[00:00] - To think for yourself and question authority. Po tych krzykach. Jakże spokojny las w Radiu Na Fali w hiperprzestrzeni. Witam cię słuchaczko, witam cię słuchaczku. Witam każdego obecnego w sobotni wieczór w Radiu Na Fali i nie tylko, bo też w Radiu Paranormalium, które retransmituje hiperprzestrzeń, której właśnie słuchasz. Radio Dream Time, które robi dokładnie to samo. Pozdrawiam serdecznie wszystkich mecenasów Radia Na Fali. Peace and love, człowieku, wielkie dzięki za wspieranie. My tu dalej kręcimy wszyscy po kolei radio. To nie jest tak, że jak archiwa są martwe, to nie ma mnie tu na żywo.
Zapomnij o tym. Jest i Książę. Książę miał ostatnio gościa. Pozdrawiam serdecznie Książę. Zdarza się i taki gość. I ja kiedyś miałem takich gości. Zdarzyło się. Pozdrawiam serdecznie. Także dalej wszystko jest na żywo, dalej wszystko się kręci w Radiu Na Fali. Ja mam ze sobą kawkę i dzisiaj, bo już jest sezon, dotarły do mnie wieści.
Właściwie dotarła do mnie wieść w ten sposób, że jest już po pierwszych przymrozkach w Karkonoszach. Czyli co to oznacza w praktyce? Oznacza to, że nadchodzi pora grzybów. Oczywiście, że na łące grzybów, żeby nie było. Czyli czas zbierania psylocybiny. Na tym to polega. A ja tymczasem, i to jest właśnie taki główny wątek dzisiaj, bo dawno nie było żadnych wtrąceń, a ja jestem zarobiony w warsztacie. Mam tu taki bajzel, że to się w głowie nie mieści. Od dzisiaj rana, właściwie od południa, od wczoraj, właściwie od paru dni mam plan, że w sobotę posprzątam i właściwie można powiedzieć, że dotknąłem troszkę nogą, ręką, ale nie za bardzo się to zmieniło dookoła. Także właśnie sprzątam, ogarniam ten cały syf i po drodze czas najwyższy, żebym przypomniał wszystkim maruderom, że czas najwyższy się zebrać na łąkę, wybrać się po grzyby i troszeczkę w ogóle popodróżować tutaj z tobą, człowieku, trochę po innej percepcji.
Pozastanawiać się nad roślinami, nad medycyną, nad wszystkimi tymi historiami. Oczywiście nie będę bardzo naukowy. Zostawiam to zupełnie gdzieś na boku. Tym bardziej że w dzisiejszych czasach, jeżeli się wybierzesz na jakikolwiek konwent, festiwal, odczyt tak zwany alternatywny albo jak to zwał, zdaje się, to jest to strasznie popularne aktualnie w Polsce i wysiało tego niczym kurde... No właśnie. Nie wiem, czy jak grzybów, ale wysiało tego, dużo wysiało, jak królików. Jest tam masa różnych prelegentów. Minimum podejrzewam, że na każdej takiej dużej imprezie jest co najmniej dwa, trzy wykłady opowiadane przez bardzo przestraszonego pana psychologa najczęściej albo kogoś takiego mocno przestraszonego, albo i nie, który mu opowiada, że to jest jednak medycyna, to nie są narkotyki, to nie jest tak, jak myśleliśmy wszyscy. Mniej więcej wszystkie te naukowe dane są tam nieustannie wałkowane w jedną i w drugą stronę. Gdyby taki dżentelmen od molekuły duszy napisał więcej książek i wydano ich więcej w Polsce, to wszyscy by używali jeszcze więcej porównań z tej samej książki.
Bo to mniej więcej się opiera na tym, że wyszło parę książek. Ludzie sobie poczytali, sprawdzili w internecie wszystkie dane naukowe. I teraz robią takie wykłady o tym, że nie jest to wcale trucizna. Ale ja to wiem. Co ja mam ci powiedzieć, człowieku? Używam tego od chyba 20 lat. Jak widać ani mnie nie pokręciło, ani nie potruło. Efekt jest taki, że siedzę se spokojnie zrelaksowany, nie przejmuję się za bardzo duperelami i siedzę sobie i mówię do ciebie. Czyli wszystko jest w porządku. Żadnych problemów na horyzoncie.
Absolutnie. I chciałem troszkę o takich rzeczach związanych z troszkę poboczną historią, z medycyną poopowiadać. Trochę o takim koncepcie, który tutaj ciągle mi chodzi po głowie, zmiany globalne i tak dalej. Bo ja myślę, że w ogóle taka cicha, powolna zmiana to jest między innymi historia związana z medycyną. O tym wspominamy nie raz, nie dwa, nie trzy. Każdy, kto przesłuchał jakichś archiwalnych odcinków „Hiperprzestrzeni”, doskonale o tym wie. Ale dzisiaj jak zwykle będę starał się połączyć kropki. Niekoniecznie, żeby było nad żadną „i”. Nie, nic z tych rzeczy. Lecę dalej z kropkami.
Absolutnie. I mam piosenkę. I zacznę od piosenki, bo na dzisiaj mam dużo piosenek. I oczywiście las. Las w tle. Czasami głośniej, czasami ciszej. Wiadomo, „Hiperprzestrzeń” w Radiu Na Fali. Ty możesz zadzwonić do mnie. Radionafali.com taki jest adres na Skypie. Ja oprócz tego jestem jeszcze na czacie Radia Na Fali, także pozdrawiam wszystkich chatmanów.
Chatmenko i chatmanie pozdrawiam cię serdecznie tutaj z południa Londynu macham do ciebie. Pogoda jest paskudna. Znaczy nie paskudna, ale taka sobie pogoda, powiem ci szczerze. I może dlatego nie chce mi się nic dzisiaj sprzątać. Nic a nic. Zajęty jestem relaksowaniem się. Jestem tak zajęty, że muszę się bardzo śpieszyć w tym, że śpieszę się tak bardzo, że nie mam czasu się śpieszyć nawet. Tak się śpieszę. Tak dzisiaj jestem zajęty. Oczywiście dzień spędzony na różnych obowiązkach do połowy.
A teraz? A teraz już czas najwyższy zatopić się w refleksji. Ja i tak będę wracał do porządku, bo w ogóle te moje porządki dookoła zbiegają się w ogóle z tematem. Bo czym jest używanie medycyny naturalnej? Jest niczym innym jak robieniem sobie porządków w głowie. Taka jest moja koncepcja i to rzucam przed tobą na start, człowieku. O tych porządkach w głowie dzisiaj chcę poopowiadać, bo pierwszy przymrozek w Polsce, w Karkonoszach już za nami. Nie wiem jak w Beskidzie, nie wiem jak wreszcie w Tatrach, wszystkich tych Żywcach i Bieszczadach. Jeżeli jest po pierwszym przymrozku, to jest to idealny moment na grzybobranie, człowieku. Tylko uważaj na policję, bo naprawdę tych ludzi nie chcemy spotykać nigdzie.
Anyway, chciałem zacząć od czegoś. Od czegoś trzeba zacząć. Terence McKenna kiedyś miał taką koncepcję, jeszcze kiedy był tu wśród nas, że syf zaczął się wtedy, kiedy masowo wprowadzono alko. Browary, żwinka, popijanie i zaczęło się jakieś lekkie upośledzenie neurotyczne, odruchy, strzelanie sobie po pyskach, wybuchy niczym nieuzasadnionej agresji. Rozumiesz, o co chodzi. Nie raz, nie dwa, człowieku, byłeś na imprezie, ja też. Także znamy tą historię od podszewki. Ja tu mam herbatę, muszę przełknąć. Nie będę się tak zacinał. Piękny las, prawda?
