakcjami w Polsce, do których wysyłał, do których wysyłał teksty. Teksty o historii.
Zresztą, zresztą całkiem niezłe, a w każdym razie interesujące, interesujące, tak poznawczo. Znaczy, czy one były niezłe, to nie mnie oceniać. Natomiast ja się, ja się bardzo, wysyłając te teksty, bardzo wielu rzeczy po prostu dowiadywałem, bo zawsze przed wysłaniem oczywiście sobie przeczytałem. Ale wróćmy do tego drugiego razu. Jak to Jurek, jak to Jurek, jak to Jurek się nauczył? Jak to Jurek... Jak nauczałeś Jurka, Jurka, no, jak umożliwiałeś mu kontakt z komputerem?
Andrzej, no, ja się starałem strasznie, ale ja tego wiesz, to było nie do przeskoczenia po prostu, bo Jezus, Maria, on robił absolutnie wszystko, żeby Bogiem a prawdą wszystko zepsuć, bo... Nie dosyć tego, jak ja pokazywałem mu, co ma robić, to ja psułem również, nie? Ale Jurek miał tę charakterystyczną cechę, że jak mu coś nie pasowało, na przykład: zaczynał pisać, bo to akurat, to akurat tego drugiego, tego drugiego spotkania akurat byłem, akurat byłem świadkiem, więc to już mogę z pierwszej ręki powiedzieć. Jurek, jak mu coś nie pasowało, to od razu stwierdzał, że to jest głupie. No i Wiktor mówi: „To Jurek, tu jest klawiatura i ro-- i pisz na tej klawiaturze.
To jest proste, tak jak na maszynie do pisania się pisze." Jurek spojrzał. No mówi: „Dobra." To zaczął pisać. Mówi: „A gdzie tu jest ą?" No to pracowicie mu Wiktor wytłumaczył, jak się robi ą. No to Jurek: „Dobrze." No mówi: „Dobrze".
Później pisze, pisze. Mówi: „A wiesz co? To jest głupie wszystko. To jest w ogóle, po co takie, po co takie komplikacje?" Mówi: „A powiedz mi, powiedz mi, jak się tu, jak tu, jak tu się robi kolejne litery?" A mówi... Jak się dowiedział, że, że literę ź pisze się z iksa -... to po prostu przeżył szok poznawczy. Nie, żartujemy sobie w tej chwili oczywiście.
Znaczy, to, to wszystko jest prawda, tylko yy. Ale Jurek się nie zgrywał. On naprawdę był zniesma- zniesmaczony, zniesmaczony całym tym komputerowym, całym tym komputerowym światem i po prostu postanowił go bojkotować. I bojkotował już go właściwie do, bo-bo- bojkotował go właściwie do końca życia.
Ale wiesz co? Ja może wrócę do tego, czy mnie się od niego zaraziłem też? A, no faktycznie. Tą chorobą, nie? Otóż przy mnie psują się komputery. Ja mogę postawić nowy komputer obok siebie przy biurku. Ni w pięć, ni w dziesięć. On się nagle sam wyłącza. Nie ma żadnego prawa, prawa do tego. Nagle się sam, Windowsy się same zamykają. Yy. To ja, to ja tradycyjnie powiem, jak wygląda pokój, w którym mieszka Wiktor. Tam przy biurku stoją trzy potężne komputery. Żaden właściwie nie działa poprawnie. Żaden.
Monitorów tych ciekłokrystalicznych to na samym biurku stoją cztery, a i piąty, piąty, bo jeszcze poza tymi trzema wielkimi komputerami, które kiedyś miały całkiem, kiedyś to znaczy całkiem- Ale działają. Tak, działają. Tak, tak, udają, że działają. Jeszcze całkiem niedawno miały, miały potężną, potężne moce, ale już te moce straciły, bo je Wiktor zaczarował.
Ale oprócz tych trzech stoi jeszcze laptopik. Laptopik jest dosyć zabytkowy i służy do grania. W co ty grasz teraz ostatnio? Nie, tam na tym tylko w Master of Orion, ale niczego więcej nie wytrzyma. Tak. No, w każdym razie- Dostałem go od Siódemki, żeby skończyć quest možda Mati Pili. No i oczywiście gram na nim różne, ile mogę w Master of Orion, tak? Doszukując się sensu tej całej technologii, to Gruntowski doszedłby do takiego samego wniosku. To się tylko do tego nadaje. Do niczego więcej. Dobrze, zgłaszam votum separatum, ale, ale niech, ale niech będzie. Ja myślę jednak, wiesz, że warto... A ty już powiedziałeś, czym się zaraziłeś? Tak, tak. Powiedziałeś, tak, tak.
No wiesz, to taka była to w sumie dobra zaraza. No to dlaczego można- można ją w każdym razie zaakceptować. Wiesz co, ja proponuję, ja proponuję, żebyśmy poza tym, że w tej chwili odśpiewamy się trochę z Jurka, to powiedzmy trochę o tej jego twórczości, bo myślę, że żeby nam nie przesłoniło, nie przesłoniło te, te pewne jednak wice dotyczące, dotyczące pisarza. Nie przesłonimy tego, że to był autentycznie zdolny człowiek. Człowiek, który, który naprawdę potrafił pisać. Wiesz, przede wszystkim trzeba wychodzić z tego, że to był człowiek bardzo inteligentny. A, no właśnie. Bardzo bystry przy, przy pozornym, że tak powiem, no, tym, tym image'u diogenesowskim po prostu. I jego, i jego na przykład nieporadność w sferze komputerowej nie wynikała z tego, że, że nie, nie potrafiłby. On po prostu nie chciał. Nie chciał. Był w nim jakiś wewnętrzny hamulec, że on nienawidzi tego i nienawidził konsekwentnie. No, tak samo, jak ja nie wyślę SMS-a. Komórką się posługuję, no bo trudno telefonu nie odebrać, nie?
Natomiast nie wyślę SMS-a albo ani nie przyjmę SMS-a. Ja tego nie chcę. Nie akceptuję takiej skrótowej wymiany myśli. To prawda. Jesteś w tym niezwykle konsekwentny. Ale dobrze, powiedz mi w takim razie, Wiktorze najprostsze na świecie pytanie. Powiedzieliśmy, że pierwsza książka Jurka to było Annopolis. Za co cenisz Annopolis?
Wiesz, bo jak to wymieniałeś, że Jurek wydawał książki w Wydawnictwie Literackim, to to właściwie nie taka... To była sztuka, ale nie aż tak duża. Największą sztuką było zadebiutować w Wydawnictwie Literackim. To była rzecz, praktycznie biorąc, wtedy w Polsce niemożliwa. Tam wydawali tylko- Starów wyjadaczy. Z wysokiej półki albo, albo, albo i tak dalej.
Natomiast, żeby zadebiutować w takim wydawnictwie, no to, to, to w ogóle nie było, nie było takiej możliwości. A Jurkowi się udało. Nie udało, tylko po prostu bez żadnych problemów. Po przeczytaniu w redakcji jego, jego książki natychmiast ją zaakceptowano i przyjęto.
Dlaczego? Dlaczego ten facet pisał... Niby to jest science fiction. Niby to jest science fiction, nie jest to. Jest to powieść quasi filozoficzna. Jest to powieść o historii. Gdzieś tam to dotyka, ale- Dotyka wszystkiego i tak dalej. Fantasy, ale tak bardzo, bardzo lajtowo.
Tak, dotyka trochę również, nie, ale dlaczego to jest ten? Bo, bo, bo pisał to człowiek, który myślał o tym, żył tą przeszłością i przyszłością równocześnie. I Holender znał się na historii. Bo wiesz, bo wiedzieć, tak jak ty mówiłeś, znać się na historii to zna mnóstwo ludzi. Natomiast rozumieć historię to można, to można wymienić ludzi na, na, na dwóch rękach można. Ważne jest też to w przypadku Jurka, że Jurek na przykład mówimy o Annopolis, to Jurek przedstawił w tej książce, to jest właściwie powiązany ze sobą cykl opowiadań dotyczących miasta, tego tytułowego Annopolis, którym w sposób nie taki, nie taki belferski, ale właściwie pokazuje mechanizmy historii. To miasto przechodzi przez kolejne, kolejne etapy dziejów. Kolejne tam się pojawiają barbarzyńcy, tam się... No, dzieje się.
No, nie będziemy opowiadać, ale chodzi o to, że on jednocześnie, jakby snując pewną historię, snując o-... ciekawą narrację po prostu. Jednocześnie pokazywał, jak młyny, yy, historii nas mielą tak naprawdę. Mielą akurat bohaterów, yy, jego opowiadań, ale, ale w gruncie rzeczy nie jest trudno w tych opowiadaniach znaleźć odniesienia, yy, do tego, jak jest z nami, jak w gruncie rzeczy, już to powtórzę, jak te młyny historii nas po prostu mielą, a potem wypluwają. I to u Jurka, yy, w obu książkach dotyczących, yy, miasta Annopolis widać po prostu. Jurek doskonale to wychwytywał. I myślę, że, yy, tom Annopolis jest godny polecenia, ale, yy, Jurek próbował też sztuki, yy, w takim twardym science fiction. Yy, to z tego, co ty opowiadałeś, szło mu nieco gorzej, co nie znaczy źle. Ostatecznie znowu wydawnictwo Iskry w latach osiemdziesiątych, jak już wydawało jakiś tom w serii Fantastyka Przygoda, to to nie był tom przypadkowy. No nie. I Jurek wydał, wydał tam tom, yy, i przyszło to, przeszło to bez kłopotu i on się cieszył nawet sporym powodzeniem. To nie był, to nie, to nie były, yy... Znaczy, bo ty zawsze oczekujesz, że to będą, yy, że to, yy, że jak już, yy, zrobił dwa wybitne tomy o Annopolis, to ten trzeci też musi być wybitny. On jest po prostu dobry, naprawdę dobry i, i, i, yy, myślę, że, myślę, że warto po niego, warto po niego sięgnąć. Znaczy w ogóle warto, warto sięgnąć do tych książek Gruntkowskiego, bo to, bo to tak coś przeleciało jak kometa, jego życie, jego twórczość i tak dalej. Nikt o tym nie pamięta, nikt nie, nikt nie wie i tak dalej. A warto sięgnąć po tę, po tą książkę, choćby po Annopolis. Choćby po, po to, że, żeby przeczytać nie tylko coś z przyjemnością, ale nie mieć po przeczytaniu takiego kaca, że właściwie zmarnowałem czas na tą lekturę. Co jest po większości książek, które sprawiają wiele przyjemności w trakcie czytania. Wiele filmów taką przyjemność sprawia, ale po tych dwóch godzinach, a właściwie to gdybym go nie obejrzał, to nic by się nie stało.
Tak jest. Powiem tak: po tych, po tych, yy, po tych latach osiemdziesiątych, kiedy Jurkowi wszystko szło właściwie znakomicie, z... trafiło się tąpnięcie. No, czy dla większości, dla większości ludzi w kraju to właściwie, yy, była super sprawa, bo, bo, bo, bo upadła komuna.
Natomiast, yy, dla pisarzy to nie był dobry czas i Jurek się o tym bardzo boleśnie przekonał, bo, mm, na początku lat dziewięćdziesiątych, yy, zaczął wydawać w sumie w niszowych wydawnictwach, takich lokalnych. Yy, tam się wtedy pojawił "Las Teutoborski". Notabene tytuł jest dosyć charakterystyczny, też nawiązuje do historii.
Yy, warto sprawdzić, czym był Las Teutoborski, jakie odegrał, odegrał, jakie miał znaczenie dla, dla historii, yy, Europy. Yy, później pojawił się, yy, tom "Ja, Ulrich. Miecz rewolucji". Znakomite opowiadanie, yy, w którym się pojawia Stalin między innymi. Ale to wszystko były tomiki, które gdzieś wychodziły. One nie docierały do czytelników, a ponieważ nie docierały do takiej, takiej masowej, yy, publiki, yy, jak poprzednie tomy, to o Jurku zaczęto zapominać. I to go bardzo frustrowało. Na szczęście trafiło się tak, że, yy, wspomniane już, wspomniane już wydawnictwo Solaris i Wojtek Sedeńko wyda..., yy, to wydawnictwo wydało tom, yy, "Lancelot z nad Renu".
O nim, o tym tomie za chwilę. Potem się jeszcze ukazała, yy, jedna książka w, yy, w takim też w sumie niszowym wydawnictwie w Toruniu. I to właściwie był koniec. Później Jurek, yy, dużo pisał. Jurek bardzo dużo pisał. Yy, zostało, została po nim, yy, sporo nieopublikowanych, zostało po nim sporo nieopublikowanych jeszcze utworów. Myślę, że doczekają się publikacji wcześniej czy później, ale właściwie zamilkł. Natomiast, yy, dlaczego powiedziałem o Lancelocie z nad Renu? A to między innymi dlatego, że, yy, to była... To była, to jest książka, która znowu wzbudziła spore kontrowersje, bo, yy, to jest książka, która rozpada się jakby na, nie jakby, a na pewno, na dwie części. Pierwsza z tych części to jest przedstawienie takiej dystopijnej, yy, dystopijnego świata, w którym takiego totalitarnego, ale nowocześnie totalitar-totalitarnego świata, pełnej inwigilacji, kontroli, który później na skutek, yy, bohater, no, staram się jakoś tak ogólnie o tym powiedzieć, żeby nie znowu nie, nie spoilerować.
Więc, yy, główny bohater przenosi się w przeszłość. No i na tym zostańmy. Ta książka ma jakby część bardzo taką science fiction, gdzieś nawołując, nawiązującą do, do takich, do takich, yy, opowieści jak Orwell czy, czy, czy i tym podobne. Oraz, oraz część taką historyczno-fantastyczną, która, która... Tu się Jurek znakomicie czuł. I ten tom został zresztą, yy, mocno skopany przez takiego jednego recenzenta w internecie, który zarzucał Jurkowi pewne niekonsekwencje, pewne, pewne braki. Właściwie po co tam są niektóre rzeczy wprowadzone? Ja nie potrafię, tak przyznam się od razu. Nie potrafię odnieść się w sposób taki, yy, w pełni, w pełni profesjonalny do tej, do tej recenzji, bo trochę racji być może, yy, autor recenzji ma, ale myślę, że nie zwrócił, yy, na kilka rzeczy w tym tomie, yy, które się znajdują w tym tomie, nie zwrócił uwagi. Bo Jurek, yy, być może popełnił tam kilka literackich błędów, chociaż ja ich nie widzę, ale zakładam, że jest to możliwe.
Natomiast, yy, moim zdaniem nieźle połączył te dwa światy....A i, i myślę, że tak, że można się o tym przekonać w jeden prosty sposób, który, który Państwu dzisiaj umożliwimy. Otóż postanowiliśmy pierwsze rozdziały, pierwsze rozdziały książki Lancelot z Nadrenu po prostu, po prostu przedstawić. I myślę, że myślę, że to najlepiej zarekomenduje bądź zniechęci do książki, do książki Lancelot z Nadrenu. Ja bym jednak, ja bym jednak powiedział, że warto ją przeczytać.