Mam nawet notatkę ze sobą na kartce papieru w tym lesie. Ale to recyklingowalny papier. Drzewa mnie nie zatłuką. I co z tym alko? Że wcześniej było coś jeszcze innego poza alko. I to wcześniej coś innego to głównie substancje, które ja nazywam medycyną, czyli substancje, które co poniektórzy nazywają substancjami psychoaktywnymi. No i co by nie mówić, jeżeli się wybierzesz do British Museum, a bywam tam czasami, może niezbyt często. Kiedyś bywałem o wiele częściej, ale dalej tam bywam. Jest tam kilka bardzo ciekawych rzeczy w tym British Museum. Jest kultura, która mnie fascynuje od lat.
Pamiętam, chyba z dwadzieścia parę lat temu przeczytałem o tych dżentelmenach w jakiejś publikacji naukowej napisanej przez jednego z polskich archeologów, którego w czasach PRL-u wysłano do bratniej jakiejś tam republiki gdzieś tam, czy jakoś tak. W każdym razie wylądował w Peru i w tym Peru porobił troszkę zdjęć tej kultury, czarno-białych oczywiście, po czym wrócił do Polski i napisał o tym pracę. To jeszcze były lata 70. czy chyba nawet 60. Nie było wszędzie barierek z linkami, że nie można wejść. Wszystko było głównie zarośnięte. Dziko było, ale za to można było wejść wszędzie. Jest sporo ciekawych zdjęć. Za cholerę sobie nie przypomnę, jak się nazywała ta publikacja. Wytargałem ją u pewnego dżentelmena.
Pozdrawiam serdecznie, jeśli teraz słucha. Pożyczyłem, skserowałem i tak sobie oglądałem. I tam się pojawiły opisy, chyba oszczątkowe, kultury Moche. I to była najfajniejsza rzecz w tym wszystkim. Poza oczywiście tymi wszystkimi kamiennymi, groźnymi cegłami, rzeźbami, smokami, opowieściami o wyrywaniu sobie serc. Były takie garnuszki z takimi uśmiechniętymi ludkami. Bardzo ciekawe garnuszki. Naprawdę bardzo intrygujące, bo wyglądające bardzo niewygodnie, jeżeli chodzi o picie z tych garnuszków. To waga. Mają takie dziwne uszy dookoła.
Kultura Moche. Zaraz będę szukał linku gdzieś na internecie i ci będę wklejał. „Moche” chyba się pisze poprawnie. I właściwie o co chodzi z tą kulturą? Odkopano ślady kultury, którą nazwano jednolitą kulturą tylko dlatego, że wszędzie na tym samym obszarze, dużym obszarze Ameryki Środkowej i Ameryki Południowej, gdzieś tam nawet w kawałach Meksyku znajdowano podobną ceramikę. No i klasycznie to, zdaje się, Carter wymyślił. Ten gość, który wysadził drzwi do piramidy. Ten, który został ojcem archeologii za pomocą dynamitu. W każdym razie ten dżentelmen wymyślił, że wszystko datuje się po znaleziskach, po warstwie ceramiki. No i wykopano warstwy ceramiki.
A jako że nie było żadnych szczegółowych metod datowania, więc stwierdzono, że okej, wygląda podobnie. No i tak klasyfikowano całą tą ceramikę. Jeśli coś było podobnego, trafiało do jednego gara. No i wiele rzeczy w ten sposób wylądowało w jednym garze. Do tej pory budzi moje zdumienie naprawdę poważne i włosy stają mi dęba czasami. Żartuję oczywiście. Bez przesady. Takiego dramatu nie ma. Przez okno nie skaczę. Za nisko.
Pierwsze piętro. Co najwyżej nogi bym sobie połamał. Także odkładam tą historię. Może kiedy indziej. Nie no, żartowałem. Przestań. I jest to tak wymieszane wszędzie, ale jest jeden typ ceramiki, którego nie udało się wymieszać, zmiksować z całą resztą i powiedzieć, że to są wpływy. Oczywiście są takie próby i tam się mówi, że to są wpływy kultury Moche, to na pewno ich sąsiedzi, ale to na pewno oni. Czy jakoś tak. Albo coś po nich.
Była taka próba, ale te garnuszki są tak specyficzne, że nie sposób ich pomylić z czymkolwiek innym. Dziwnie wyglądają, bo właściwie nie wyglądają jak coś do picia. Wyglądają jak coś, co człowiek nosił ze sobą jako reaktor. Dosłownie taki reaktor w ręku. Jest dużo w ogóle legend na temat tego, co nosili ci wszyscy starodawni na płaskorzeźbach w tych torebkach. Historia jest zjawiskowa. Jest kilku dżentelmenów na świecie, którzy się uganiają jako researcherzy za odpowiedzią na to pytanie. Ja należę do tej grupy ludzi, która twierdzi, że ci sławetni bogowie trzymali w tej torebce reaktor. I moim zdaniem ślady tej kultury, które sięgają przed 6 000 lat albo jakoś tak, dowodzą na to, że coś tam takiego było. Generalnie może nie potwierdzają mojej tezy, bo to jest kwestia po prostu mojej szalonej tezy i mojej szalonej głowy, ale mam ku temu pewne powody, żeby tak przypuszczać.
I dzisiaj będę się dzielił z tobą tymi powodami, że w ogóle kultura była zupełnie inna i operowała na zupełnie innym zjawisku. Mi się wydaje, że operowała na zjawisku informacyjnym. Ja tu nawiążę troszkę do ostatnich odkryć technologicznych związanych z Keshe'yzmem i tak dalej. I nie tylko, bo to właśnie nie tylko Keshe'yzm. Właśnie, bo to wybuchło pod tym nazwiskiem. Ale ostatnio, wyobraź sobie, mój sąsiad podrzucił mi ciekawego newsa, bo dorwał jakiś film dokumentalny, jakiś tam research naukowy na temat badania w ogóle aminokwasów. Wszystkich tych historii, takich bardzo głębokich, z biologii laboratoryjnej. Tam bardzo poważni ludzie, którzy zresztą są zaangażowani. Jeden chyba z tych dżentelmenów dostał teraz Nobla, żeby było zabawniej, właśnie za odkrycie jakiegoś markera wirusa HIV, zdaje się. I ten sam dżentelmen też tam występuje.
Jest dużo ciekawych opowieści, bo okazuje się, że biolodzy, tacy hardcorowi biolodzy, którzy siedzą tam w takich tęgich laboratoriach za porządne granty i akurat tak im się udało, że mogą jeszcze badać coś, co nie jest podmiotem wniosku patentowego, robią całkiem ciekawą robotę. Co tu dużo mówić, dużo jest mówienia o polach magnetycznych, grawitacyjnych, plaźmie, bo inaczej się wyjaśnić powstawania komórki nie da. Ja to odkładam w kreskowszczyznę, bo nie chcę tutaj za bardzo zmieniać wątku na skręcanie drutów. Ale coś w tych wszystkich odkryciach naukowych jest. Jest i u Tesli, jest i u takiego ciekawego dżentelmena, który się pojawił sto lat temu. George Lakowski. Dżentelmen, pomimo polsko brzmiącego nazwiska, absolutnie z Rosji. Tam ponoć jego dziadek coś tam i tak dalej, ale nie mam bladego pojęcia. To już takie naciąganie. Jak zwykle szukanie tożsamości kulturowej.
Wielka narodowa sprawa. Nie ma tu wielkiej narodowej sprawy. Dżentelmen był z Moskwy, był lekarzem. Czy z Sankt Petersburga? Kurczę, muszę sprawdzić. Nieważne, z Rosji był, ale takiej Rosji, Rosji. O to mi chodzi. W każdym razie wybacz mi, człowieku, brak mojego szczegółowego detalizmu, ale już nie bądźmy tacy drobiazgowi, prawda? Jest sobotni wieczór, jest impreza. W każdym razie ten dżentelmen budował ciekawe urządzenia.
Swego czasu odwiedził nawet Nikolę Teslę w jego laboratorium, o czym krążą legendy. I panowie dyskutowali, o czym też krążą legendy, bo oczywiście nikt z nas nie ma tego na piśmie. Dyskutowali istnienie tej drugiej tajemniczej siły, którą my teraz znamy jako pełne ujęcie magnetograwitacyjne. Wtedy panowie to dyskutowali, bo każdy z nich zauważał pewne anomalie naukowe. Tak z angielskiego strasznie. Chyba muszę popić jakąś herbatę, żeby tego George'a poprawnie wymawiać. Bo George z francuskiego, zanim trafił do Ameryki, spotkał Nikolę Teslę, to się bujał po Paryżu. I to nie byle gdzie się bujał, nie w jakichś wyświechtanych progach, tylko w paryskim szpitalu rządowym, takim miejskim, rządowym, gdzie się leczyli wszyscy ci konstable, prominenci, decydenci i tak dalej. Światła elita, tak zwana w cudzysłowie światła oczywiście. Także nie był to kolega, który wypadł z trocy z Potogona i zbudował tam maszyny, które leczyły raka bardzo skutecznie, leczyły infekcje skóry.
To są te słynne tarcze George'a Lakowskiego. George'a. Znowu to mylę. George, forgive me, monsieur. Gdziekolwiek jesteś. Idea dotyczyła tego, że jest pole, które się przesyła w powietrzu i kiedy człowiek stanie w tym polu, dzieją się różne rzeczy. Jest ta słynna legenda o urządzeniu, które wybudował Nikola Tesla. Legenda, która podgrzała mnie chyba jakieś 10 lat temu i chodziła za mną. Chodziła i dalej chodzi. Ja dalej jestem na tropie.
Już blisko, bardzo blisko, ale legenda jest doskonała. Także zostawmy, gdzie jestem w tej legendzie. Czy jestem na tropie, czy bardzo blisko. Zobaczymy, historia pokaże. Ale przypomnę legendę. Nazywa się to... Właśnie zapomniałem. To jest totalna napinka. Magnetron? Okej, to może opowiem, co to jest za urządzenie i po drodze jak sobie przypomnę poprawną nazwę, to opowiem, bo jest sobota i sprzątam pokój i nic nie pamiętam, bo jestem załamany gratami.
Wybacz mi słuchaczko i słuchaczu, tak się zdarza w taką sobotę. Megatron! Tak to się nazywa. Jest. Dziękuję bardzo za wyrozumiałość i za podpowiedzi. To urządzenie to było coś, co wyglądało jak fotel, który stał na jakimś urządzeniu, które wyglądało jak zbieranina bardzo skomplikowanych cewek, urządzeń lampowych, nie wiadomo czego. Wyobraźmy sobie scenografię z filmu science fiction w scenerii steampunk. Siadałeś na ten tron, włączałeś urządzenie i zaczynałeś sobie coś wyobrażać. I nagle na tym tronie, magnetronie przenosiło cię do tego wymiaru. Legenda mówi, oczywiście jest to nazwa jeszcze używana w urządzeniach technicznych oprócz tego, poważnie.
Jest takie urządzonko Nikoli Tesli, które też nosi taką nazwę. Później gdzieś też jeszcze było używane. Jest technicznie znane, ale ja nie o tym mówię, bo jest takie urządzenie, o którym jest mowa w legendach i ja o tym legendarnym opowiadam w tym momencie. Czy było, czy nie? Who? Kto wie. To legendarne urządzenie powodowało, że nagle rzeczywistość dookoła zawirowywała. I jeżeli sobie na przykład pomyślałeś o tym, że stoi przed tobą stół, a na stole stoi świeżo zaparzona kawa, tort z wisienkami, najpyszniejszy tort czekoladowy z orzechami. Głodna? Czekoladki?
Zaraz, bo mnie utyje tutaj przy tej audycji radiowej. No właśnie, to nagle ten stół się tutaj manifestował i stał przed tobą. I ty czułeś, i ty czułaś dokładnie ten torcik, zapach tej kawy. W ogóle, jeżeli chciałeś się przenieść do historii, można było podróżować w czasie i przestrzeni. I wywoływało się to zjawisko siłą woli. Trzeba było usiąść na krześle, włączyć maszynę i . I jak się wyłączało maszynę, to rzeczy znikały. I ponoć, ale to już naprawdę taka legenda so far, po polsku było już tak daleka legenda, tak naciągana, ciągnięta za sznurki, nie wiadomo skąd to pochodzi. Nieznane jest autorstwo i pochodzenie tego opisu, ale Brzmi ją tak, że niektóre z przedmiotów, które pojawiały się dokładnie wtedy w tym pomieszczeniu, kiedy włączony był megatron. Chyba dobrze mówię.
Nieważne. Wiemy, o co chodzi z tym urządzeniem. Pryncypia są znane. To niektóre rzeczy potrafiły pozostać. Czyli jeżeli wracałeś z tej podróży, to w tym momencie na talerzyku był kawałek tortu i świeżo zaparzona kawka. Yes! Doskonały pomysł. Ja mam tu kawkę. Włączę ci jakąś muzyczkę, a sam sobie popiję kawkę i wrócę do tej opowieści, bo to w ogóle niezła historia. Czy nie kojarzy ci się to, użytkowniku substancji psychoaktywnych, zwanych przeze mnie medycyną, nie tylko przeze mnie, z wyprawą na przykład po grzybach, że nagle wybierasz się w taki kosmos i wracasz z tego kosmosu i czasami dzieją się dziwne rzeczy?
Nie tylko w książkach. Zaraz ci powiem, co się dzieje, bo jak się okazuje, nie jestem jedynym człowiekiem, który doświadczył zjawiska, które było opisywane przy właśnie tym megatronie i zjawiskach opisywanych przez kilku ludzi, których poznałem osobiście i śmiem im absolutnie na 100% wierzyć oraz kilku rzeczach, o których słyszałem od dżentelmenów, którzy wykonują pracę nazywaną popularnie szamanami. Taka ciekawa historia. A tymczasem niech tutaj zaszumi las, ja sobie łyknę kawki i lecę dalej z tą opowieścią. Właśnie, może w ogóle wrzucę oko jeszcze na Skype'a, bo tu wyrzuciło troszkę rzeczy na Skype i nawet się przyjrzę, co tam jest. Coś tam jest na tym Skype. Ale człowieku, ja tu w ogóle opowiadam rzeczy i jak chcesz się odezwać, to się po prostu odzywaj normalnie na Skype'a, na mikrofon, a nie, kurde mnie tu wysyłasz e-maile, poczty Lion'a. Proszę ja koleżanki i kolegi. Dokładnie. Wracam do tej opowieści, bo rzecz jest zjawiskowa.