Marku, myślę, że czas wystartować z Lancelotem z Nadrenu. Jerzy Gruntowski "Lancelot z Nadrenu". Część pierwsza. Rozdział pierwszy. Przebudziłem się nieświeży, jakbym miał niedobre sny, choć nic z nich nie pamiętam. Często tak bywa, że ich treści nie pamiętamy, ale podświadomość podszeptuje nam maluczkim i niegodnym dobroci Ojca, żeśmy w czymś przewinili. I rzeczywiście przewiniłem. Na seledynowej powierzchni uniwersalnego identyfikatora lojalności pojawiły się pomarańczowe linie, jeszcze słabe, jeszcze nie czerwone, już jednak mówiące o zagrożeniu. W przestrachu wytarłem spocone czoło. Ciało tkwiło jak gdyby w kokonie z zimna.
Dygotały mi członki, żołądek podchodził do gardła. Sumienie kąsało jak wściekły pies. Tak przecierpiałem czas aż do terkotu budzika. Kiedy zadźwięczał, odważyłem się zerknąć na unidel i zaraz unga wstąpiła w moje serce. Zzieleniał unidel. Strach uczynił mnie lojalnym. Niechaj będzie błogosławiony człowiek pokorny.
Sprzęgnięty z łóżkiem budzik nie przestawał dzwonić. Marudził tak aż do chwili, kiedy uniosłem się z materaca i spuściwszy najpierw lewą nogę, a następnie prawą, stanąłem na ciepłej, podgrzewanej podłodze, czując przy tym rozkoszne wibracje pobudzające do twórczej pracy. Dość długo trudziłem się potem przy domowym komputarze, tworząc ekonometryczne modele wahań koniunktury cen. Bawiąc się nimi jak dziecko, bo praca winna być zabawą i przyjemnością, a jeżeli nie jest, to źle.
Przeraźliwy gwizd budzika uprzytomnił mi, że nadszedł czas śniadania. Pożarłem je niby tygrys bengalski, popijając wodociągową wodą. Pokrzepiwszy ciało, zabrałem się za ćwiczenie ducha. Kilka podróży w głąb siebie i już mój wskaźnik lojalności poszedł w górę. Unidel jest skonstruowany tak genialnie, że przy całorocznych rozliczeniach uwzględnia przede wszystkim najwyższy stopień propaństwowych uczuć. I jeśli w roku następnym uczucia te są na identycznym poziomie, to obiektywnie spadają, co wiąże się z niejakimi dolegliwościami dla nieudacznika nieczyniącego postępów. Tak więc nie mamy wyboru. Musimy się wznosić, lecz w miarę rozsądnie. O oznaczonej porze budzik przypomniał mi o obiedzie. Otworzyłem puszkę.
Groch z wołowiną. Radośnie skonsumowałem jej zawartość na zimno, ale to mi nie pierwszyzna. Musimy trochę cierpieć. Ojciec cierpiał nieskończenie bardziej, przynosząc nam później światło postępu. Po obiadku raczyłem zapoznać się z tym, co przyniosła mi poczta.
Normalnie nie dostaję żadnych listów, nawet z kraju, a co dopiero z zagranicy. Tym większe przeto było moje zdumienie, kiedy przekonałem się, że list nosi zagraniczny stempel. Rozdarłem kopertę. Suchy tekst informował mnie o Kongresie Orientalistów w Wenecji. Byłem zaproszony na ów kongres. Pojechać? Wcale nie było to takie proste. Otóż nie wystarczy czegoś pragnąć, trzeba jeszcze mieć możliwości.
Ja zaś nie posiadałem paszportu, bo byłem ani chybi niegodzien stałego posiadania tego cennego dokumentu. Bijąc się z myślami, wróciłem do mieszkania. Usiadłem do klawiatury, lecz pracowało mi się podle. W tej niewesołej sytuacji postanowiłem poradzić się przyjaciela.
Wynajmował on lokum w jednym z tych strzelistych wieżowców, dzięki którym sięgamy nieskończoności. Przyjaciel otworzył mi drzwi, ubrany w szlafrok narzucony na gołe ciało. Zatrwożyłem się nieco, patrząc na jego różowiący się unidel, ale potrzeba porady była silniejsza od strachu. Wcale nie musiałem zarazić się od niego nielojalnością. Zdradliwe wirusy są wprawdzie wszędzie. Oddychamy nimi, nawet nie wiedząc, kiedy. Nie oznacza to jednak jeszcze, iż musimy im ulegać. Gospodarz powiedział, abym usiadł. Usiadłem. Zapytał, czy nie napiłbym się herbaty ruszanej. Odpowiedziałem, że z przyjemnością. No więc zrobił mi tę herbatkę. Sobie też. Popijaliśmy w milczeniu. Po kilku łykach spytał, czy herbatka smakuje. Nie miałem zastrzeżeń.
Milczeliśmy, niekiedy spotykając się oczyma. Wreszcie wyłuszczyłem mu cel wizyty. "Ba!"- powiedział rozparty w foteliku. - "Znowu nie wiesz, co czynić. Ja bym wiedział. Wenecja to piękne miasto. Radzę jechać. A że nie można bez paszportu, napisz papier." "Ale czy sam ten fakt nie zepchnie mnie na bezdroża nielojalności? Mam wysoką zeszłoroczną średnią. Nie chciałbym jej stracić."
"Przy twej pracowitości i wrodzonej lojalności odrobisz to bez wątpienia." - pocieszył mnie przyjaciel. - "Jedź!" Rozdział drugi. Radosny i pełen wewnętrznego ognia podążałem kursowym autokarem ku granicy państwowej. Po drodze mijały nas samochody służbowe i prywatne. Dobrze mi było. W lusterku widziałem, jak szczytów sięga mój osobisty wskaźnik lojalności. Jechałem kilka dni i nocy. Nie zaznałem żadnych przygód, ani erotycznych, ani innych....Eh! Stacja graniczna to było parę budyneczków i dużo wojska.
Dzielna jest nasza armia, stale nas broni. Przed kim? To mało istotne. W holu stał posąg Ojca w astronautycznej płocie. Strzeliste spojrzenie przebijało się przez gwiazdy, docierając do jądra Drogi Mlecznej. Istnieją sekciarze utrzymujący, iż dociera on niezawodnym spojrzeniem, przy czym oczy Ojca niczym nie są uzbrojone, do Mgławicy Andromedy, a hipersekciarze opowiadają nawet o wzroku przebijającym się do drugiego uniwersum.
Ale on własnoręcznie dał odpór owym heretykom, po prostu pisząc prawdę. Tylko jądro naszej galaktyki. Przeszedłem obok posągu, czci owemu nie oddając, bo ojciec przeklął bałwochwalców. Kilku kandydatów na wojarzy oczekiwało już w przestronnym pomieszczeniu, dokąd łaskawie mnie skierowano. Po godzinie, może dwóch, zjawił się oficer Straży Granicznej i zaprowadził nas do pokoju, gdzie mieliśmy zostać poddani kontroli. Kazał nam rozebrać się do naga.
Oczywiście było to śmieszne, ale nikt się nie sprzeciwił. Strażnicy zabrali nasze rzeczy do worków, pieczętowali. Nadmiar emocji związanych z przewidywanym przekroczeniem granicy nie pozwolił nam na należyte przeanalizowanie tego zdarzenia.
I z workami znikli. Gapiąc się na siebie, staliśmy w pustym pokoju. Niektórzy już się trzęśli z zimna lub ze strachu. Potem zaprzestaliśmy wzajemnych oględzin. Tarzanów wśród nas nie było. Naraz coś się zmieniło. Może nie tak. Wewnętrzny głos powiedział, że zaraz coś się zmieni.
Ledwie przebrzmiał ów głos, już zmieniło się wszystko i to radykalnie. Wszystko, co było, poszło precz. Znikł sufit, znikły ściany. Tylko myśmy nie znikli. Nie dość na tym. Odmaszerowała gdzieś granica. Odpłynęły w dal budynki, pola i szosa. Że jednak rzadko kiedy coś znika tak zupełnie, żeby nic już w zamian się nie pojawiło. Stworzonym naszym oczom ukazały się pięknie szumiące drzewa, a na nasze obnażone ciała począł padać deszczyk. Oby trafił go szlag! Oczywiście deszcz nie umiera.
Deszcz jest nieskończenie cierpliwy i ma nas dokładnie gdzieś. I to od zawsze. Rozdział trzeci. Padało się miłemu, jesiennemu deszczykowi. Znieruchomieliśmy w środku polany o kilkudziesięciocentymetrowej średnicy, otoczeni przez szumiące drzewa. Szumiało się i mi szumiało pod wpływem chłodnego wiaterku.
Było naprawdę zimno. Pierwszy zaczął trząść się pewien chudzielec, potem w histerię wpadali coraz to nowi podróżnicy. Muszę wyznać, że to mnie przypadł w udziale zaszczyt opanowania sytuacji. "Milczeć, skurwiele! - zawołałem, nie bawiąc się w dyplomatyczne subtelności. - Pysk trzymać, gaciny. Jak będziecie tak wrzeszczeć, to przyjdzie z lasu dziki zwierz i nas zeżre". "Wiem - zamękał rudy facet.
- To halucynacja. Chcą poddać nas próbie". "Zamknij się!" "Próbie!" - ryczał histeryk, klasycznie przewracając białkami oczu. "Trzymaj pysk, matole!" Rudy o dziwo przestał. Doskoczył do mnie w wiadomym celu, ale chudzielec prostym podstawieniem nogi zniweczył jego obłąkańcze zamysły. Wciąż szumiał las i padał deszcz. Chudy rzekł do mnie: "Doktor Achwer", podał mi dłoń. Uścisnąłem i powiedziałem: "Doktor Marcin Lipień, do usług". Widząc tę wymianę grzeczności, świadczoną sobie wzajemnie przez wysoce cywilizowanych nagusów, pozostali nieszczęśnicy także zaczęli przedstawiać się sobie wzajemnie. Jeden tylko poniżony rudzielec raczył grobowo milczeć. Deszcz nie ustawał, pogoda była prawdziwie zagraniczna. Uciekliśmy pod drzewa. Jedni zabrali swoje torby, drudzy nie. Ci ostatni musieli po nie wrócić, już choćby po to, aby stało się zadość przysłowiu: kto nie ma na głowie, ten ma w nogach. Ale bez żartów. Musieli wrócić, bowiem doktor Achwer znalazł w swej torbie rulon czegoś, co z grubsza przypominało płaszcz kąpielowy. To też mogło być tuniką, togą, sukmaną, czymkolwiek. Na pewno jednak czymś, w co należało się przyodziać.
Pragmatyk Achwer ubrał się od razu. Wyciągnąłem ów zbawienny rulon, ale nie rozwinąłem go, gdyż przyciągnął moją uwagę papier włożony w tubę. "Co to? - zainteresował się Achwer. "Wygląda na posłanie" - odparłem z namysłem dość głębokim. "Dawaj" - powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu. Dopiero teraz dobiegł do reszty furiat o czerwonych włosach.
Dobiegł i jakby nic wcześniej się nie wydarzyło, ubrał swój płaszcz ledwie sięgający połowy uda. Okryłem się jako ostatni. Achwer przebiegł wzrokiem papier i okropnie zbladł. "Posłuchajcie - powiedział.
- Oto jest głos Ojca". "Co on mówi? - spytałem z emfazą właściwą osobnikom genetycznie lojalnym. "Zacznę od wyzwisk. Czytać?" "Tak - powiedziałem. - Wypijmy ten kielich goryczy do dna". "Wypijmy" - powtórzyli inni. "Czytam - obwieścił Achwer.
- Dranie, dywersanci, skurczybyki, łajdacy, sukinsyny, docenci. Nadeszła godzina prawdy. Myśleliście, że jako dobry ojciec dam wam wyjechać bez mojego błogosławieństwa? Myliliście się. Wyjechać wyjechaliście, lecz nie tam, gdzie to sobie uwidzieliście, skurwysyny. Nazbyt łaskawy byłem dla was, skoro zachciało się wam opuścić ojczyznę, żeby u wrogów szukać chleba. Już sama chęć wyjazdu była najwyższym aktem nielojalności i powinienem was za to ukarać, lecz znacie moją niewysłowioną dobroć. Nie ukarałem....pozwoliłem wyjechać. Wyjechaliście. Teraz znajdujecie się dziesięć stuleci od domu, przyjaciół, rodzin i bliskich. Dziesięć wieków ode mnie, stale nad wami czuwającego. Achwer przerwał czytanie. Znowu wyzwiska. Nie mogę tego znieść. Proponuję dobrym studenckim obyczajem opuścić tę partię materiału. Nie - powiedział ktoś. Doszedłem do przekonania, że wszyscy moi poddani są nielojalni, że nikomu nie mogę ufać do końca. Wiem, że nielojalny jest szef mojej ochrony osobistej oraz komendant tajnej policji, że nielojalni są marszałkowie lotnictwa, marynarki i wojsk lądowych, generałowie broni pancernej i obrony przeciwrakietowej. Ostatnia swołocz, podobnie ta samorządowa swołocz. Po co ja wam dałem odrobinę wolności? Winą za to obarczam czasy zgniłego liberalizmu.
Historycznie patrząc, kiedy już raz się ta zaraza pojawi, nie ma metody, żeby doszczętnie ją wykorzenić. Doktor Achwer przerwał czytanie. Powiedział z niesmakiem: Dalej następuje szereg bredni, którym on zwykł nas stale karmić. Coś o kosmicznej panspermii, jeśli się nie mylę. Ojciec pod tym Aldebaranem, jak mu się rakieta rozpadła i poczuł się zmuszony do przymusowego lądowania i w dalszej konsekwencji do bytowania w nieciekawym otoczeniu, dostał nielichego kręćka i uważam, że moglibyśmy sobie darować to przedstawienie. Osobiście nie lubię startej płyty, a wy? Nie jestem zdartą płytą, jak to jeden z was powiedział. Nie sądźcie, że skoro znaleźliście się tysiąc lat ode mnie, przestał się wam przyglądać mój wszystkowidzący wzrok. Zadrżał doktor Achwer.
Opanował się jednak i rzekł: Nawet ojcom niekiedy coś wychodzi. Nielojalność jest wrodzona ludziom dzisiejszym, ponieważ nie zamierzam się wami skurczybyki zadręczać, wpadłem na genialny pomysł, żeby... Tu należy się wam małe wyjaśnienie. Zbudowaliśmy maszynę czasu. Lektor otarł pot z czoła. Były powody. Ani o tym wiedząc, ani tego pragnąc, znaleźliście się w jej wnętrzu.
Zainstalowana została na granicy. Słusznie mi się zdało, żeby ci, którzy tak jawnie obnoszą się ze swoimi zdradzieckimi chuciami, pierwsi doświadczyli jej bezlitosnego działania. Achwer przerwał czytanie i powiedział: Zgłodniałem. Rudzielec rzekł: A ja bym się chętnie czegoś napił. Może jest tu woda? Zachciewa się koledze źródełka - z przekąsem powiedział tęgawy osobnik, dotąd niczym się niewyróżniający poza swą duszą.
Proponuję, żeby kolega poszedł na zwiad. Sam idź! - syknął Rudy. Czy w torbach jest coś do jedzenia? Nie ma - powiedział gruby. Sprawdzałem. Więc co dalej? Na razie czytajmy - rzekłem. Słuszna i głęboko filozoficzna uwaga. Poparł mnie grubas. Proszę kontynuować, doktorze Achwer. Wezwany nie skłonił się, jakby to zapewne uczynił w bardziej normalnych warunkach.
Jakie jest wasze zadanie, łajdacy? Oto staniecie się nareszcie przydatni. Nie chciałbym - powiedział Achwer. Bunt nic nie pomoże. Posłuszeństwo jest waszą jedyną nadzieją. Człowiek jest wszakże istotą obdarzoną wolną wolą, nie?
- wyrzekł grubas, ale wypadło to bladiutko. Przekonacie się, docenci. Pisał do nas ojciec. Będziecie służyć. Co macie robić? Postanowiłem sięgnąć do niewyczerpanego rezerwuaru, jakim jest historia. Do mego celu wybrałem średniowiecze. Nie myślcie bowiem, że każda przeszłość jest jednakowo dobra. Są dobre i złe przeszłości. Jakie jest kryterium?
Domyślacie się. Hellenistyczna starożytność byłaby na przykład fatalną przeszłością. Co innego średniowiecze. W wiekach średnich król był Bożym pomazańcem. Jego autorytet był naturalny i bezsporny. Umrzeć za swego monarchę było największym marzeniem szlachcica. Nikomu nie mieściło się w głowie, że może istnieć inny rodzaj władzy niż władza monarsza. Ludzie pochodzący z tej właśnie epoki są dla mnie szczególnie cenni.
Będą tak samo wyznawać mój autorytet, jak wyznawali królewski i moja władza będzie wydawać się im tak samo naturalna, jak władza królewska. Doktor Achwer wstrząsnął się, cicho szepnął: Plan iście diabelski. Porywać ludzi z przeszłości, wyciągać ich z czasów, w których żyli. To coś, co...
co... Zabrakło mu słów. Przeznaczona nam została rola łapaczy niewolników - powiedział grubas. Raczej dostawców janczarów - sprostowałem. Jak zwał, tak zwał - powiedział rudzielec. Po co ta kłótnia? Czyż nie jest to obojętne? Nie wzbudza to moralnego wzburzenia u kolegi. Może ze mnie taki straszny cynik, ale nie wzbudza. Nic?
Żadnego niepokoju duszy? - dociekał gruby. Bardziej niepokoi mnie nasz ohydny brak środków - wyznał adwersarz. Niby czym będziemy ich łapać? Niech się pan nie obawia - rzekł smutnym głosem doktor Achwer. On na pewno o to zadbał. Serio? Zawsze wierzyłem w Onego. To po co chciałeś wyjechać? Rudy zasępił się. Faktycznie, to był błąd, ale błąd to jeszcze nie zbrodnia. Dla Onego to bez znaczenia - wyjaśnił mu grubas. Skazał cię na ten sam los, co i nas. W źrenicach rudzielca ponownie pokazały się furiackie błyski.
Ale was słusznie! Ja tu jestem tylko przez chwilę słabości....Wy, bo zapracowaliście na to całym swym niegodnym życiem. Czytam dalej- powiedział Achwer. Nikt się nie sprzeciwił. Brać powinniście ludzi stosownych, z klas wyższych, nie ciemniaków, bo prymitywne umysły nie przystosują się do moich wymogów. Krótko mówiąc, muszą być wierni bez granic, lecz nie ograniczeni. Rozumiemy się? Kontyngent nałożony na waszą grupę to dwadzieścia sztuk. Radzę wam porwać więcej, gdyż zawsze można pomylić się co do człowieka.
Człowiek to istota niezgłębiona. On znowu filozofuje- rzekł doktor. Opuść to miejsce. Teraz odszukacie ścieżkę, która doprowadzi was do zakonspirowanego w przeszłości domku. Tam znajdziecie wszystko, co wam trzeba. Na dostarczenie mi pierwszej partii towaru daję wam trzydzieści dni, licząc od momentu wyjścia z domku i zakończenia programu.
Odmaszerować! Na to odruchowo się wyprężyliśmy. Tak podziałały na nas słowa z przyszłości. Pierwszy zauważył to Achwer. Powiedział: Pan każe, sługa musi. Wywołało to naturalną reakcję sprzeciwu. Rudzielec zawołał: Nie idziemy na niczyim pasku. Polecenie Onego wykonamy z miłości do niego, a nie dlatego, że nam rozkazuje. Lecz wykonamy? Z miłości. Nie ze strachu? Nie - upierał się Rudy. Z miłości, bo go kochamy.
Ja go kocham. Zawsze go kochałem. Droższy jest mi nade... nade. Was nie cenię. Zdradziliście najlepszego ojca. A kolega nie jest zdrajcą? Jestem człowiekiem, który uległ słabości. Każdy ulega. Tylko ojciec narodu nie ulega. Powinien to zrozumieć. Jakoś tego nie czyni. W końcu pojmie. Idziemy?
- zapytałem. Ruszyliśmy ścieżką wijącą się wśród bujnej, puszczańskiej roślinności. Zżerał nas lęk. Rozdział czwarty. Domek z razu wyglądał na porządny oraz należycie zamaskowany. Nie odkrylibyśmy go, gdyby nie sygnał dźwiękowy. Wstrętne puczenie, nielicujące z puszczańskimi obyczajami.
Ekipa budująca przytuliskę grupie specjalnej musiała wszakże mocno się spieszyć, gdyż drzwi ledwie się domykały, a w oknach na piętrze brakowało szyb. Sporo było też innych niedoróbek. Po jakimś czasie okazało się, że zamaskowanie przedstawiało się jednak nieszczególnie.
Domek z jednej strony był doskonale widoczny, ale czyż zdrajcy mogą spodziewać się wygód? Wręcz nie powinni. Za to wyposażenie domeczku było dość bogate. Prócz łoży hipnotycznych, świetnie nadających się do przyspieszonej nauki obcego języka, znaleźliśmy jeszcze pistolety gazowe i paralizatory układu nerwowego, tudzież żarcie w koncentratach i wyra bez pościeli. Przypadło też po kocu na głowę zdrajcy, czyli zdrajcogłowę. Określenie doktora Achvera, niewyżytego lingwisty. W tym wszystkim najcenniejsza była informacja.
Tak, doktor Achver nazwał wystukane drobną czcionką opracowanie historyczne, szkicujące sytuację polityczną i gospodarczą kraju, który mieliśmy spenetrować i pozbawić najistotniejszych umysłów. Niestrudzony doktor Achver przeczytał informację i przy kolacyjce zreferował nam, właśnie zreferował, nie opowiedział, treść dokumentu. Księstwo Jutlandii powstało dwa wieki wcześniej drogą podboju. Warstwą rządzącą byli nordyccy Jutowie, przemieszani z Waregami, których jakoś tam wchłonęli.
Waregowie podbijali tę krainę wcześniej i wcale się nie spieszyli. O autochtonach dokument milczał. Ojciec uznał ich za nieciekawych i mało przydatnych. Nordyccy zdobywcy zapanowali nad celtyckimi, prawowitymi mieszkańcami tej krainy. O ile w historii można w ogóle mówić o jakiejś prawowitości. Prawem na ogół jest nagi miecz. O gospodarce jutlandzkiej doktor Achver powiedział tylko tyle, że dominuje rolnictwo. Miasta są słabe i nieliczne. Stolica Jutlenia, pięć do siedmiu tysięcy mieszkańców, główny ośrodek handlu i rzemiosła. Dużo puszcz, wsie rozdzielone mokradłami. Kraina mało wdzięczna i raczej uboga. Rządził w niej książę Otomar II, wnuk Otomara Wielkiego.
Możnowładcza opozycja skupiała się wokół brata książęcego Emelryka. Emelryk był kochankiem książęcej żony Hermenegildy. Otomar spotykał się po kryjomu z żoną brata, Winifredą. Nie wiedzieliśmy, co o tym sądzić, lecz informacje zapewniały, że to ważne i przydatne. Był jeszcze wuj książęcy Ettering, Mercjan ze sporą domieszką krwi celtyckiej. Ścigała go zemsta rodowa.
Informacje sugerowały, by Mercjana odnaleźć i skaptować. Ojciec przeznaczał go na szefa tajnej policji. Gdyby dobrze wczytać się w treść ojcowskich instrukcji, to wychodziło, że nasze zadanie to bagatelka. Dokument mniej mówił, jak misję wypełnić. Więcej, co czynić potem.
Optymizm godny uznania. My widzieliśmy sprawę czarno. Doktor Achver, z natury nie najweselszy, z zapamiętaniem gryzł własną brodę. Zrośnięte, krzaczaste brwi nadawały jego posępnemu obliczu jeszcze smutniejszego wyrazu. Naraz odezwał się ponuro: Nie damy rady. Przyjdzie zdechnąć nam tutaj, w tych potwornych lasach....Dobrze - rzekłem.
Dziwię się panu. Dotąd raczej podtrzymywał nas pan na duchu, dzielnie wywiązując się z roli dobrowolnego rozjemcy. W naturalny sposób objął pan przewodnictwo nad tą zagubioną w zamierzchłej przeszłości gromadką, a teraz wpada pan w rozpacz i nas tym zaraża. Tymczasem tego rodzaju myśli nie powinny mieć dostępu do naszych umysłów, bo jeżeli będziemy tak odczuwać, to już na pewno nie wydostaniemy się stąd i faktycznie tu zdechniemy. - I nie wykonamy zadania - powiedział Rudzielec. - To problem moralny - powiedział Gruby. - Czy wolno nam podjąć taką próbę? Chyba nie. Na pewno nie.
- Trzymajcie mnie, bo zatłukę gadzinę! - zawołał Rudowłosy. Odruchowo spojrzeliśmy na Achvera, czy nie wkroczy, lecz doktor milczał. Mnie też nie chciało się ich rozdzielać. Jednakowoż rozsądek zwyciężył i Rudy z Grubasem nie pobili się na śmierć. Co więcej, wspólnie przyszykowali szczepionkę, igły i strzykawkę. Oprzyrządowanie potrzebne było do uchronienia się przed miejscowymi chorobami zakaźnymi. - Jak szczepimy? - W tyłek.
Ktoś parsknął śmiechem. - Panowie, sytuacja wymaga powagi - orzekł Rudzielec. - Nie pora na kpiny. Zapanowała cisza. - Kto pierwszy? Może pan albo ja? Zacznę od siebie. Kto mi...? - Ja! - ofiarował się Grubas. - Pan w żadnym wypadku - powiedział Rudy, wręczając złowrogie narzędzie szpakowatemu mężczyźnie w okularach, który stale milczał tak ponuro, że dobrze sobie zasłużył na określenie "rycerz posępnego oblicza". Szpakowaty nie zaprotestował, ale też się nie zgodził.
Nic nie rzekł. Rudy stał z podkasanym płaszczykiem, świecąc gołym zadkiem i poświęcenie wyglądało na daremne. - Co pan? Dawaj! I z jękiem wbił sobie igłę w udo. - Kto następny? Jakoś udało mu się nakłonić resztę do tej mało przyjemnej czynności. Jedynym, który odmówił, był doktor Achver.
- A pan co? A obywatel co, Herkules? Obywatel Achver na te zaczepki nie reagował. Był samą wyniosłością. - Nie, to nie - powiedział Kat. - Pierwszy wyciągniesz kopyta, głupcze. - Doktorze... - przemówiłem łagodnie i bez przekonania. Achver wytrwale milczał. Może zwyczajnie bał się ukłucia. Nigdy do końca nie wiadomo, jaki demon człowieka dręczy.
Jeśli to tak słuchałem tej opowieści Jurka, niecenny. Mam dosyć dziwne, dziwne skojarzenia, ale... Jeśli ktokolwiek czytał kiedyś Wellsa "Ludzie jak bogowie" czy, czy Wellsa, czy Wellsa "Maszynę czasu", czy współczesne książki amerykańskie, anglosaskie dotyczące podróży w czasie i kontaktach z, z naszymi, że tak powiem, protoplastami albo, albo, albo odwrotnie z tymi, którzy po nas. Co? Trzeba sobie uświadomić, że one są straszliwie, straszliwie naiwne i prościutkie. W ogóle nie dotykają istoty rzeczy tak naprawdę. Tylko ktoś, że tak powiem, żyjący w czasach, w jakich czasach? W takich czasach jak, w jakich żył Jurek Gruntowski. Może, może, że tak powiem, sięgnąć w tą przyszłość albo przeszłość i dotknąć jej tak naprawdę boleśnie, a nie tak płasko i naiwnie pieszczotliwie, jak to robią Amerykanie. Dlaczego?
Otóż jest taka, taka, takie, takie... Jest coś takiego, że hm. Ja, ja dlatego tak mówię, bo, bo myślę nad tym, co mam powiedzieć. Bo nie, nie, nie myślałem, ale po prostu jest, jest coś takiego, że Jurek Gruntowski był postacią tragiczną swoim wymiarem. Z pewnego bardzo ważnego, bardzo ważnego powodu, który w tej chwili należy odpalić, żeby to wytłumaczyć. Otóż to był czas, w którym część naszego społeczeństwa, części naszego społeczeństwa, właściwie z rozpaczy opadły ręce. Dlaczego? Otóż nagle zniknął wróg. Odebrano nam wroga.
Zabrano nam kogoś, wobec którego, wobec kogo mieliśmy jasne i jasno postawioną sytuację. To dla wielu ludzi myślących w tamtym czasie było tragiczne. Dla ludzi, którzy jedzą chleb i przeżuwają tam trawę, jest wszystko fajnie. Ja chcę jeść, ja chcę zaspokoić, zaspokoić głód. Wszystko jest fajne.
Natomiast dla ludzi w pewnych, w pewnych sytuacjach jest ważne nie tylko ja sam, ale również uświadomienie sobie swojego miejsca, a czasami również swojego wroga. Ja... Ciężko mi to mówić, ale, ale trzeba to powiedzieć, że wróg, to słowo jest piekielnie ważną rzeczą....Yy, ten wróg był kiedyś bardzo jasno spersonifikowany. Był komunizm, był faszyzm, było to, było tamto i tak dalej. Za odebranie nam tego wroga stawia żołnierza właściwie w rozterce. Nie mam do kogo strzelać.
Po cholerę ja noszę ten cały taki lonek? Po prostu, po co, po co mi to wszystko? Dlaczego wróg jest potrzebny? Wróg jest potrzebny jako ktoś, od czego się można odbić, do czego, co również mobilizuje. Nie tylko ja jestem przekonany, ale podejrzewam, że wszyscy słuchacze tego radia są absolutnie przekonani, że gdyby nie wróg, w pewnym czasie, w czasach zimnej wojny, gdyby nie Związek Radziecki, Amerykanie w życiu by do dnia dzisiejszego nie stanęli na Księżycu. Bo po co? Jaki z tym biznes? Żaden zupełnie. Żeby tam byli przynajmniej Indianie do wybicia. Ale, ale ich tam nie było, nie?
Są teorie, że ich tam nie było. Że ich tam nie było, nie? No, ale w każdym razie, gdyby nie wróg, nie by, nie istniałaby taka rzecz. Nie zaistniałby fakt wylądowania Amerykanów na Księżycu, gdyby nie wróg.