W ogóle z tym urządzeniem jest związana jeszcze inna, chyba bardziej znana historia większości ludzi. Skoro dzisiaj o medycynie, to ja dzisiaj jestem przygotowany tak bardzo profesjonalnie na ten odcinek „Hiperprzestrzeni”, bo ja mam ze sobą oczywiście sensimilia. Jeżeli ktoś wie, co to jest sensimilia, to wie, co to jest sensimilia. Także mam tu ze sobą sensimilia, góralską medycynę. I przecież nie będę opowiadał o medycynie nie siedząc przy kominku, nie paląc fajki i nie popijając kawy. No przecież co to była za historia? Z dobrą intencją pokoju i miłości oczywiście. Wracam do tej historii. Aż sobie łyknę jeszcze kawki. Właśnie, bo ta historia się zagęszcza.
Niczym dobra kawa. I historia zagęściła się tak, że pewnego dnia jeden z dżentelmenów, nie pamiętam już w tym momencie nazwiska, ale myślę, że znawcy tematu doskonale wiedzą, o co chodzi, postanowił napisać książkę o tym, że ktoś mu grzebie w głowie, że w ogóle jakiś tajemny program Black Project i tak dalej. Nawet dostało to swoją nazwę. Nazywa się... Jak zwykle zapominam wszystkich nazw. Dzisiaj na taki specjalny dzień chyba, że zapominam wszystkich nazw. Program w każdym razie mówił o tym, że grzebie się ludziom w głowach i właściwie od tego się chyba zaczęła cała ta popularność tego pomysłu, że grzebie się ludziom w głowach. Że była specjalna baza w Nowym Jorku, baza wojskowa, w której robiono eksperymenty, miała specjalny radar i ten specjalny radar wywoływał takie efekty i było takie krzesło, że człowiek wchodził do pomieszczenia, a później wymazywano mu pamięć, gdzie podróżował i że podróżował w różne lokacje i że w ogóle mind control i że w ogóle w kosmos i tak dalej. Taka jest legenda. Ile jest w tym prawdy?
Nie mam bladego pojęcia. Nigdy tego specjalnie nie badałem, ani specjalnie nie siedzę w tym, ale jedyne co wydaje się dosyć zabawne, składając się z tą historią, którą ja znam, to jest sprawa na temat Nikoli Tesli. To jest sprawa z tym legendarnym urządzeniem zwanym megatronem. Był jeszcze jeden dżentelmen, który próbował wybudować to urządzenie, który wierzył w to, że coś takiego istniało. Kolejne nazwisko, którego dzisiaj zapomniałem. Ivan Tassel tak się nazywał. Czyli jednak pamiętam coś jeszcze dzisiaj. Ivan Tassel na środku pustyni w Nowym Meksyku postanowił wybudować nic innego jak troszeczkę inaczej zaprojektowaną, inaczej wyglądającą z zewnątrz replikę wieży Wardenclyffe'a Nikoli Tesli, tak zwanej Wardenclyffe Tower, czyli wieża Wardenclyffe'a, czyli sponsora Nikoli Tesli, który w pewnym momencie między innymi razem z resztą wycofał te pieniądze i wszyscy znamy, jak się skończyła ta historia. Wieżę zburzono podczas pierwszej wojny światowej pod pretekstem, że bombowce, które będą przelatywały z Europy, będą mogły rozpoznawać miasto Nowy Jork i nie tylko cele taktyczne po tak wysokich wieżach, więc na wszelki wypadek zburzono. Taki był oficjalny powód oczywiście.
No ale wiadomo, wojna, ludzie szaleją. Ale wracajmy do naszej medycyny i do naszych ciekawych doświadczeń, bo jak się okazuje, jest to coś, co się w ogóle wydarza dosyć popularnie. Kiedyś wspomniałem o takiej sytuacji, która nazywa się oficjalnie space madness, czyli to jest moment, kiedy wrzucają cię w kapsule w kawałku blaszki, takiej puszki metalowej obitym ładną, wypolerowaną blaszką srebrną, złotą i tak dalej, tak żebyś tam nie wyparował setki kilometrów nad ziemię w miejsce, gdzie właściwie nie rośnie już trawa. I twoim zadaniem jest wrócić stamtąd. Masz kask, masz skafander, masz tą kapsułę i generalnie jesteś w puszce na ładunku wybuchowym. I masz przeżyć. Na tym polega całe zadanie. Generalnie masz się ponoć bawić dobrze. Zabawa, która tam się zaczyna, polega na tym, że wszyscy dostają świra. Były przypadki, gdzie kosmonauta, myślę, że już o tym słyszałeś, bo ja też o tym wspominałem, ale jeszcze raz wspomnę.
Były przypadki, że kosmonauta zwariował, nie chciał wykonywać poleceń. A to są kolesie szkoleni jak psy i to takie policyjne psy, że jak mówię: „Stój”, to piesek stoi i zdechnie z głodu, a się nie ruszy. Takie zwierzaki, tak wyszkolone. I się okazuje, że nawet to wyszkolenie nie pomaga, bo jest pojęcie space madness, kosmicznego szaleństwa, czyli zupełnej niepercepcji, która się włącza po opuszczeniu ziemskiej atmosfery. Ja mam na to swoją koncepcję, która brzmi, że włącza się po prostu pole magnetyczne i w tym momencie cała ta grawitacja, tak zwana popularnie przez nas i myślę, że wcale nie jesteśmy daleko od prawdy. Myślę, że jest to dokładnie ta grawitacja. To coś, co nas ściąga czasami złym samopoczuciem na glebę i w ogóle wszystkie te problematyczne historie to jest właśnie grawitacja, pożądanie, zemsta, nienawiść, zysk. Pożądanie tych wszystkich dziwnych chciejst, cokolwiek by to nie było, to jest bardzo mocna grawitacyjna rzecz. I nagle okazuje się, że jak panowie są w kapsule, to wszystko się odkleja. Bo właściwie nic dziwnego.
Słuchaj, jesteś w kawałku stalowej puszki z kawałkiem szybki, który nie wiadomo, czy wytrzyma. Setki kilometrów nad ziemią. Pięknie to musi wyglądać. Pięknie. Mama natura na pewno wygląda. Niebo, chmury, ale łapiesz to, że krążysz w kawałku puszki na orbicie planety. Masz kawałek gazu w butli, który możesz odpalić za pomocą specjalnej zapalniczki. Nazywa się to dyszą. I generalnie spróbować za pomocą tej puszki z gazem wrócić na Ziemię. Dobry pomysł.
Generalnie masz komunikację. Masz komputer, możesz robić zdjęcia i oprócz tego nie masz nic do stracenia, bo i tak czy przeżyjesz, czy nie, każda opcja jest już pokryta. Twoje życie zostało już skalkulowane na wypadek, gdybyś człowieku tam zmarł. Pomaga. Jakie było wkurzenie amerykańskich astronautów, to jest opisane w książkach. Jak wrócili z tej pierwszej misji i dowiedzieli się, że rząd miał specjalnie przygotowane, nagrane kawałki filmowe pod tytułem: to byli dzielni chłopcy i było bardzo blisko, żeby to puścili, bo coś tam poszło nie tak. To się chłopcy ponoć wkurzyli, że tak ich potraktowali. Ale tak jest traktowany każdy samobójca, który chce wsiąść na zbiornik z ładunkiem wybuchowym i w tym zbiorniku niczym Twardowski polecieć na Księżyc. Wracając do tej choroby psychicznej, która tam się pojawia. Ponoć choroby psychicznej.