Zresztą w moim ulubionym, yy, w takim często lubię cytować w moim. W mojej ulubionej grze Fallout Tactics, amerykańskiej grze, po wykonaniu pewnego zadania dowódca mówi do mojego oddziału: "Nie, nie, tego. Nie bądź taki wspaniały, zadowolony i tak dalej. W Bractwie, Atomowa Bractwie Stali,"— bo tak tam jest, sytuacja tam tak wygląda — "w Bractwie jest takie powiedzenie: zawsze jest następny wróg". To mówi dowódca, ale to nie mówi dowódca w grze. To mówi amerykański dowódca do amerykańskiego żołnierza. I dlatego od czasów zimnej wojny Amerykanie rozpaczliwie poszukują wroga. Jeśli go nie ma, to go znajdziemy. Jeśli go nie znajdziemy, to go stworzymy. Na tym, na tym polega cały ostatni dwadzieścia, trzydzieści lat historii współczesnego świata. Robią to, robią to z dużą maestrią i dużymi umiejętnościami.
Pewnie, że, że tak. Po prostu każde, każde imperium zresztą to samo czyniło. Po prostu, nie? No ale wiesz, mówisz to w kontekście usłyszanego, usłyszanego przed chwilą fragmentu, fragmentu prozy Jurka. Bo warto, warto, warto ten prozę skomentować. Właśnie, właśnie w związku z tym, co powiedziałeś. Bo Jurek tutaj— ja wiem, że to jest dosyć specyfi, dosyć specyficzny fragment został wybrany sam początek, więc dopiero akcja się zawiązuje.
Ale zauważmy, że Jurek tutaj znalazł, yy, nowego wroga, to znaczy nowego Wielkiego Brata. Może, może tak. Zauważmy, dla Jurka, mm, zawsze był problem religii. Wiary był zawsze problemem ważnym. On niesamowicie go przeżywał. I tutaj stąd ta, ta dystopia, która, która tutaj się na kartach tej książki przewija, to jest dystopia, która ma w sobie coś takiego religijnego. Już nie opowiadając więcej, no to coś chyba, chyba dokładnie widać. Natomiast, natomiast Jurek był człowiekiem, który miał bardzo, bardzo rozchwiane, bardzo rozchwiane poczucie tego, czy Bóg istnieje, czy nie istnieje. On potrafił, potrafił do, do naszego wspólnego znajomego dzwonić w środku nocy, krzycząc, że Boga nie ma, a jednocześnie potrafił powiedzieć innemu naszemu znajomemu: "Wiesz, jestem przekonany, że Bóg istnieje". To był dla niego problem, wbrew pozorom, no pewno dla każdego z nas, ale jest to jakiś problem. Znaczy dla niektórych nie jest to problem. No, może tak. Trochę się motam w zeznaniach, ale, ale w gruncie rzeczy o to chodzi. Są ludzie, dla których to w ogóle nie jest żadna kwestia. Dla Jurka była to jedna z ważniejszych kwestii i on, właściwie to widać w jego twórczości. On przez cały czas, no, prowadził taki dialog sam ze sobą. Jest czy go nie ma? I jak to właściwie jest? My żyjemy w dniu dzisiejszym, a każdy historyk, zdając sobie sprawę z roli Boga w historii czy bogów w historii i wpływu na historię i wpływu na postawy ludzkie i tak dalej. Każdy historyk musi mieć ten problem, bo, yy, że tak powiem, dotyka wymiaru Boga i jego ewentualnej, yy, tego, jaki wpływ bogowie czy Bóg ma na historię, czyli na naszą, na naszą ewolucję, na nasz czas, na, na rozwój tej cywilizacji i tak dalej.
Żyjąc dniem dzisiejszym, można wzruszyć ramionami po prostu. A co mnie tam Bóg, nie? No co? Dokładnie. A dla Jurka był to, dla Jurka był to ważny problem. I ja powiem tak, no, ta, ta książka Lancelot nad Reną, ona nie cieszyła się zbyt dużym powodzeniem na rynku, a zapewne ona ma swoje, ma swoje braki. Być może, być może przydałaby się jej lepsza redakcja, ale widać nawet w tym krótkim fragmencie, który być może czasami jest lekko przeładowany faktami albo lekko taki przegadany, ale widać, yy, to był, to była późna książka Jurka. Widać jednak, że to był facet, który miał warsztat. Być może nie zawsze, nie zawsze, nie zawsze...... yy, nie zawsze korzystał z niego tak, jakbyśmy sobie to wyobrażali. Ale to jest kolejny problem, o którym, o którym warto wspomnieć. Bo Jurek to był człowiek, który nigdy, którego nigdy nie interesowało to, kto będzie czytał jego utwory.
To był facet, który pisał, bo miał głęboką potrzebę pisania, ale nie był grafomanem. Był człowiekiem, który uważał, że ma do powiedzenia coś ważnego. I Jurek nie pisał książek. Znaczy inaczej. Pisał oczywiście, marzył o czytelnikach i chciał czytelników, ale zawsze pamiętał o jednym: nigdy, absolutnie nigdy, to wiem z pierwszej ręki, od niego, nie poddawał się dyktatowi czytelnika. On nie pisał książek, yy, takich, które schlebiałyby czytelnikowi. On zawsze pisał książki, które sam chciałby przeczytać. To były książki... to były jego książki i, yy, czytelnicy albo akceptowali to i czytali, albo odpadali. To oczywiście, tak jak powiedziałem, jest dosyć, dosyć ryzykowna strategia.
Przyznasz- Ale, ale, ale dosyć częsta, yy, często występująca wśród twórców. Tu pewna anegdota, która, która, która bardzo pokaże, jak i jak Jurek traktował pisanie. Otóż w latach, yy, no, jeszcze prosperity pisarskiego, pod koniec lat osiemdziesiątych, tu w Bydgoszczy funkcjonowało sobie takie wydawnictwo, które nazywało się Pomorze.
Jurek, wtedy jako uznany i ceniony pisarz, yy, pewnego dnia wparował do tego wydawnictwa. Właściwie bez słowa, yy, przeszedł przez sekretariat. Yy, sekretarka próbowała stawiać jakiś opór, ale właściwie Jurek się nie przejął, pomimo, pomimo, jak już opisaliśmy, to nie był człowiek wielkich rozmiarów. To nie był komandos, ale mimo wszystko bez trudu przeszedł przez sekretarkę i wszedł do, yy, do gabinetu redaktora naczelnego. Wszedł, rzucił na stół redaktora, nieco zaskoczonego przyznajmy, yy, rzucił maszynopis, jakieś kilkaset stron. Odwrócił się i wyszedł. I w ogóle go nie interesowało...
znaczy on po prostu doszedł do wniosku, że zrobił, co trzeba jako pisarz, a teraz jest wydawnictwo i powinno to wydać. On miał mniej więcej takie podejście. To mówię, to znowu jest, podkreślę to po raz kolejny, dosyć ryzykowna strategia, bo Jurek być może dlatego miał takie kłopoty z wydawcami, że on, yy, uważał, że wydawcy pełnią rolę, mm, użytkową, użyteczną. On jest pisarzem i on pisze, a oni powinni to wydawać. Powiem tak, że, yy, jedni mogą z tym zdaniem sympatyzować, drudzy mogą je wyśmiać. Ale znowu po raz, nie wiem, piąty albo szósty powtórzę: to jest ryzykowna strategia w dzisiejszych czasach, w których właściwie wydawca szuka takiego pisarza, który się zgodzi na ustępstwa, żeby, jednak coś tam wyrzucić albo coś tam dopisać, bo tak trzeba. Jurek nie tolerował takich rzeczy. Jurek, owszem, poddawał się, aczkolwiek niechętnie, yy, pracy, yy, pracy redaktora, który książkę redagował, ale był bardzo czujny. To znaczy on nie odpuszczał redaktorom. On był też swoistym potworem, jeśli chodzi o to, bo on, yy... Spora część pisarzy działa tak: napisze coś, później dostaje to w swoje łapy redaktor, jakieś dokonuje tam poprawek, no, pisarz czyta. No tak, tak, zgadzam się, zgadzam.
Byle to wyszło. Nie. Jurek toczył boje, batalie, polemiki, yy, z owym redaktorem, zanim to w ogóle ujrzało światło dzienne. Jurek nie odpuszczał po prostu. Yy, powtarzam po raz dziesiąty: ryzykowna niezwykle strategia.
No cóż, też jesteśmy- Widzi się, ja miałem naturę, yy, skryt, że sprawiałem takie dziwne wrażenie, że żaden redaktor nie śmiał mi poprawić bez mojej zgody, nie? Ja może bym na to poszedł, nie, natomiast oni zawsze mi przedstawiali propozycje, po czym ja się zgadzałem albo się nie zgadzałem. Ja pamiętam- No nie, no taka rola redaktora, no to oczywiście. Pamiętam, jak, jak wysłałem, nie wysłałem, tylko przywiozłem do Fantastyki moją jedyną rzecz, którą im kiedykolwiek zaproponowałem, czyli Suweren motyw falliczny. Położyłem to tak samo jak, jak, jak, yy, jak on Gruntkowski na biurku, yy, po czym, yy, redaktor naczelny wtedy tamtego pisma, mm, niestety nie chciał mi się zgodzić. Powiedział, że to nie może, nie może tam pomnik Stalina stać pośrodku placu w Warszawie i tak dalej, tak jak stoi tam w opowiadaniu. A to była taka karkołomna dosyć rzecz, że mam to zmienić, nie? Powiedziałem dziękuję. Zabrałem maszynopis i wyszedłem. I tak się skończyła moja wtedy współpraca z Fantastyką, nie? No to gwoli takiej historycznej, historycznej, yy, historycznych faktów powiedzmy, że redaktorem naczelnym Fantastyki w latach osiemdziesiątych był Adam Holanek, który musiał być tym redaktorem, yy, bo taki był wymóg partii. Partia go tam postawiła, bo partia znalazła, yy, jednego z nielicznych pisarzy, który nie dość, że był partyjny, to jeszcze pisywał fantastykę. No i go tam postawiła. To był warunek, yy, który w ogóle zadecydował o tym, że fantastyka mogła się ukazywać. Tak, ale ja, ja, ja tak mówię i walczyłem z Holankiem, natomiast nie, nie mam najmniejszych zastrzeżeń, bo Holanek jako to był bardzo porządny człowiek. No, ale jednocześnie uwiązany i umoczony, i musiał- No tak. Był na posterunku i pilnował.
Ale teraz zwróćcie uwagę, jak my o tym mówimy, o tych relacjach i tych wszystkich rzeczach. To, co ja powiedziałem przedtem. Jak Amerykanie lądują w przeszłości albo w przyszłości, to jest naprawdę naiwnie świat. To my zobaczcie, ile zależności, ile rzeczy wiemy, jak to się naprawdę odbywa.
A Jurek jak zaproponował, to być może nie jest to tak przebojowe i westernowe jak amerykańskie produkcje, ale jest do bólu r-, yy-... no może nie, to za mocna teza, że jest realistyczny, ale, yy, to jest, yy, takie bardzo drobiazgowe. On tam rów-- w gruncie rzeczy- I bardzo współczesny. Ale porusza- O wiele bardziej dotyka, yy, cza-, yy, prawdopodobnej- Tak, ale, ale przez to nie jest takie westernowe i momentami, i momentami może przy, może, mo, ktoś może powiedzieć, że, że Jurek przynudzał po prostu. Może- Ja słyszałem takie głosy.
Natomiast, wiesz- Nie, że często. To jest wszystko kwestia, kwestia percepcji. Chciałem ci powiedzieć, yy, mam takie powiedzenie, którego chyba nikt nie powiedział, ale mądrość zawsze przynudza. Taka jej natura. Dobra, okej. No, ale wiesz, nie, powiem tak, że, że z Jurkiem, z Jurkiem to właśnie, właśnie tak było, że, yy, Jurek na przykład, yy, miał, yy, o- powiem taką historię, yy, właśnie z tej, z tego drugiego, yy, z tego drugiego okresu jego życia, kiedy Jurek, ee, no, już miał kłopoty z wydawcami. Po pierwsze, po części dlatego, z tego powodu, w jaki traktował wydawców. Po wtóre dlatego, że ta jego proza, mm, no, nie budziła entuzjazmu wydawców. A to jest moim zdaniem błąd, bo ja sam znam kilka jego, yy, niewydanych książek, które myślę, że, yy, zawstydzą, zawstydziłyby, kiedy się ukażą, zawstydzą wielu wydawców, a szczególnie zawstydzą ich wtedy, kiedy, kiedy na przykład będzie podana lista, yy, tych miejsc, które powieść odrzuciły. A myślę, że, że, że to jeszcze przed nami ta zabawa, bo, bo to może być, może być bardzo pouczające. Ale o jakiej historii mówię? Otóż, yy, kiedyś, yy, spotkaliśmy się tutaj w, w takiej miejscowej, w miejsco, w miejscowym, miejscowym, yy, lokalu, który nazywał się Węgliszek.
Węgliszek to był diabeł, który, który w Bydgoszczy podobno pomagał Twardowskiemu. Ale to pomińmy. Spotkaliśmy się w tej knajpce i Jurek mówi mi: „Wiesz, właśnie, yy, wydawnictwo A powiedzmy, wydawnictwo Bellona właśnie mi uwaliło książkę". Mówi: „Kurczę, a to była dobra książka!". A wtedy by, to był taki czas, że była moda, to było kilkanaście lat temu. Była moda na, yy, pisarstwo nastolatków, czyli, yy, nagle i czy to w Stanach, czy to w Polsce odkrywamy jakiegoś nastolatka, który ma takie, takie ciągoty pisarskie i on wydaje swoją pierwszą książkę jeszcze przed osiemnastką. No to wiadomo, że mamy na najbliższe kilkadziesiąt lat autora, którego możemy eksploatować. I w związku z tym to się stało niezwykle modne na całym świecie. W Polsce również.
Ee, idąc tym śladem, ponieważ to, to, to jakby dało się zaobserwować, mówię: Jurek, wiesz co? A najlepiej... Aha, jeszcze nie dopowiedziałem jednej rzeczy. A najlepiej, żeby to był nastolatek płci żeńskiej, bo to wtedy w ogóle super jest. I mówię: „Wiesz, Jurek" - to był żart oczywiście. Mówię: „Wiesz, Jurek, gdybyś ty był ponętną nastolatką lat siedemnaście, to ty nie miałbyś kłopotów w wydawnictwie z wydaniem książki". I powiem, że wówczas spotkała mnie raz w życiu, yy, ze strony Jurka, yy, taka reakcja, której się zupełnie nie spodziewałem. On dosłownie dostał takiej twarzy furiata i wycedził przez zęby tak, coś takiego, mówi: „Absolutnie nie chcę cię słyszeć. W ogóle, co ty gadasz?
Nie chcę tego słyszeć w ogóle, co ty do mnie mówisz?". No więc tak się wycofałem, ale coś jeszcze próbowałem powiedzieć. Mówi: „Zamknij się, w ogóle nie chcę cię słyszeć". A potem jeszcze stał przez pół godziny, tak mniej więcej trzy metry ode mnie i nadawał na mój temat rzeczy nienadające się do powtórzenia. Po prostu to był stek jakichś stu-- tego, czego dowiedziałem się o sobie, no nie, nie mam śmiałości, żeby to przeka, żeby to przekazać.
I mnie się wydawało, że właśnie się na śmierć z Jurkiem pokłóciłem. To znaczy, że dosyć niewinny, dosyć niewinny żart spowodował, że Jurek się na mnie śmiertelnie obraził. I kiedy spotkaliśmy się kilka dni później, yy, to miałem takie obawy, co mnie, co mnie tego dnia ze strony Jurka spotka.
A on właściwie z radością powitał mnie tak, jakby się nic nie stało. Po prostu przeszło. Przeszło mu. Bo Jurek był chwilami człowiekiem takim, który, którym te złe emocje wybuchały ni stąd, ni zowąd. No i byłem tego świadkiem. Yy, to nie było przyjemne. To nie było przyjemne. Żałuję, że nie ma dzisiaj z nami Tadeusza, bo on opowiedział mi jeszcze jedną historię, która, która też jest, yy, no przynajmniej zabawna. Bo pewnego dnia Tadeusz zadzwonił do, do Jerzego. Ta-Tadeusz jest znanym tutaj, na tym terenie, yy, człowiekiem, który organizuje różnego rodzaju spotkania, konwenty związane z fantastyką. I pewnego dnia zadzwonił do Jurka, mówiąc mniej więcej coś takiego: „Jurek, wiesz co?
Chciałbym cię zaprosić na, yy, spotka, znaczy spotkanie z tobą, yy, zorganizowałem i chciałbym cię zaprosić. To będzie konwent. Yy, no, będzie, będzie fajnie. No, niestety nie mogę ci zapłacić, bo fundusze są ograniczone, ale, yy, mogę-". I na co Jurek mówi: „Bardzo chętnie. Super, W ogóle bardzo się cieszę, że o mnie pamiętałeś. No super, Nie szkodzi, że tam nie ma, nie ma tych pieniędzy. Jak jest obiad, to jest w porządku. A powiedz mi, co jest na obiad?" Na co Tadeusz mówi: „No wiesz, jeszcze nie sprawdzałem, no ale tam coś taki porządny obiad będzie". Na co Jurek mówi: „Jak to, kurwa, dzwonisz do mnie i nie wiesz, co będzie na obiad?" Trzask, słuchawka poszła. Nie było.
No to Tadeusz sprawdził, co będzie na ten obiad. Zadzwonił do Jurka, poinformował. No, spotkanie się odbyło, obiad też się odbył. Ale taki był właśnie Jurek. Nigdy nie można było być pewnym, że w danym momencie nie wybuchnie. To był człowiek, to-... Tak samo szybko jak wybuchał, tak samo, no, szybko to nie, ale, ale on jakby nie żywił urazy.
To się u niego nie zdarzało, żeby, żeby on był pamiętliwy i jakby gdzieś tam po wsze czasy już pamiętał, że ktoś mu powiedział coś, co mu się nie podobało. No, ja nieprzypadkowo na samym początku audycji nawiązałem do Diogenesa. Dlatego, gdyż miejmy świadomość, kim był Diogenes. Diogenes był strasznym chamem w tamtym czasie i opryskliwym człowiekiem, który ludzi, który potrafił lżył. Ktoś, kto, kto chciał mu pomóc i wyciągał rękę, to mu powiedział: "Zwalaj facet, bo mi słońce zasłaniasz". Prawda?
To są rzeczy wiadome. Mogę coś dla ciebie zrobić? Odsuń się, bo zasłaniasz mi słońce. On był, nie był żadnym czego. Wszyscy go cenili za to, co miał w głowie. Po prostu za to my cenimy również. Zawsze cenimy. Ale powiem ci tak, jeśli chodzi o Diogenesa, to ta, ta sytuacja z zasłanianiem słońca to było, powiedzmy znowu na duży jest lajtowa. Lajtowa, bo była też taka sytuacja, że ktoś tam się do niego zgłosił, a on odwrócił się, odwrócił się do niego tylną twarzą.
Wykonał czynność fizjologiczną, taką, jaką wykonał i powiedział, że to są jedyne usta, które mogą z tym chamem rozmawiać. To po prostu to był facet, który, który, który miał też chyba głębokie poczucie swojej wartości. Ten cały, cały Diogenes.
Ale z drugiej strony wiesz, to to jest tak właśnie z filozofią, bo, bo gdzieś tam, gdzieś tam w historii zostały zapisane te, te jego właśnie lżenia ludzi i takie, takie różne, takie różne nieprzyjemne rzeczy, które, które wyprawiał. A z drugiej strony dla wielu, dla wielu filozofów to jest człowiek, który jak chodził, jak, jak poszukiwał prawdy, światło znajdował, światło mądrości i tak dalej, i tak dalej. To zależy wszystko od punktu widzenia. I dokładnie tak samo było z Jurkiem. Dokładnie tak samo było z Jurkiem. Jurek mógł być człowiekiem niosącym światło, niosącym mądrość, a z drugiej strony był właśnie takim człowiekiem, który jak mu coś nie podpasowało, to walił. Walił z grubej rury. Tu mi się przypomniała też historia przeczabawna, kiedy to w pewnym momencie ja już byłem chyba po wydaniu którejś tam z kolei książki z cyklu "Pan Samochodzik". Jurek, który wtedy współpracował jako dziennikarz tu z miejscowym tytułem, zadzwonił do mnie i mówił, powiedział mniej więcej coś takiego: "Marek, podobno wydałeś jakąś książkę".
No, tu się zacząłem spowiadać, co wydałem, kiedy wydałem, dlaczego wydałem, po co? I tak dalej, i tak dalej. Mówi: "Aha, rozumiem. To ja zrobię z tobą wywiad. No, mówię dobra. No tak, tak, koniecznie zrobię z tobą wywiad, bo wiesz, bo oni mi całkiem nieźle płacą. No to ja muszę, muszę zrobić z tobą wywiad. Dobrze, to gdzie, kiedy? I mówi: "Wiesz co? Przyjedź do chińskiej, do chińskiej restauracji. Tu jest taka koło, koło mostu na Bernardyńskiej.
Wiesz co? Bo tam jest tanie piwo. To przyjedź tam. O tej i o tej godzinie masz być". No to karnie się zastosowałem. Pojawiłem, pojawiłem się tam. Jurek mówi: "Dobra, to sobie zamówię piwo, a ty siadaj i przemyśl sobie, co masz mi do powiedzenia". No, mówię dobrze. No, myślałem, że mi zadasz jakieś pytanie. Mówi: "Tak, co ja cię będę pytał? Ty masz mi powiedzieć, a ja później dopiszę te pytania".
Dobrze. Zacząłem mówić. Mówi: "Ale ty nie mów tak szybko, bo ja to będę notował. Ja tu od razu to napiszę na miejscu, a później tylko dam do przypisania. Więc ty mi nie mów tak szybko". Mówię: Jurek, ale jak ja mówię tak wolno, to mi się ciężko myśli składają.
Wolałbym powiedzieć szybciej, ale mówi: "Nie, nie, nie, nie. - mówi - Słuchaj, ja nie mogę. Ja to muszę jutro oddać. Ty musisz mówić powoli, bo ja to muszę zanotować". Trwał ci ten wywiad dobre trzy godziny. Jeszcze się przy żadnym wywiadzie tak nie namordowałem. Po prostu wyszedł z tego króciutki wywiadzik.
Naprawdę. On był bardzo mikry. Jeszcze ponieważ Jurek nie przewidywał czegoś takiego jak autoryzacja, to się w tym wywiadzie posypały błędy. Dosyć konkretne, ale Jurek był zadowolony, bo, bo, bo, bo, bo, bo zamieścił wywiad. No taki, taki był. Taki był właśnie Jurek.
Dosyć apodyktyczny, dosyć taki właśnie. Po prostu zakomunikował mi, zakomunikował mi, że udzielę mu wywiadu. I ja mu tego wywiadu oczywiście, oczywiście udzieliłem, ale... Aha, jeszcze w czasie wywiadu dowiedziałem się, że i tutaj odpowiednie przekleństwa.
Niepotrzebnie został dziennikarzem. Jak on nienawidzi tego, jak on nienawidzi tego zawodu, że powinien zostać, że w młodości był głupi i powinien zostać nauczycielem, bo nauczyciel to ma święty spokój, a taki dziennikarz to ciągle musi się po jakichś knajpach włóczyć i z jakimiś facetami rozmawiać. Tym facetem byłem ja w tym wypadku. Więc po prostu powiem ci, że to był wywiad, który mocno przeżyłem. To taki uczuł, uczył mnie pokory, to mocno mnie nauczył tej pokory. Ale taki był właśnie Jurek.
Ale żeby, żeby z kolei tak się nie podśmiewać, to powiem jeszcze jedno, że na początku lat dziewięćdziesiątych Jurek w takim niszowym piśmie budowlanym, które nazywało się Filar, przez ponad rok ciągnął co tydzień, ciągnął felietony, felietony dotyczące ekonomii, na której się nieźle znał, co było dla mnie zaskoczeniem, ale Jurek, jak już się na czymś postanowił znać, to się na tym naprawdę znał. I na tej ekonomii znał się rzeczywiście całkiem nieźle. To były takie bardzo, naprawdę bardzo popularne teksty dotyczące tego, jak wygląda rynek finansowy, o co w ogóle w tym wszystkim chodzi. I oczywiście moje sądy na ten temat byłyby niemiarodajne. Ja powiem tylko jedno, że za ten cykl felietonów to w ogóle dla redaktor, dla pani redaktor naczelnej, która prowadziła to pismo, to też było zaskoczenie.
Ale Jurek dostał nagrodę. Dostał nagrodę przyznawaną w Warszawie. Ja niestety nie pomnę, jak ona się nazywała, bo tutaj powiedzmy, nigdy, nigdy nie, ale to była ważna nagroda. Dość powiedzieć, że na przyznaniu owej nagrody Jurek był tylko jednym, był jednym z laureatów, a obok niego występował Jacek Fedorowicz....
Można Jacka Federowicza dzisiaj cenić albo nie, ale fakt jest faktem, że to był, że to był w tamtych czasach naprawdę znakomity kabareciarz. Człowiek, którego wiele osób pamiętała, pamiętało z magazynu „Sześćdziesiąt minut na godzinę", który stworzył kilka radiowych postaci absolutnie znakomitych. I Jurek był w tym teamie, który od- otrzymywał, otrzymywał w jednym czasie nagrodę. Więc naprawdę, naprawdę yy to była ważna rzecz. I powiem jeszcze jedno, że Jurek jednocześnie przy tym, przy tym poczuciu wartości swojej był człowiekiem skromnym.
On przyszedł do redakcji, przyszedł do redakcji i tak nieśmiałym głosem powiedział, że on właśnie dostał tę nagrodę, a ponieważ ona tam, no, ta nagroda to dla niego była ważna i w ogóle, to on organizuje, że zaprasza wszystkich na, na oblewanie tego, tej nagrody i po prostu zorganizował, zorganizował w firmie imprezę. Yy to, że Jurek-- więc wracając.
Jurek yy poza takimi momentami, kiedy mówił, jak bardzo nienawidzi zawodu dziennikarza, który uprawiał poza zawodem pisarza, uprawiał zawód dziennikarza. Miał też momenty absolutnej chwały, chwały redaktorskiej. Chwały yy popartej, jak powiedziałem, jak powiedziałem, nagrodami, ale w tym, w takich niszowych pismach różnego rodzaju, ale nie tylko. Nie tylko, yy nie tylko w niszowych pismach, ale też ogólnopolskich miesięcznikach. Jurek publikował swoje teksty i to były teksty, które, które no, cieszyły się, cieszyły się powodzeniem. Ja nie zapomnę o tym, że Jurek, jak napisał historię bodajże szklarstwa, taką światową od początku, od Fenicjan mniej więcej, to to się czytało w piśmie absolutnie, w którym nie było nic do czytania, to ten jeden tekst nadawał się, nadawał się nie tylko do czytania, ale można się było z niego sporo nauczyć.
Co prawda nie-- znaczy może się wydawać, że historia szklarstwa to nie jest, nie jest to, to, co tygrysy lubią najbardziej, ale powiem, że on potrafił wyciągnąć, wyciągnąć z tej historii sporo takich smaczków, które, które warto, warto, warto było poczytać.
Po prostu. No, ale to on zawsze właśnie potrafił Jurek. Bo ja jestem absolutnie pewien. Gdyby on chciał, to byłby mistrzem świata w tym całym ping ponga. Gdyby on chciał, to byłby mistrzem przynajmniej Polski w szachach, w szachach i w brydżu. Po prostu. Tylko że zainteresowała go w pewnym momencie literatura, pisanie, dziennikarstwo i tak dalej. No i, i pociągnął w tą stronę. Ale yy ja na przykład do zarzutów co do jego literatury, że coś tam może się nie składa, które, o których wspomniałeś, jestem zdecydowanym przeciwnikiem i nie, takiego poglądu.
Otóż, jeżeli on coś napisał, to znaczy, że konsekwencje miał dokładnie przemyślane. Może my tego nie rozumiemy, ale on, jeżeli cokolwiek pisał, to on to rozumiał. Ja sobie dam łapę uciąć, że jeśli on w tym opowiadanku, które yy było czytane, w tym fragmencie tej powieści, yy bierze tych całych uchodźców z tego, z tego naszego padoła- Ze Słańców. Ze Słańców, że tak powiem, każe im się rozebrać i stanąć na deszczu.
Nie, ja dam sobie łapę uciąć, że nie zrobił tego przypadkowo. Dlaczego przypadkowo? To będzie karkołomny mój wywód. Być, być może, ale dochodzimy do samej istoty charakteru Jurka Grun- Gruntowskiego. To był człowiek w pewnym sensie nagi, tak jak ci ludzie na tym deszczu. Dlaczego nagi? Bo zadawaliście sobie pytanie kiedyś: co to jest człowiek ubrany? To są gacie, koszula? O nie, ubranie to jest nasza cywilizacja, kultura, obyczajowość cała. To jest nasz ubiór, spoza którego my bardzo często nie jesteśmy w stanie wyleźć, po prostu. Zdjąć tych głupich, przepoconych gaci albo po prostu elegancko zachować koszulę. Nie potrafimy tego wszystkiego, tego. Jurek był postacią nagą, którą łatwo było kopnąć, yy dotknąć i łatwo było mm urazić, ale też on łatwo reagował. Yy ten, ten kontakt między obserwatorem a nim, jako w rozmowie, był bardzo cienki. Nie, nie, nie leżała między rozmówcą a Gruntowskim ta bariera kultury, obyczajowości i grzeczności wtedy, kiedy ona nie, nie jest umotywowana. On był takim człowiekiem, tak jak powiedziałem, trochę nagi. No. A powiedz mi, yy ja zadałem ci to pytanie, a w gruncie rzeczy mi na nie nie odpowiedziałeś, więc ja będę, będę dociskał.
Powiedz w jasnych, żołnierskich słowach. Powiedziałeś już, że lubisz Annopolis. Tak. Dlaczego je lubisz? No to ty powiedziałeś przed chwilą, mówiąc o tym felietonie z Economics, o tym szklarstwie po prostu. Bo to jest literatura, z której można się, można to przeżyć albo nie, ale na pewno można się czegoś dowiedzieć po prostu. Czyli, że tak powiem, yy podrasować odrobinę swoją własną mądrość i własne poczucie yy, że coś się rozumie.