Jest to poważnie w podręcznikach do psychologii. Jest to w ogóle jako normalnie jednostka chorobowa. Generalnie odłącza się, ja tak generalizuję, ale zgeneralizuję jeszcze raz. Odłącza się cała ta moc grawitacyjna. Problemy, wszystkie sprawy. Bo właściwie kiedy człowiek jest gdzieś tam, to już chyba niewiele zależy od człowieka w tym momencie. To już i tak zdany na los komputerów, nie wiadomo czego. Nie wiadomo czego przede wszystkim. Ta niewiadoma jest kluczem do wszystkiego, myślę. I ta niewiadoma jest kluczem też do substancji medycznych i do w ogóle jakiegokolwiek odkrywania swojego własnego, pełnego, rzeczywistego świata.
I ta niewiadoma na początku być może budzi strach, a później powoduje, że pojawiają się troszeczkę inne pomysły na życie w głowie. Czasami tak diametralnie inne, że rozkaz z bazy, który mówi wykonaj polecenie X, kończy się tak, że jest wyłączana w ogóle jakakolwiek komunikacja ze statku kosmicznego. Przynajmniej ta, którą kosmonauta może wyłączyć ręcznie, zdalnie. I nagle chłopaki z bazy mają taki trefny numer, bo ich kolega na orbicie nie chce z nimi rozmawiać i ma to wszystko w dupie. Były takie przygody, kiedy kosmonauta przykleił się do luku. Znaczy do luku, co ja mówię? Nie wiem, czy do luku, bo luk to jest bagażowy, ale przykleił się do wizjera, do okienka i obserwował Ziemię. I gdzieś tam dosłownie w ostatnim momencie udało się go oderwać od tego okienka. I to jest, z tego, co słyszałem, główny powód, dla którego nie wysyła się nigdy jednego kosmonauty. Ponieważ szansa, że zwariuje jest jak 100 na 100.
A jak będzie dwóch, trzech, czterech, to jest szansa, że jeden będzie pilnował drugiego i może nie zwariują. Ale pytanie, czy to jest wariactwo, czy to jest po prostu wracanie do normalnego stanu? Bo jak wylądujesz w puszce, która sobie krąży dookoła Ziemi, to ciężko nie zwariować. Kiedy sobie uświadomisz, gdzie ty właściwie jesteś i co ty tam robisz i po co. Bo sensu tego wydarzenia absolutnie nie ma. Szczególnie w takim amerykańskim wydaniu, jak jeszcze dosypują do tego paliwa lotniczego cukru, żeby był wielki bum, żeby był wielki płomień i dym. Jak ogarniesz sobie start największej rakiety wyprodukowanej na świecie, która została wystrzelona w Chinach, to tam właściwie ten dym pod rakietą jest taki jak w przypadku wojskowego samolotu odrzutowego. Właściwie kawałek płomyka i to wszystko. W wypadku amerykańskich rakiet dym, huk, pół Ziemi się wywróciło do góry nogami. Jest pompa z małą ilością gracji, bym powiedział.
Jest to doświadczenie space madness, które się tam pojawia i jak się okazuje, to space madness jest bardzo podobne właśnie do łapania troszkę innej grawitacji, bo jak to nazwać? I tak mamy space madness, kiedy wylatujemy z Ziemi, mamy space madness w wielu różnych sytuacjach i mamy naszą medycynę, która robi space madness. I przede wszystkim urządzenie, tajemnicze urządzenie, które robi dokładnie takie samo space madness, bo ponoć ludzie niektórzy wariowali od przebywania, pobywania sobie w takim otoczeniu. Ale kto wie? Można powiedzieć, że mamy parę tropów, więcej niż jeden, że jest taki stan w naszym umyśle, w którym dzieją się dziwne rzeczy. Nie wiem, czy kosmonauci na orbicie akurat w tym dziwnym stanie umysłu wyprodukowali coś i nagle okazało się, że coś się zamanifestowało. Ale wracając do szamanów i tych wszystkich tajemniczych rzeczy tu na Ziemi, zostawiając orbitę z boku. Jest taka ciekawa przygoda, o której część ludzi przeczytała nawet u Carlosa Castanedę, przeczytała w wielu innych książkach i w ogóle słyszy czasami na różnych prelekcjach, że ktoś gdzieś komuś powiedział, że tak może być. Tak, to prawda. Sam jestem świadkiem takiej sytuacji dwukrotnie w życiu.
że przedmiot, który był na tripie, coś, co było na tripie, mniejsza o to, co to było, nie mogę tego powiedzieć, muszę zachować tajemnicę. Wróciło z tej wizyjnej wyprawy do świata rzeczywistego. Rzecz niesłychana, budząca wielkie zdziwienie, budząca wielkie zmieszanie w rozumieniu i pojmowaniu świata. Można sobie z tym dyskutować lub nie. Nie musisz mi absolutnie wierzyć, człowieku. Zostawiam to już twojej dobrowolnej woli. Możesz mi absolutnie zaprzeczyć i też będę z tym szczęśliwy. Niemniej mnie już taka próba percepcji świata dorwała. I nie tylko mnie. I trzeba było się zmierzyć z tą percepcją.
I się okazuje, że coś tam jest. I teraz, patrząc na świat tak do przodu, się okazuje, że ta najnowsza technologia, która się pojawia w wielu miejscach, bo jak się przyjrzysz nie tylko na Keshe, ale tak jak ci mówiłem o tej oficjalnej biologii, to tam wszystkie tropy prowadzą dokładnie w to samo miejsce. Nie chcę cię martwić, ale wszystkie one spotykają się właśnie w tej technologii od Keshe i wiele innych technologii się tam spotyka. Ostatnio czytałem troszeczkę takich prac naukowych zawartych w magazynie „Science” i nie tylko, bo jest „New Science”, „Science”, jest kilka innych. Takie prace akademickie są tam drukowane. Bardzo ciekawe odkrycia według akademików. Coś, co tam jest nazywane jako breakthrough, discovery i young scientist. Po wypiciu kawki. Zaraz, zaraz, ja może swoją kawkę. Doskonała.
I ci młodzi naukowcy odkrywają bardzo ciekawe zjawiska, dla nich oczywiście ciekawe, takie poruszające, że na przykład zjawisko nadprzewodnictwa, w którym się dzieją niesamowite rzeczy dookoła przedmiotów, o których myśleliśmy, że wszystko już wiemy, nagle zmieniają swoje struktury, właściwości. Że są pola, że właściwie przed nami jest zupełnie inny świat. Przed nami jest niewidoczny świat, który jest złożony z dziwnych pól, które mogą się manifestować w różne rzeczy. Z naszej perspektywy urządzeń pomiarowych, wszystkiego tego, co mamy oficjalnie, jest to zupełnie nie do ugryzienia. My to widzimy czasami jako anomalię wtedy, kiedy urządzenie, które zaprojektowaliśmy, z pewnych powodów nie chce działać. Chociaż powinno, bo w sumie wszystko jest niby okej, ale się okazuje, że nie działa. Tak jest z reaktorami jądrowymi, bo ta oficjalna teoria też jest tylko teorią i jak ten reaktor jest odpalany, to nie wiadomo, czy on odpali, czy on nie odpali. Jak jest wyłączany, to nie wiadomo, czy go się da wyłączyć, czy nie. To po prostu jest takie zjawisko, które się tu dzieje i wiele rzeczy dookoła nas, a szczególnie na poziomie takiej normalnej biologii, na ludzkim organizmie, w ogóle biologii organicznej, właściwie w pewnym momencie się kończy, jeżeli chodzi o zrozumienie i wyjaśnienie, skąd się to bierze. Po prostu jest stwierdzenie: okej, tak jest.