Yy czytam sobie w tej chwili yy czat i szyderca yy pisze, że nie zna Jurka i nie wiem, o kim mówią. No to jeszcze raz wyjaśniam. Jerzy Gruntowski, człowiek yy, na początku audycji to mówiłem. Człowiek, którego część ludzi zna doskonale, bo to był człowiek, który, który yy debiutował w Wydawnictwie Literackim w latach osiemdziesiątych.
Pisarz-... pełną gębą i, jak zresztą wynika z naszych opowieści, człowiek nietuzinkowy i człowiek, który, który, który zmarł w grudniu zeszłego roku, ee, i pozostał dla wielu ludzi, tak jak dla Szydercy na przykład, człowiekiem nieznanym, bo zniknął w pewnym momencie i z pełnokrwistej kariery, takiej literackiej, człowieka rozchwytywanego i autora, który, który mógł wejść do wydawnictwa i rzucić swoim maszynopisem, żeby, żeby to czytali i już mu nie zawracali głowy. Mają to wydać i w ogóle, o co chodzi? Z takiej pozycji spadł właściwie do, do, do pozycji człowieka, który ma kłopoty z wydawaniem tego, co pisze. Moim zdaniem, yy, ze szkodą, ze szkodą dla teg, dla, dla, dla czytelników po prostu. Ja myślę, że tę szkodę da się, da się naprawić, bo, bo te rzeczy, które po Jurku pozostały, te książki, one chyba jeszcze ujrzą światło dzienne. Taką mam przynajmniej nadzieję i taką zresztą nadzieja podbudowana pewnymi informacjami, że są ludzie, którzy, którzy chcieliby te, te książki, które pozostały po Jurku, yy, wydać. To tyle, jeśli chodzi o odpowiedź, yy, Szydercy. Jurek Gruntkowski. Polecam, polecam. Polecam jego, jego, jego twórczość. Może nie wszystko się spodoba, bo powtarzam: yy, Jurka proza jest trudna, bo Jurek nie pisał dla czytelników. Był w tym konsekwentny.
Pisał dla siebie, a czytelnicy mogli ewentualnie to przeczytać. Powtarzam po raz jedenasty, że to była trudna, trudna, trudna opcja, taka dosyć ryzykowna, którą przyjął. Ale wróćmy jeszcze, wróćmy jeszcze do Jurka i do waszych kontaktów, bo opowiedziałeś w zeszłych, w zeszłej audycji pewną dosyć ciekawą, dosyć ciekawą historię. Lekko ją dzisiaj zarysowałeś również, bo tak naprawdę to, że Jurek nie pisał o kosmolotach, nie pis- znaczy pisał, ale później i mniej. Jakby nie skupiał się na tym. To, że nie pisał takiej hard science fiction, tylko zajął się, zajął się Annopolis i w ogóle takimi historiami, historiami o historii. To jest twoja nie wiem, czy zasługa, czy przewina.
Tak naprawdę. Nie, ja to wspominałem już, ale to powtórzę po prostu, bo kiedy, jak on się zjawił u mnie w domu jako młody gówniarz, znaczy młody gówniarz, już studiował wtedy, był na pierwszym roku historii w Toruniu. W każdym razie, jak mi przyniósł te swoje maszynopisy, które on tam pisał, to to były takie, yy, no, w najlepszym, w najlepszym, że tak powiem, no, wydaniu takie przygody, yy, tego pilota Pirxa. Gdzieś tam strzelali sobie z blasterów, latali po jakimś kosmolocie i tak dalej. To były takie historyjki i tak dalej. Ja czytałem to i tego, no. No i mówię: „cholera, no, do niczego to się nie nadaje". Zresztą pamiętam, że bardzo były podobne do, do pierwszych opowiadań Rafała Ziemkiewicza. Zresztą też tak samo do niczego się nie nadających, yy, pierwszych.
Ale co, yy, co promieniowało wtedy w rozmowie z Gruntkowskiego, że to jest inteligentny facet, nie? Tak samo jak z Ziemkiewicza. Piszą do dupy, no ale są młodzi, nie, ale są inteligentni. Czyli jak popracują nad sobą, no to może coś z tego wyjdzie. I tak wyszło Ziemkiewiczowi i tak wyszło Gruntkowskiemu po prostu. Natomiast z Gruntkowskim to miałem po prostu rozmowę, nie? Dał mi do przeczytania te, te swoje opowiadania.
Przeczytałem po miesiącu i on do mnie przyszedł i pyta, co ja na ten temat. Ja mówię: „sorry, ale najpierw bym musiał znać temat. Ale ja nie widzę tematu w ogóle, nie?". No to się prawie obraził, ale nie. On był jeszcze wtedy młody i nie, nie, nie nadęty, czyli się nie obrażał. Ale za- zaczęliśmy sobie rozmawiać w ogóle o życiu, o bajkach, o, o tego. I szybko zeszło na historię. No i jak zeszło na historię przy jakimś cytacie albo jego odniesieniu, to nagle ja się zorientowałem, że ten facet się zna na historii, nie?
No to zaczęliśmy wchodzić głębiej, coraz głębiej w tą historię i tak dalej. Co ja robiłem wielkie oczy, bo widzę, że to są pokłady wiedzy ogromne, w których ja nagle się mogę dużo rzeczy dowiedzieć. Chociaż ja mam lat czterdzieści, a on dwadzieścia niecałe i tak dalej. To ja w tym momencie zdziwiony taki mówię: „Sorry, stary, a czym ty się zajmujesz, nie?". On mówi, że studiuje, nie? Ja mówię: „a co studiuje?". On mówi: „historię".
Ja mówię: „no to cholera jasna, po co ty piszesz te dyrdymały o tych kosmolotach i tak dalej? Pisz tak, żeby pożyteczna, żeby, żeby ktoś, kto czyta, wiedział, że rozmawia z człowiekiem, który ma pojęcie o historii, o historii tej cywilizacji, o w ogóle, o, o tym i tak dalej. Pisz w ten sposób, nie?". Pamiętam, że ciężko nad tym myślał. Wyszedł i dwa lata go nie widziałem, a po dwóch latach się dowiedziałem, że, że Wydawnictwo Literackie wydaje go Annopolis. I to już było to. I jak dostałem tą książkę, to wyłem z radości, bo była taka dobra dla mnie. I to wreszcie było to. Także na pewno to, yy, nie jest moja zasługa, tylko zasługą było to, że człowiek dojrzewał. Po prostu.
On był w okresie takim, yy, dojrzewania emocjonalnego. Jeszcze był trochę dziecinny, bo jeszcze, yy, westerny mu siedzę i te piloci Pirxi latali po oczach, nie? I tak dalej. Natomiast powoli dojrzewał do tego, żeby patrzeć na świat w sposób w miarę filozoficzny i, i nie mówię, że nie rozrywkowy, bo to, to nie tego.
Przecież filozofowie też kochani. Powiem tak, yy, rzut oka na czat. Wicked Sick pyta o inną jeszcze książkę, yy, Jerzego Gruntowskiego, o której właściwie nic nie powiedzieliśmy-... To jest książka o niezwykle długim tytule. Prawdziwa historia smoków, Franków oraz rycerzy. Hildebryka przez Jerzego Grundkowskiego odkryta i opisana.
Książka znowu, niestety, która nie miała szczęścia, bo została wydana w niszowym wydawnictwie. No, sorry, ja bardzo przepraszam wydawnictwo, wydawnictwo Adam Marszałek z Torunia, ale no to zawiodła, zawiodło w tym przypadku zawiodła dystrybucja. Powiem tak, to książka. Już sam tytuł świadczy, jak Jurek podchodził.
Dzisiaj się takich tytułów przecież nie pisuje. Takich tytułów, które mają pół kilometra długości, raczej trudno, trudno uświadczyć. A Jurka to nie interesowało zupełnie. On po prostu taką historię, taką historię ukulał. I znowu, jeśli ktoś historii nie lubi i nie lubi takich klimatów, to myślę, że ta książka nie usatysfakcjonuje go. To jest tak naprawdę książka, która jak się często pisze w różnych, w różnych recenzjach czy w różnych omówieniach, wraca do źródeł.
I to oczywiście nic, absolutnie nic nie mówi. Jurek po prostu przetworzył po swojemu historię z historii, z czasów, no, o ile dobrze pomnę, Karola Młota. No, więc sięgamy już naprawdę w jakby odmęty, w odmęty czasu. Oczywiście, jeżeli, jeżeli ktoś ma w głębokim poważaniu wczesne średniowiecze, no to naprawdę, to naprawdę nie zażyje, nie zażyje radości. Ale moim zdaniem, moim zdaniem warto po tę książkę sięgnąć. Ale ja zawsze mówię, że po książkę warto sięgnąć, więc jestem zupełnie niemiarodajny, bo ja uważam, że każdą książkę, po każdą książkę warto sięgnąć i warto ją przeczytać. Co o niej później powiemy?
To jest inna sprawa. Ja akurat nie jestem fanem tej, tej akurat książki. Wolę inne. Ja naprawdę wolę Annopolis. A ty? Machasz mi tu palcem, to coś- Ja nawiążę do tej książki, bo pamiętam rozmowę z Jurkiem na ten temat.
Akurat taki bliski tytułowi tej książki przynajmniej. Zwróćcie uwagę, że tytuł tej książki to jest prawdziwa historia smoków itd, itd. I tak dalej, nie? Otóż zadam Wam pytanie, słuchacze kochani, czy smoki, te magiczne, te takie tego, z którymi rycerzami rycerze chcieli walczyć, czy one istniały naprawdę, czy nie istniały?
Nie. Otóż ja taką rozmowę przeprowadziłem z Jurkiem i myśmy doszli do wniosku, że one bezwzględnie istniały. No, każdy się prawdopodobnie postuka w głowę. No, jak w średniowieczu istniały te smoki? Otóż tak, bezwzględnie istniały. Bo co to jest istnienie? Czy istnienie to są te...
Coś, co pozostawia po sobie kości w piachu, że tak powiem. Dlatego, że kiedyś było, ale teraz już nie ma? Nie. Otóż tak jak dzisiaj są pewne legendy czy na przykład fakty medialne, tym samym były takim faktem medialnym, faktem kulturowym w średniowieczu były smoki. Zwróćcie uwagę, czasami młodzi ludzie, zupełnie parobki, rodzili się, rozwijali, marząc o tym, żeby zostać rycerzem, wziąć ten miecz na barki, pójść i zabić smoka. To było marzenie właściwie każdego rycerza średniowiecznego, żeby zetrzeć się z tym smokiem. To było, tak, bitwa pod Grunwaldem. Ten, ten, tam wszystkie bitwy to wszystko fajne, ale spotkać smoka. A oni w to wierzyli. Jeśliby im odebrać tą wiarę, to byśmy ich krzywdzili. Byśmy po drugie ich nie docenili ich całego życia, bo całe ich życie mobilizowało do tego, żeby się szkolić, ćwiczyć, żeby kiedyś dorównać tym smokom.
Czyli te smoki jako fakt historyczny, fakt kulturowy rzeczywiście istniały. Do takiego wniosku żeśmy doszli z Jurkiem Grundkowskim i uważam do dzisiaj, że do słusznego wniosku żeśmy doszli. Znowu krótki rzut oka na czat. Szyderca sugeruje, że może i istniały smoki, ale w innym wymiarze. Czemu nie? Natomiast powiem nie rozumiem Szyderco, dlaczego kojarzysz Grundkowski, to piszesz: kojarzę, Grundkowski to ten zwolennik islamu. Jako żywo nie przypominam sobie. Jurek był człowiekiem bardzo zainteresowanym bieżącą polityką i całkiem nieźle się na tym znał. Ale w swoim, w tym, w tym, w tych notatkach dotyczących pozytywnych swoich cech napisał poza tym, że kiedyś byłem dobrym literatem. Napisał między innymi coś takiego: raczej prawicowiec niż lewicowiec.
Cokolwiek to, cokolwiek miałoby to oznaczać, bo Jurek- Też wskoczę ci w słowo. A wskakuj. Ale, ale, ale ja pamiętam, jak mu tłumaczyłem, żeby porzucił tę rozterkę między lewicowością a prawicowością, nie? I tłumaczyłem mu to w ten sposób, ale chyba tego w tym nie wiem, czy może nie zostawiło śladu to w jego pamięci.
Ale otóż lewicowość ani prawicowość nigdy do mnie nie przemawiały, chociaż byłem i takim, i takim w życiu. Ja osobiście nie. Natomiast chcę uświadomić wszystkim, na czym polega coś, co ani z lewicowością, ani z prawicowością nie ma-... Nic wspólnego. Jest takie słowo jak konserwatyzm. Konserwatyzm to nie jest wystawianie lewej do, nogi do przodu, ani prawej nogi do przodu, tylko wystawianie nast-- jednej nogi po to, żeby z pełnym oparciem na drugiej nodze dać krok do przodu, po czym nastąpić, yy, tego i marsz człowieka do przodu albo marsz cywilizacji, yy, w tym majestacie konserwatyzmu. Na tym polega. Bo konserwatyzm to jest pamięć o przeszłości, również o tej nodze zostawionej w tyle, w tej, w tej chwili. Ona zaraz pójdzie do przodu, nie? A ja jeszcze, yy, do, do szydercy, yy, jeśli, który tutaj pisze, że coś o Lancelocie, jaki islam podbił. Czytaliśmy dzisiaj początek, yy, powieści o, o, o właśnie o Lancelot z Nadrenu. A i tutaj zmilczę, bo nie chcielibyśmy spoilerować, jeśli chodzi o tę powieść.
Ee, tam rzeczywiście, tam rzeczywiście, ee, coś o islamie jest. Tak, tak, to tak, to przemknijmy nad tym. Natomiast, yy, nie wiem, czy wysnułbym z tej książki wniosek, że, że Jurek był zwolennikiem islamu. Nie, no, ja, ja o ile wiem, to bardzo mu się podobało w islamie. A! Jedna rzecz.
Harem. Harem. Nie, nie, nie. No to proszę się. Tak, ale jest jeszcze, jeszcze fajna, fajna uwaga szydercy: "Szanowny Wiktorze, może i, yy, może i wierzyli młodzi w smoki, ale dziś nikt nie bierze tego poważnie". I źle. Źle i źle, bo smoki przede wszystkim istniały tak, jak istniały w kulturze chińskiej. Dlatego, bo znajdowali rzeczywiście kości gadów na pustyni Gobi. Doskonale wiedzieli, zanim, zanim Darwin wywnioskował to, co wszystko wywnioskował, zanim nasi odkryli, że istniały gady, to, yy, Chińczycy doskonale wiedzieli, że przed nami kiedyś żyli na ziemi smoki. Po prostu dlatego, bo z kośćmi mieli do, do czynienia. A mitologia, ubranie tych kości, yy, w, yy, w te, w ten, w wierzenia kulturowe i tak dalej.
Stworzenie z tego smoków latających i opisywanie w tych książkach, jak powiedziałem, to są fakty medialne, nie? Tak, ale warto też pamiętać, że smok w kulturze europejskiej i smok, smok w kulturze chińskiej- Tak. To są dwa, yy, zupełnie, yy, różne, yy, stworzenia.
To są zupełnie, poza nazwą, że się nazywają smok. No tak. To jakby w kulturze pełniły zupełnie inne role. Natomiast podoba mi się to, co napisał Jubi, yy, Jubi: "Smok z frytkami". Znakomite! To jest znakomity pomysł.
Jestem za. Nie, no przecież to jest. Yy, zwróćcie uwagę smoki to gady, nie? A gady to kurczaki, smoki z frytkami. No, każdy- To ostatnie gady, jakie przetrwały. Kurczaki. No dobrze, no faktycznie, faktycznie. I doszliśmy, doszliśmy, doszliśmy do, yy, do fast foodów. Tak. Tak, tak czy inaczej. Dobrze, powiedz, powiedz mi jeszcze, powiedz mi jeszcze, jak, yy, czy ty doświadczyłeś wybuchów złości Jurkowej? Czy tobie nie było to dane?
To znaczy nie było mi dane, dlatego, gdyż wiele razy widziałem, że, że doprowadziłem go do szewskiej pasji, ale wtedy wzrok mu ślepł, twarz, yy, kamieniała i tak dalej. I potrafił to jakoś przemilczeć, że tak- A, to ty byłeś osobą uprzywilejowaną. Miałeś to fory. To pewno, pewno dlatego, że go w literaturę wciągnąłeś. Ja niestety nie byłem tak uprzywilejowany i jak już powiedziałem, sięg- sięgło mi się i to tak poważnie. Ale na szczęście, na szczęście bez większych, bez większych konsekwencji. A wrócę jeszcze, wrócę jeszcze, yy, wrócę jeszcze do Annopolis.
Ja cię, ja cię wiesz, będę jednak męczył, bo ty sprytnie mi uciekasz jednak przed tym, przed odpowiedzią na pytanie: dlaczego lubisz Annopolis? Bo przed chwilą powiedziałeś, że to ja odpowiedziałem na to pytanie. To ty odpowiedz, dlaczego lubisz Annopolis? Bo ja uważam, że tak naprawdę, jeśli miałbym wybierać książki Jurka, to Annopolis, oba tomy: Annopolis. Miasto moich snów i Annopolis. Świat mojej wyobraźni, to te dwa tomy to jest zdecydowanie, yy, czołówka tego, co napisał.
Ale zadajesz mi bardzo karkołomne pytanie. No ale, a ja po co tu jestem? Nie jestem w stanie na to odpowiedzieć, bo to tak dokładnie tak samo, jakbyś mi zadał, zadał pytanie: dlaczego, że tak powiem, dlaczego lubisz matkę moich dzieci? Swoje, swoich dzieci na przykład. Ja. Nie?
Mhm. No lubię, bo lubię. Aha, bo tak. Bo tak. Bo tak. Coś w niej widzę. A poza tym to, co ja w niej widzę, to ty tego nie zobaczysz przecież. No więc po co mnie pytać? No, no. Oj, nikt tak jak ty nie umie uciekać przed odpowiedziami na proste pytania. No ale dobrze. Yy, Wicked Sick pisz-- pyta jeszcze o jeden, o jeszcze o jeden tytuł, który ja już wspominałem, czyli Las Teutoborski. Ja proponuję, żeby, yy, proponowałem, żeby sprawdzić, czym był Las Teutoborski, bo to ważne miejsce dla, yy, historii Europy. Tak to, tak to określę bardzo, bardzo enigmatycznie. A jeśli chodzi o samą książkę, no to jest książka bardzo kameralna, wydana tutaj, yy, w Bydgoszczy przez, yy, przez Instytut Wydawniczy Świadectwo.
Znowu, yy, nieszczęściem było to, że, yy, słaba dystrybucja w kraju i w związku z tym dla sporej części czytelników rzecz absolutnie nieosiągalna w kraju. No, my mieliśmy to szczęście, że byliśmy na miejscu i było zawsze łatwiej.
Yy, książka, powiedziałem, że bardzo kameralna. To jest książka-... w której trochę rzeczywistości się mieszają, czyli czas teraźniejszy z czasem właśnie, yy, przedwiekowym. Mamy człowieka, który błądzi, błądzi po lesie, yy.
Książka nie jest duża, bo to jest, to jest w sumie książecz- książeczka. Yy, zastanawiam się, jak to, jak ją znowu opisać, żeby, żeby nie spoilerować. No, książka, która, która opowiada o takiej przemianie. Nie, nie przemianie.
Wróć! Nie przemianie. O takich, o takim, yy... Właściwie książka jest wielkim, wielkim monologiem wewnętrznym człowieka, który gdzieś tam rzeczywiście przez ten las dosłowny wędruje. Ale to czasami jest właśnie zwykły las, taki, który, do którego każdy z nas może wejść, a czasami jest to Las Teutoborski, yy, w którym coś się ważnego odbyło, w którym, yy, w którym od, w którym odbyła się pewna ważna, ważna bitwa. I ja tak naprawdę- inaczej.
To była dla mnie książka, którą mocno przeżyłem. I znowu powiem tak: przeżyłem ją, bo przeczytawszy, przyzwyczaj..., kiedy ją przeczytałem, yy, a byłem przyzwyczajony do innej prozy Jurka, tej prozy z Annopolis, to ja przeczytałem Las Teutoborski i za cholerę nie rozumiałem, o co w tej książce chodzi. Absolutnie! To było sprawnie napisane.
Coś tam była jakaś historia, ale absolutnie nie zrozumiałem, o co chodzi. I, yy, jeśli możemy mówić, nie, nie nadużywać słowa iluminacja, to zdarzyło się tak, yy, to znowu historia dosyć, dosyć zabawna. Yy, jechałem w delegacji jakieś pół roku po przeczytaniu książki. Jechałem w delegację samochodem i przysnęło mi się, no ale na szczęście nie prowadziłem tego samochodu, ale przysnęło mi się na tylnej kanapie. I przyśniło mi się, o co w tej książce tak naprawdę chodzi. I było dla mnie to tak ważne, yy, że jak się obudziłem, to zacząłem natychmiast swoich kolegów, yy, siedzących za kier..., jeden siedział za kierownicą, drugi na przednim siedzeniu. Yy, zacząłem natychmiast uświadamiać, o czym jest ta książka. Powiem, że wzrok, yy, no, wzrok, który, którym mnie obdarzyli, no to, nie, to, to, nie był, to, to nie, to nie było budujące, ale po prostu było w nim proste stwierdzenie: „Facet, o czym ty bredzisz? Po prostu, o czym ty do nas mówisz?”.
Ale powiem tak, jeśli, yy, jeśli miałbym, yy, jeśli miałbym polecać albo nie polecać La- Las Teutoborski, to, yy, ja bym wolał jednak Annopolis. Ja bym wolał jednak Annopolis. Albo z takich niszowych tomików, które, które się ukazały, yy, to, yy, znacznie bardziej wolę zbiorek opowiadań, też wydany w Instytucie, w Instytucie Wydawniczym Świadectwo. Yy, zbiorek, który się nazywał „Ja, Ulrich. Miecz rewolucji".
Zresztą opowiadanie z tego tomu, z tego, co się orientuję, chyba można znaleźć w postaci PDF-a w internecie. On jest chyba do ściągnięcia. To jest taka, to jest taka zabawa słowem trochę i trochę historią.
Tu ewidentnie jest zabawa. Jurek się nieźle bawił, myślę, pisząc, pisząc te opowiadania. Zresztą w tym tomie, yy, "Ja, Ulrich. Miecz rewolucji" jest kilka takich opowiadań, które, w których Jurek się po prostu historią bawi. Yy, Jurek, yy, tam gdzieś są nawiązania do jakichś, yy, jak to powiedzieć znowu, żeby nie opowiedzieć? No, jakichś tam, powiedzmy, gdzieś tam się jakiś faszysta czai w jakimś bunkrze od czterdziestu lat i nie wie, że się nawet wojna skończyła.
To niedokładnie tak, ale, ale, ale jakby staram się nie opowiadać tycho- tych opowiadań, więc, więc, więc proszę mi, proszę mi wybaczyć. W każdym razie, yy, to ja wolę od Lasu Teutoborskiego, wolę właśnie ten zbiorek "Ja, Ulrich. Miecz rewolucji". Ale to powtarzam, to jest tak niemiarodajne.
To, to, co mnie się podoba, yy, nie wiem, czy podoba się, czy się Wiktorowi podoba, a czy będzie się podobało innym czytelnikom? Nie wiem. Ja zdecydowanie najbardziej polecam Annopolis. To są najlepiej, moim zdaniem, skonstruowane książki, bo to wyobraźmy sobie cykl opowiadań iluś tam w jednym i drugim tomie, yy, które gdzieś, które są osobno, osobnymi całościami, osobnymi historiami, a jednocześnie tworzą pewną całość.
Nie wiem, ja to kiedyś, kiedyś powiedziałem, że to właściwie jest taka powieść, tylko rozbita, yy, na opowiadania. Powieść, której bohaterem jest miasto. Yy, to jest miasto, którego nie ma, Annopolis, ale tak naprawdę, yy, to mogłaby być opowieść, nie wiem, yy, takie pomieszanie z jakiegoś starożytnego Rzymu, może innych takich, yy, kultur, które, które, które miasta tworzyły, które trwały i przemijały. Yy, dla mnie to fascynujące, fascynująca książka jest. Mhm. Wiesz co, yy, Marku, ja bym, ja bym tutaj, yy...
Właściwie powiedzieliśmy bardzo wiele i tak dalej. Ja bym wrócił, ale pojawił się tutaj taki w trakcie naszej dyskusji, taki jeden temat, który mnie cały czas dręczy, bo jego, yy, ten temat należałoby wyjaśnić. Otóż postawę Jurka wobec, yy, wydawców i wobec mass mediów. Wobec tego. Otóż to, co ja zresztą wspomniałem, że to charakteryzowało większość, yy, większość twórców, za przeproszeniem. Czyli ja maluję dla siebie, nie? Tak jak to robił van Gogh. Yy, brat mu brał, sprzedał albo zapłacił, albo nic z tego nie miał i tak dalej, ale van Gogh malował dla siebie i tak dalej.
Chętnie by to sprzedał potem, nie? Ale nikt tego może nie chciał kupić, nie? A natomiast- A dzisiaj się płaci za to miliony. Ale malował to dla siebie. I, yy, nie wszyscy. Mówię bezwzględnie nie wszyscy, ale wielu, wielu, yy, ludzi pisało wyłącznie ze mną, tylko i wyłącznie dla siebie. To jest mój świat. Ja go sobie wyobrażam.
Jeśli ktoś chce, będzie chciał w tym świecie też wylądować i przejść się przez tą łąkę i obyć tam gdzieś, tego, no to dobrze. Zwróć uwagę, że-... Ja mam akurat w tej chwili na bieżąco taki kłopot, yy, rodzinny, yy, za przeproszeniem, nie? Bo moja córka śpiewa, nie?
I wielu ludzi, jak widzi, jak ona śpiewa, jak to, co oni wyprawiają z jej kapelą, mówi: Boże, oni powinni pójść tam, do tej, pojechać, do tych całych show biznesu, pokazać to, bo potrafią nieprawdopodobne rzeczy i tak dalej. A ja mówię nie. Nie, nie. Bo show biznes, czyli to, co, yy, również, yy, wydawcy stawiali Gruntowskiemu.
Show biznes powie: proszę pana, panie Gruntowski, niech pan włoży te porządne spodnie, uczesze się może lepiej na prawo, z lewa na prawo. Yy, a w ogóle wie pan co? Coś pan... I tak dalej, nie. Otóż Jurek Gruntowski by powiedział: nie, dziękuję, a ja to pierdzielę. Nie. I to samo, yy, powie moja córka, która śpiewa. Ona nigdy w życiu się nie zgodzi na żadne ustępstwa wobec, yy, wobec rynku, że tak powiem.
Ona śpiewa to dla siebie. Jeśli będzie chciał, ktoś to chce posłuchać, no to proszę bardzo, to jest jego sprawa. No to tak tytułem reklamy. Zespół, yy, twojej córki nazywa się Blackberry Hill. Yy, w internecie są dostępne, są, jest dostępny przynajmniej jeden filmik. Wydaje mi się, że więcej. Bardzo polecam. Możecie obejrzeć nawet teledysk z Wiktorem. Teledysk. Teledysk z Wiktorem w roli głównej. Tak, ale jak powiedziałeś o, o tej, yy, omówiłeś tę cechę Jurka, to przypomniała mi się historia, którą koniecznie gdzieś tu na koniec musimy przytoczyć.
Otóż powiem tak: Wieczory autorskie Jurka. Wieczory autorskie Jurka to, to należało przeżyć. Otóż ja serdecznie współczuję. Uważam, uważam ludzi, którzy zdecydowali się prowadzić wieczory autorskie Jurka, za bohaterów naszych czasów, za ludzi heroicznych, odważnych i ludzi, którzy, yy, albo też ludzi, którzy nie wiedzieli, co ryzykują. A teraz wyjaśnienie. Otóż moje pierwsze, yy, spotkanie. Nie, nie pierwsze spotkanie z Jurkiem, tylko pierwszy, pierwsze spotkanie, na którym, yy, którego bohaterem był Jurek Gruntowski.
Poszedłem, bo musiałem wreszcie zobaczyć, jak ten pisarz, yy, jak ten pisarz, no, przemawia do ludu. O, zjawiłem się na spotkaniu i spotkanie prowadził, prowadził, yy, człowiek tutaj w Bydgoszczy, obeznany z literaturą, niezwykle elokwentny. Yy, no i zadaje Jurkowi pytanie pierwsze. No, zaczyna się spotkanie.
Jurek siedzi. Minę ma taką niezadowoloną, jakby właściwie tutaj, no, przyszedł na to spotkanie, ale ono go właściwie nie interesuje. No i ten elokwentny człowiek, który prowadził spotkanie, zaczyna zadawać pytania. Zadaje pytanie przez pięć minut. Pyta tam, to jest zdanie wielokrotnie złożone i to, i tam niuansuje to wszystko. No i tak dalej, i tak dalej. No, w końcu postawił, yy, znak zapytania i publiczność oczekuje, że Jurek odpowie. A Jurek tak patrzy. Podniósł wzrok, wywalił gały do góry, mówi: tak. No, no to prowadzący, yy, zaczyna zadawać drugie pytanie i tym razem już nie, nie trwało to pięciu minut.
Ograniczył się tylko do trzech. Jurek znowu podniósł oczy do góry i mówi: a skąd ja to mam wiedzieć? Okej. I tak mniej więcej przebiegało całe spotkanie. To znaczy nagadał się prowadzący, a Jurek odpowiadał najczęściej- Tak. Nie. Tak. Nie. Nie wiem. A co mnie to obchodzi? A w ogóle to ja nie wiem. A w ogóle, a w ogóle co mi pan tu zawraca głowę? Nie tymi słowami, ale sens był mniej więcej ten. Na dodatek na tym spotkaniu, yy, zdarzył się jeszcze poza prowadzącym czytający, który czytał opowiadanie Jurka. I czytał, czytał to opowiadanie. Opowiadanie działo się w jakimś takim, yy, mitycznym średniowieczu.