Tak jak z kryształami w krystalografii. Po prostu są. Dlaczego? I don't know. Po prostu są. Ale dlaczego? I don't know. Po prostu już tu są nasze kryształy oczywiście. Nikt nie mówi o polach, nikt nie chce za bardzo tego dotykać, ale wszyscy wiedzą, o co chodzi. I jest nawet sporo prac.
Poważnie. To wcale nie jest jakiś margines, bo tych prac zebrałoby się grubo ponad 100 w ciągu ostatnich 10 lat z różnych pokrewnych tematów dookoła kryształów. Ja sobie tak śledzę od 10 lat te wszystkie rzeczy, bo tak mnie zakręciło na tym punkcie. I jest masa ciekawych raportów z laboratoriów doświadczalnych, takich eksperymentalnych. Co się dzieje dookoła kryształu kwarcu, co się dzieje dookoła polimerów naturalnych, syntetycznych i tak dalej. Jak nagle zmieniają swoje struktury, żywują oddziaływania na materiałach, które znajdują się zdrowo dalej od tych obiektów i tak dalej. Generalnie wszystko sprowadza się do jednego. Świat jest jednością, ale przed nami jeszcze troszeczkę drogi, zanim oficjalna nauka to zaakceptuje. Ja szczęśliwie jestem o parę kroków do przodu. Jest!
Jak dobrze być pierwszym czasami. W każdym razie wszystkie te refleksje sprowadzają nas do tego tajemniczego świata, który być może, dla niektórych być może, dla mnie jak najbardziej na 100%, tego tajemniczego świata, który jest furtką, jest połączeniem kompleksowym wszystkich wymiarów, w których funkcjonujemy. Wyobraź sobie, że od dzisiaj, dosłownie od tego momentu pamiętasz wszystkie sny, ale tak naprawdę dokładnie tak, jak pamiętasz dni. Nie pamiętasz tego jako sny, tylko jako dni. Co by się wtedy działo? Wszystkie te historie. W ilu miejscach byśmy żyli ty i ja? Kto by traktował z nas tą rzeczywistość tutaj serio? A która jest bardziej serio, która mniej? I tu zaczynają się historie.
A w wizjach jest jeszcze mocniej, bo sen to jest jeszcze sen. To jest jeszcze historia, z której się budzisz. Zabawnie robi się, kiedy pojawiają się wizje. Zabawnie robi się przy medycynie, kiedy te wizje pojawiają się w momencie, kiedy chcesz skorzystać z wizji. I zabawnie robi się w momencie, kiedy siadasz na takie urządzenie potencjalnie i w tym urządzeniu dostajesz niezłego lotu. No właśnie. I możesz sobie dobrowolnie wejść i wyjść do urządzenia. I to jest coś w rodzaju, co tu dużo nie mówi, dla niektórych bardzo znajomy termin, bo to właściwie jest coś takiego jak legenda prawie że o tak zwanych kronikach Akaszy. Często są określane jako miejsce, skarbnica wiedzy, która gdzieś jest tam zakopana w górach. Trzeba przebić się przez korytarze, wyjść i tak dalej.
Ale są też legendy i to bardzo ciekawe legendy, które są, można powiedzieć, promowane przez takiego rosyjskiego naukowca, jednego dżentelmena, który na tej planie się dokonał transplantacji oczu i to się udało. Pan jest dla niektórych bardzo skojarzony z mainstreamem, wydaje się bardzo mocno kontrowersyjny, bo ma bardzo, jak na takie mainstreamowe historie, bardzo kontrowersyjne podejście i do medycyny, i do wszystkiego. Wyznaje jedną energię. Nie chcę tutaj się zagłębiać w temat. Myślę, że dokumentów w języku polskim jest troszeczkę na YouTubie na ten temat. Jest taki pan doktor, który ma swoją klinikę z oczami i robi takie niesamowite rzeczy i zajmuje się badaniem tego wszystkiego. Ma ciekawą wodę, którą bada. W ogóle historia jest tej ziemi. W każdym razie ten dżentelmen wykonał kilka takich manewrów, które potwierdzają, że Ta kronika Akaszy gdzieś istnieje. On szukał nawet jej fizycznie i twierdzi, że pewnego dnia się dostał do tej kroniki Akaszy w wizjach.
I takich dżentelmenów jak on na świecie są setki, tysiące. Powiem ci szczerze, że sam należę do ludzi, którzy też mieli taką wizję, że wbili się do biblioteki czegoś, co można nazwać kronikami Akaszy dla niektórych. Podejrzewam, że to jest kwestia tylko i wyłącznie nazewnictwa. Ktoś, kto nigdy nie słyszał o kronikach Akaszy, nazwie to biblioteką. Ktoś, kto dorastał w Aleksandrii i nie słyszał ani o bibliotekach, ani o kronikach Akaszy, nazwie to archiwum, archiwa. Każdy nazwie to po swojemu. Chodzi po prostu o składnicę wiedzy i jest to taka składnica wiedzy, która jest związana z polem informacyjnym dookoła, z którego wszystko jest skonstruowane. To jest ten numer, o którym mówią wszyscy znawcy tematu z biologii, tacy hardcorowi, że jest ten moment, kiedy na aminokwasach zaczyna się manifestować DNA. Wpierw pojawiają się pola. W ogóle coś się dzieje w polach, dzieje się jakieś drobne zamieszanie.
Widać po tym, że wszystkie przedmioty dookoła inaczej się zachowują i nagle w powietrzu się coś pojawia. To jest aminokwas. Pierwszy, z angielskiego bound, pierwsze połączenie molekuł. Bardzo spektakularna historia. Nagle pojawia się znikąd. Wilhelm Reich, robiąc zdjęcia pod mikroskopem, nagle odkrył, że zanim to się pojawi, pojawia się taka iskierka, niebieskie światełko, łuna. Pojawiamy się ze światła. Każda komórka się tak pojawia. Wszystkie możliwe aminokwasy u zarania, cokolwiek jeszcze będzie aminokwasem, pojawia się właśnie od czegoś, co Wilhelm Reich nazwał bionem. Współczesna biologia to absolutnie potwierdza.
Nie chcę dotykać tutaj Wilhelma Reicha, bo oczywiście oficjalnie ten człowiek nie istnieje. Go nie było, nikt nic nie wie i w ogóle ta sprawa nie miała miejsca oficjalnie, ale minęło już 50 lat i ta oficjalna biologia rozbija się dokładnie o tą samą ścianę. Doszli do tego momentu, że muszą zaakceptować i właściwie akceptują. Jest to normalne, oficjalne stanowisko eksperymentalne, że pierwszą formą życia, która się manifestuje, są aminokwasy. To jest pierwsze połączenie jakichkolwiek cząsteczek i dopiero na tych aminokwasach specyficznej kompozycji, jeżeli mają takową, pojawia się informacja w postaci DNA i dopiero to rusza całą historię. A dookoła jest niezły dym i ten dym jest coraz częściej obserwowalny, że życie nie zależy od tego, że się zrzuci ze sobą dwie albo trzy, albo pięć, albo 200 substancji chemicznych i coś tam wybuchnie, się sklei, poklei i podzieli i wyrośnie i zacznie krzyczeć: „Mama, tata!” Nic z tych rzeczy. Jak się okazuje, numer polega z polami. To jest w ogóle historia, między innymi też z takim przełomem intelektualnym w myśleniu o technologii, który się wydarza co ileś tam lat. Za mojego pokolenia, kiedy byłem bardzo młody, tym przełomem mentalnym była tak zwana zimna fuzja, czyli Fleischmann-Pons efekt, bo tak to się oryginalnie nazywa. I to był po prostu cios.