Znaczy, to nie było dokładnie średniowiecze. Takie, takie, taki twór fantasy, ale, yy, właściwie odpowiadający temu wszystkiemu, co się w naszym średniowieczu działo. No i, yy, tam sobie ludzie podróżowali, były konie. No i te konie, mm, były karmione. I ten nieszczęsny czytający cały czas czytał, że te, yy... Czytał o futurażu.
Ja widziałem, że jak przeczytał pierwszy raz o futurażu, a od razu powiem, że chodziło o furaż, czyli to żarcie dla koni. Jak pierwszy raz przeczytał o futurażu, to Jurek nie zareagował. Znaczy miał kamienną twarz. Przy drugim, trzecim, czwartym widziałem, jak mu blednie ta twarz, jak mu odpływa krew i szlag go jasny trafia. I zorientował się na szczęście, bo gdyby to jeszcze chwilę potrwało, to jakby Jurek bluzgnął tam, to spotkanie byłoby niniejszym skończone, bo, bo po prostu, na szczęście, po prostu Jurek by tego nie zdzierżył i potraktowałby czytającego, yy, adekwatnymi słowy. Natomiast, yy, natomiast zauważył to prowadzący i mówi: No to przepraszam, ale to ja tylko zwrócę uwagę, że to nie chodzi o futuraż, tylko furaż. Jurka to usatysfakcjonowało, co nie zmieniło zresztą jego, co w ogóle nie zmieniło jego postawy w kwestii odpowiadania, odpowiadania na pytania. I to jest pierwsze spotkanie. Ja przeżyłem je dosyć mocno, bo, yy, ta oszczędność w słowach Jurka, no była, była, była znacząca, ale poszedłem mimo wszystko odważnie po jakimś czasie na drugie spotkanie. Drugie, trzecie, nie wiem, któreś tam, na którym Jurek także, yy, także zachowywał się mniej więcej podobnie. A skończyło się ono o tyle zabawnie, że, yy, kiedy się już skończyło-... Jurek yy ubrał się i mówi: czapka mi gdzieś zginęła. I mówi do prowadzącego: To ty mi ukradłeś tę czapkę? A ponieważ działo się to na tak zwanym forum i ludzie, którzy przyszli na spotkanie, byli nie bardzo zorientowani, o co właściwie chodzi. Czy to jest jakiś monodram odgrywany w tej chwili przez, przez obu panów? Więc się, więc się zdarzały rzeczy przynajmniej przedziwne, przynajmniej przedziwne.
Tak wyglądały spotkania z Jurkiem. One zawsze były, były niebanalne, co nie znaczy, co nie znaczy, że, że można się było zbyt, zbyt wiele od Jurka dowiedzieć. Bo Jurek no, był oszczędny w słowach, że tak powiem. A poza tym wiesz co? Tak już jak mówimy o sobie i o Jurku, my w przeciwieństwie do niego jesteśmy przewidywalni. Do bólu. Do bólu, a on był absolutnie nieprzewidywalny.
Absolutnie. No tak, to prawda. No, ja sądzę, że tych, tych, tych, tych... Żałuję cały czas, że nie ma z nami yy nie ma z nami Tadeusza Krajewskiego. On tych anegdot przytoczyłby znacznie więcej. Yy Jurek to był, to był naprawdę oryginał, ale w tym pozytywnym znaczeniu. Yy Jurek, nawet jak się wściekał, to mnie przynajmniej pozostał taki obraz Jurka, który, który był naprawdę kimś. Ja to powiedziałem już wcześniej w naszej, w naszej rozmowie. Jurek to był gość, to był ktoś. To był, to był człowiek, który nawet jak się wściekł, to yy to, to miało jakąś, jakąś wartość, jakąś, jakąś cenę i czemuś, i do czegoś tak naprawdę prowadziło. Jurek to nie był facet, który, który przy wszystkich swoich wadach oczywiście, to nie był facet, który, który gdzieś tam brnął nie wiadomo po co, nie wiadomo na co i w ogóle, i w ogóle yy i w ogóle wszystko bez sensu. Nie, wręcz przeciwnie. Jurek przy, przy całym swoim, całej swojej złości na świat potrafił być do bólu racjonalny. Zresztą, czy może być człowiekiem nieracjonalnym kto, ktoś, kto tak znakomicie gra w brydża? No pewnie! No pewnie.
Ja myślę, że dosyć już poplotkowaliśmy dzisiaj o Jurku. Yy to myślę, to myślę i tak nie jest, to i tak nie była, to i tak nie był, nie była rozmowa, która kogokolwiek jest w stanie do prozy Jurka przekonać albo zniechęcić.
Natomiast yy i chyba nie taka jej była, nie taka rola. To raczej była kwestia przybliżenia postaci, która tak jak zacząłem naszą dzisiejszą rozmowę yy dla wielu osób z naszego pokolenia jest po prostu znanym, świetnym pisarzem, a dla wielu osób z pokoleń późniejszych jest kimś absolutnie nieznanym, absolutnie nieznanym. Ja myślę, że warto spróbować naprawić ten błąd i przynajmniej po jakąś książkę Jurka sięgnąć. Ja oczywiście konsekwentnie jak Katon będę polecał Annopolis, obojętnie pierwszy czy drugi tom. Żałuję, że za życia Jurka nie udało się wydać tomu w Solaris, który łączyłby te dwa tomy, bo byłaby okazja, żeby, żeby przeczytać za jednym zamachem wszystkie, wszystkie te opowiadania.
Ale yy nie... Mam nadzieję, mam nadzieję, że ten tom się wcześniej czy później pokaże. Jest w każdym bądź razie w planach, w planach wydawnictwa Solaris. Myślę, że kiedy się pokaże, warto po niego sięgnąć. Albo warto sięgnąć po archiwalne egzemplarze, bo yy Wydawnictwo Literackie w Krakowie nie wydawało co prawda książek w nakładach stutysięcznych, jak inne te powiedzmy, Iskry czy, czy powiedzmy, Krajowa Agencja Wydawnicza, a yy a ale to były nakłady trzydziestotysięczne. I znowu szybki rzut oka na, na, na forum. Czytelnia pyta, czy gdzieś jest link do Annopolis online.
Z tego, co wiem, niestety Annopolis online nie ma. Są inne utwory Jurka. Jest między innymi, można znaleźć w internecie jego opowiadania. Można znaleźć tego Ulricha Miecz rewolucji. Można znaleźć chyba, o ile dobrze się orientuję, cały, całego Lancelota z Nadrenu. Ale Annopolis właśnie nie ma i nad tym najbardziej boleję. Skazani jesteśmy na aukcje internetowe. I tu znowu dla pragnących przeczytać to dobrze, ale te tomiki Jurka, które znajdują się na portalu, na portalu Allegro, są w bardzo niskich cenach. To są złotówkowe, tam kilkuzłotówkowe ceny, więc warto.
A naprawdę to jest dobrze zainwestowany pieniądz. Czy to Annopolis, Miasto moich snów, czy też Annopolis świat mojej wyobraźni. Ja to w ciemno polecam. O ile przy innych książkach mogę, mogę długo, długo gadać i tam próbować różnych rzeczy, że są lepsze, gorsze i tak dalej. Ja lubię prozę Jurka, ale naprawdę dla mnie najlepszy jest Annopolis. Zdecydowanie.
Ja mam taką yy taką zachętę do zajrzenia dosyć dziwną. Otóż ja nie mam złudzeń, że kiedykolwiek yy jakaś większa, jakieś większe stado będzie spożywało tą, tą... Czytało te książki Gruntowskiego. Nie mam żadnych złudzeń. A ja mam. Nie, nie, nie, tu się nie tego. Natomiast czytało te książki bardzo niewielu ludzi, ale to byli nieźli ludzie i są nieźli ludzie. Jeśli ktoś chce się załapać do dobrego towarzystwa, to ja zapraszam naprawdę do tych książek. To był Wiktor, mistrz ciętej riposty.
Tak, tak. Yy...Myślę, myślę, że skończymy na dzisiaj. Myślę, że, że nie będziemy już Jurka męczyć. W każdym bądź razie ja nie mogę odżałować, że to się tak wszystko skończyło nagle. Yy, można dyskutować, czy człowiek, yy, zaledwie sześćdziesięcio, sześćdziesięcioletni, sześćdziesięciokilkuletni jest człowiekiem starym czy młodym, czy w średnim wieku. Nie wchodzę w tę dyskusję. Na pewno Jurek zniknął z tego świata za, za młodo. Na pewno to nie był wiek, który upoważniałby go, żeby nas zostawić. Na pewno, yy, to nie był wiek, w którym, yy, odkłada się pióro. No, zdarzyło się po prostu tak, jak się zdarzyło. To było wielkie zaskoczenie dla wszystkich. No cóż, no nic mądrego w takiej sytuacji powiedzieć nie można.
Można powiedzieć kilka banałów o tym, że za wcześnie, że, że niesprawiedliwie. No. Zależ-, zależy. Zależy. Jeśli spojrzymy na, na to od strony bardziej wschodniej, że tak powiem, interpretacji człowieka, to w tym momencie to wiesz, kometa się pojawiła. Kometa odleciała, ale może wróci. A wiesz, co mnie najbardziej nurtu...? Wiesz, co mnie najbardziej nurtuje? Mm. Słuchaliśmy dzisiaj na początku audycji tego opowiadania- Tak.
-gdzie bohater, yy, oglądał niebo, czyściec i piekło. Tak. I tak się zastanawiam, które z tych miejsc wybrał Jurek? No, ale wiesz, ja się o, o Jurka nie martwię, ale o to miejsce trochę tak. No i tym optymistycznym- Niech żyje on tam! Tak jest. Jeśli tam trafił, to może być, może być nielekko. No dobrze, tak jak powiedzieliśmy, pewno będziemy kończyć, yy, naszą, naszą audycję o Jurku. Naprawdę bardzo polecamy. Polecamy prozę, oczywiście Annopolis przede wszystkim. A, no cóż, jesteśmy winni w takim razie słuchaczom, yy, temat następnej audycji. I tu pewne zaskoczenie, bo punktem wyjścia, ale zaznaczam punktem wyjścia, ale ciekawą, ciekawą, myślę, że ciekawym punktem wyjścia będzie książka, którą zasugerował mi wczoraj w rozmowie. Przez to odsunęliśmy kilka innych książek, bo pomysł wydawał mi się absolutnie rewelacyjny. Zasugerował mi tę książkę, o której za chwilę powiem, nasz znajomy, czyli Piotr Mróz, stwierdzając, że jest to absolutnie numer jeden.
Książka numer jeden w jego życiu. Jak sobie tak pomyślałem, to ja nie wiem, czy dla mnie ona jest numer jeden, ale na pewno jest książką ważną. A ta książka to, bez względu na tom, Przygody Kubusia Puchatka. I ktoś by mógł powiedzieć: "No, faceci zwariowali już w tej Bydgoszczy. Po prostu jakiś pomór głupoty albo czegoś takiego". Nie. Myślę, że to jest książka, która, o której warto powiedzieć. Warto w niej pewne rzeczy odkryć. Dość powiedzieć, że powstały chociażby takie tomy, jak ta o Kubusia Puchatka czy te Prosiaczka. Warto powiedzieć, że jeden z filmów, w jednym z polskich filmów, am, bardzo ważnym lejtmotywem jest, jest analiza, czyim dzieckiem jest właściwie maleństwo, z kim sobie, z kim zostało sprokurowane. A, i tak dalej, i tak dalej.
Myślę, że, myślę, że nasza następna audycja i sposoby interpretacji Kubusia Puchatka kilka osób mogą zaskoczyć, a może nie, a może się z nami zgodzą i już dawno to wiedzą. Nie wiem tego oczywiście, ale, yy, tak jak tu napisał Szyderca: "Kubuś to klasyka". No oczywiście, że tak.
I Janio Kropotkin napisał, że to Biblia i że fajosko. No to to są pochwalenia, które się- A tymczasem, drodzy panowie, mamy jeszcze słuchacza na antenie. Dobry wieczór, jesteśmy już na antenie Radia Paranormalium. Dzień dobry, dzień dobry. Na plecak, na plecak, na plecak. No cóż, słuchacz sobie postanowił pośpiewać. Taki wesoły- Ale to- -akcent na koniec. Bardzo nadaje się dla, dla, do Kubusia Puchatka. Tak, bardzo się nadaje do Kubusia Puchatka. Ja mam wielką prośbę, Marku, żeby nie wycinać tego słuchacza tym razem. Dobrze.
Już proponujemy. To naprawdę to myślę, że słuchacz sam sobie o sobie najlepiej zaświadczył. I bardzo, bardzo zapraszamy na Kubusia, na Kubusia Puchatka następnym razem. To był dobry akcent zapowiadający. Jesteśmy pod dużym wrażeniem. A więcej- Cytując klasyka: "Ładnie się nam pan przedstawił przed milionami słuchaczy". Tak jest! No dokładnie, tak. Cytat jest dobry, przedni. W każdym razie, w każdym razie zapraszamy na Kubusia Puchatka przy następnej audycji. Cieszymy się, że pomysł się spodobał, bo ja wczoraj, jak usłyszałem Piotra Mroza, który mi tę książkę, yy, polecał i mówił, że to jest książka ważna, to sam palnąłem się w głowę i stwierdziłem, że dlaczego ja tego nie odkryłem sam? No właśnie. No, to jest tak oczywiste, że to jest książka absolutnie, dzisiaj tak się ładnie mówi, kultowa. Kultowa.
Absolutnie, absolutnie. Wielkie dzięki, Piotr, za, za tę, za tę sugestię. Yy, i do, do usłyszenia w następnej audycji. Bardzo na nią zapraszamy i pozdrawiamy z Bydgoszczy. Wszystkiego dobrego dla wszystkich.... Zapraszamy za dwa tygodnie. Dobrej nocy! Dobrej nocy.
La, la, la, la, la, la, la, la, la, la, la. A przepraszam, nie, nie ta bańka. Przepraszam, już się poprawiam. To też było piękne? Też było piękne. Audycję oczywiście, jak zawsze, Bibliotekarium prowadzili Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dzięki jeszcze raz panowie.
My też bardzo dziękujemy za uwagę i mamy nadzieję, że nie zanudziliśmy na śmierć dzisiaj. No, słuchacza, który dzwonił przed chwilą na pewno nie zanudziliście, a jeszcze słuchacz chciał pewnie troszeczkę rozruszać tę audycję.
No cóż, trafił na sam koniec. Nie wyszło. Jak pisa-, jak pisze Szyderca: "Dobrze śpiewa. Dolać mu miodku". Ale takiego konkretnego miodku, nie takiego z Biedronki. Tak? O! I jeszcze jest nawet, jeszcze jest nawet sugestia, że niech pośpiewa w duecie z Kłapouchym. To też jest bardzo, bardzo zacna sugestia. Bardzo zacna sugestia dla naszego, dla naszego słuchacza. Niech ćwiczy głos.
Bardzo się to przyda przy następnej audycji. Oj, zdecydowanie. A audycję, jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium- paranormalny głos w Twoim domu. Dobranoc i do usłyszenia ponownie w kolejnym odcinku Bibliotekarium już za dwa tygodnie.