To był świat i to taki konkretny. Oczywiście uwalono, ale uwalono, bo uwalono. Niemniej to wcale nie znaczy, że ja sobie tutaj nie popróbowałem, nie posprawdzałem i nie poczytałem przede wszystkim, co tylko było możliwe na ten temat w moim zasięgu. Tam też trafiłem na bardzo ciekawe opisy. Kiedy pan Fleischman i Pons, bo było dwóch dżentelmenów, jeden z Anglii, drugi ze Stanów, stwierdzili, że bardzo dużą rolę, właściwie prawie że największą przy tej fuzji, jeżeli chodzi o wydajność, odgrywa kształt pola, który robią dookoła tego całego zjawiska. I ten kształt pola zamanifestowali w postaci okrągłego słoika, w którym działa się reakcja. Tam był taki numer, że oni oczywiście udowadniali, że tak jest, bo każdy eksperyment udowadniał, że wszystko działa. Ale technologia, jak się okazało, zbyt boli w oczy, bo można wyprodukować z jednego reaktora tyle energii, że można zamknąć wszystkie reaktory jądrowe i się okaże, że nie będzie komu produkować bomb termonuklearnych. I nie będzie kumpli do oddzielenia kasy z handlu bronią. I nie tylko.
Wszyscy znamy ten skorumpowany świat. To może na tym poprzestanę. I się okazało, że jest to zbyt piękna alternatywa, to stwierdzono, że zrobi się testy. Rząd amerykański stwierdził, że oddaje to, a dokładnie rząd Reagana, że deleguje najlepszą ekipę Uniwersytetu MIT do przestudiowania tego zjawiska. Wiesz, ten słynny Uniwersytet MIT, tych, co to mają dyplom z buraka, ziemniaka i nie kłaniają się innym dyplomom. Tak słyszałem. I ci panowie wzięli tą całą eksperymentalną dokumentację. To wszystko było pięknie opisane. Dalej jest opisane, bo to oczywiście jest wniosek patentowy potwierdzony. Wszystko masz na papierze jeden do jednego.
Widzisz, jaki ma być pojemnik. Wszystko jest opisane, co masz włożyć, w jakiej kolejności, jak to odpalić, jak podłączyć. Jest pełna instrukcja od A do Z napisana profesjonalnym naukowym językiem. Każdy naukowiec zrozumie i wybuduje w ciągu jednego tygodnia. I się okazało, że w MIT wybudowano oczywiście urządzenie do sprawdzenia, czy zjawisko Fleischmanna i Ponsa istnieje. Tylko że zmieniono jedną rzecz. Zmieniono praktycznie kształty wszystkich możliwych opakowań, w których ta cała fuzja miała się wydarzyć. Zmieniono kształt akwarium z okrągłego na kanciasty, posklejany tak, żeby było jak najwięcej kantów. Wszystkie druty porobiono kanciaste, wszystko robiono po kancie. Jak się okazało, ten silnik zrobiony po kancie zimnej fuzji miał sprawność 90% mniejszą od tego oryginalnego silnika robionego w kulkach.
Tak można w skrócie to ująć. Oczywiście była ta słynna konferencja, która jest teraz do obejrzenia na YouTubie, jak Fleischmann i Pons gaszą chłopców, którzy nawet nie dorośli, żeby im sznurówki wiązać u butów, bo chłopcy ewidentnie na zamówienie skłamali. To była taka ustawka. Oni mieli zrobić eksperyment, który miał nie wyjść. Dlatego wszystkie warunki eksperymentu zmieniono, bo nie można było pokazać światu, że nagle jest technologia, która wywala na orbitę wszystkie reaktory termonuklearne, wszystkie kopalnie węgla, wszystkie huty i tak dalej, bo nagle jest coś, co jest po prostu ciosem i rozwiązuje wszelkie problemy związane i z ropą, i ze wszystkim. Ale bardzo szybko okazało się, że jest to bardzo problematyczna sprawa i eksperyment nie działa. Oczywiście nie może wyjść, to się nie może udać. No i chłopcy z MIT zrobili wszystko, żeby eksperyment się nie udał. Oczywiście eksperyment się nie udał. Brawo Jasiu, można powiedzieć.
Tak się skończyła historia zimnej fuzji, ale ta historia pociągnęła za sobą kilka innych refleksji w świecie naukowym, że to nie te druciki w środku, one są tylko częścią tego wszystkiego. Drugą część robi środowisko dookoła. Tam jest to tajemnicze coś. To środowisko dookoła to jest to tajemnicze coś, co się pojawia oczywiście przy całej medycynie, pojawia się przy podróżach kosmonautów na Księżyc, bo oni mają szlaban mówienia tego, co się wydarzyło. Jeżeli dotarłeś kiedyś do opowieści tych pierwszych kosmonautów, gdzie jeszcze ten szlaban był taki czasami albo się nie udało utrzymać, albo nie wiadomo co wyciekło po latach, to dostrzeżesz troszkę dziwne opowieści o różnych istotach, o różnych obiektach na Księżycu. Nie wiadomo, jak daleko z tego jest do wizji, jak dużo do rzeczywistości. A może sprawa wygląda nieco inaczej? Może sprawa wygląda bardzo kompleksowo i jest to połączenie zarówno i wizji, i tego rzeczywistego świata. Numer polega na tym, że chodzi o połączenie, chodzi o kursowanie i w ogóle funkcjonowanie w tych dwóch miejscach, i że my kursujemy w dwóch miejscach, tylko nie zawsze o tym pamiętamy. I to jest ten numer, że są dwa równoległe światy albo nawet więcej niż dwa.
W każdym razie jest coś вроде biblioteki Akaszy i jest tam dużo historii na ten temat, jak zostało dokonanych kilka odkryć naukowych na świecie. Słynna historia z LSD i kodem DNA. Nawet nie będę już powtarzał. O tym chyba już każdy wie. W każdym razie ciągle pojawia się ta historia, że wyprawa do innego miejsca, taka mentalna, że nagle głową przesuwamy praktycznie wszystko, całą naszą percepcję miejsca. Może nie zawsze przesuwamy swoje ciało fizycznie, to przesuwamy swojego ducha. Powoduje, że kiedy wracamy, mamy potężną ilość informacji. To przesunięcie następuje do świata, w którym jest potężna ilość informacji o wielu rzeczach i to jest taka niewidoczna skarbnica, której nikt nie może spalić, nikt nie może zdewastować i nikt nie może schować. I ona jest otwarta. Co najwyżej można schować tylko kluczyki do tej biblioteki.
Moim zdaniem to jest właśnie historia, która odpowiada między innymi za legalizację naturalnej medycyny. To jest taka próba schowania kluczyków do tej wiedzy. Jest słynna teoria, taka bardzo poważna, związana z ruchem gnostyków, która mówi o tym, że to nie chodziło o żadną postać Jezusa, o jakieś w ogóle przedstawienia postaci. To jest tylko i wyłącznie personifikacja pewnego rytuału, który jest ilustrowany na przykład jako muchomor, jako grzyby psychoaktywne. To jeszcze jest na tych pierwszych chrześcijańskich malowidłach w kościołach koptyjskich, gdzieś tam w Aleksandrii znajdowane, na tych pierwszych malowidłach. To jeszcze zanim pojawiło się rzymskie wydanie tej całej zabawy. Wygląda na to, że to w ogóle nie chodziło o żadną osobę, że osoba była tylko reprezentacją, taką bardzo metaforyczną, pewnego zjawiska. Do tego był jeszcze grzyb, który też był reprezentacją metaforyczną, bo wątpię, żeby ludzie modlili się do grzyba. To chyba chodzi o jakąś dużą podróż, moim zdaniem i to nawet bardziej niż chyba. To jest ta wyprawa do wewnątrz.
To jest ten kluczyk. To może nie była żadna religia, tylko to była informacja o tym, że są kluczyki i że są opcje używania tego kluczyka, żeby w ciężkich sytuacjach, kiedy bardzo mocna grawitacyjna fala nas zwiewa gdzieś nie wiadomo gdzie, żeby szybciutko sobie otworzyć głowę i szybciutko z tej głowy wypuścić jakieś dobre myśli, ogarnąć się, przynieść jakiś pomysł, który nie jest destrukcyjny, który nie roztrzasuje wszystkiego, nie wysadza całego świata w powietrze i zbudować coś bardzo miłego. To mi się wydaje, jest dokładnie ten numer. Tu jeszcze jest ciekawa rzecz, na ile mocne jest to podróżowanie, bo oczywiście do tej pory żyjemy w świecie, w którym można powiedzieć ma to status takiej bajki. Wybieramy się na wyprawę psychodeliczną, mamy wizję, wracamy z tej wizji, ale świat jest taki, jaki był. My się zmieniamy bardzo mocno i to, co my robimy w swoim życiu, bardzo mocno zmienia świat. To jest druga sprawa tej całej historii. Ale jeszcze jest jedna taka troszkę tajemnicza, o której mówiłem, że właśnie zdarza się w tych książkach Castanedy i nie tylko. Ja sam byłem świadkiem dwa razy w swoim życiu takiego wydarzenia i znam jeszcze ludzi, którzy też byli świadkami. To w ogóle jest opowieść, o której na pewno, jeżeli siedzisz w temacie substancji psychoaktywnych, medycyny naturalnej, ayahuaski, LSD, meskaliny i wszystkich tych rzeczy, być może właśnie zasłyszałeś jakiś czas temu, że z takiej wyprawy można coś przynieść.
Mówiąc w skrócie, wyobraź sobie, że wybierasz się w wizjach na jakąś piękną łąkę, ale wizje odbywają się w miejscu, gdzie nie ma ani grama łąki. Kiedy wracasz z tej wizji, otwierasz dłoń nad ranem, a w ręku masz kwiat z tej łąki. I teraz jest pytanie, jak ten kwiat znalazł się w twojej dłoni, skoro siedzisz około być może 20 000 mil od tej łąki? I minęło raptem osiem godzin. To nawet Concordem gdyby jeszcze latały, by się nie dało tam dolecieć. I tu jest pytanie o granice tego świata. I kolejne pytanie o granice tego świata sięga owych tajemniczych urządzeń. Wiadomo, że coś takiego istniało. Ja myślę, że coś takiego istniało. Wiem, że wielu ludzi w historii, chociażby Van Tassel i nie tylko on, bo słyszałem o paru nazwiskach.
W tym momencie oczywiście zapomniałem, żeby je przytoczyć i oczywiście ich nie pamiętam, ale paru ludzi szukało tego urządzenia Nikoli Tesli, tego, które realizowało wizje. Ponoć były zbudowane tylko dwa. Jest ta tajemnicza historia związana z drugim piętrem w hotelu, w którym Nikola Tesla pomieszkiwał do śmierci. Przecież nikt w tym laboratorium nigdy nie był na drugim piętrze. Nikt z nas nie widział żadnych zdjęć. Nikt nie wie, co tam było. Nikt nie wie, jak daleko tak naprawdę zaszli co poniektórzy z nas w poszukiwaniach przejścia na drugi świat. Wiadomo, że część charakterów, która wystąpiła na tej całej drodze, była bardzo blisko. Przynajmniej tak mi się wydaje dzisiaj z perspektywy czasu, że wcale nie byli tak daleko od tego momentu, żeby wejść i manifestować różne rzeczy. Być może tu była ta zagadka i być może to jest ta największa zagadka, przed którą wzdraga się i chroni nauka.
Po to właśnie wymyślono religię, żeby nas ciągle pilnować, że jest tylko jeden świat. Bo za chwilę się okaże, że na przykład mamy braci w kosmosie. I co na to religia? Jeżeli brat z kosmosu wyjdzie i powie: „Nie no stary, to jest ściema”, to co się okaże z tą religią? Bo do tej pory było tak, że to jest pośrednik pomiędzy tym, co jest niebiańskie, a tym, co jest ziemskie. I teraz to, co nie jest niebiańskie, przychodzi bezpośrednio, rozmawia z każdym, jak ty z sąsiadem, jak ja z sąsiadem. I teraz pytanie: kto jest bardziej święty? Kto jest bardziej niebiański? Czy jest w ogóle sens tego niebiańskiego podejścia? Gdzie to w ogóle jest?
Co jest istotą naszego życia? Gdzie jest ta informacja schowana? Czy ta informacja nie jest czymś kosmicznym? O tym, że jesteśmy na jednym wielkim statku kosmicznym, tylko może nie do końca sobie zdajemy sprawę. Dlatego ciągle chcemy budować statki kosmiczne, które są oparte o destrukcję tego oryginalnego statku matki, zamiast korzystać z oryginalnych mocy statku matki, który właściwie jest stworzony do tego, żeby być wielką platformą do lądowania i też ma znamiona owej platformy do lądowania. Pamiętasz na pewno opowieści Erika van Danikena, który mówił o tym, że te duże rysunki Nazca to są lądowiska dla kosmitów. I ja naprawdę twierdzę, że to jest prawda. Jest taka teoria starszej pani, której nazwiska jak zwykle zapomniałem o tej porze. Jest sobota, wybacz mi. A gdyby archiwum działało na hiperprzestrzeni, znaczy na Radio na Fali, to bym wrzucił ci linki.
Ale powiem ci, czego szukać. Pani pochodziła z Niemiec. Pani archeolog. Zajmowała się płaskowyżem Nazca. Jak ona się nazywała? Zapomniałem. Pani archeolog, która została tam przez całe życie. Dożyła chyba prawie że setki. Tam zmarła na miejscu. Jest bardzo mało wywiadów z tą panią archeolog.
Ona w ogóle nie chciała za bardzo udzielać wywiadów. Podejrzewam też, nie były chyba czasy, żeby ktoś się dookoła tego kręcił. Nie było History Channel, nie było „Some Kind of Extraterrestrials”. Nie można było sprzedać reklam. I miała bardzo ciekawy koncept tego, czym są te linie Nazca. I twierdziła, że oczywiście jest to lądowisko dla istot kosmicznych, ale cały czas twierdziła, że jest to historia związana z wielowymiarowością. Maria Reiche. Dokładnie. Dziękuję bardzo. Serdecznie pozdrawiam na czacie.
Wow, dzięki panowie. Dzięki serdecznie. Maria Reiche. Dokładnie. Starsza pani, taka wysuszona staruszka. Widziałem zdjęcia takie tuż przed śmiercią. Jeden dżentelmen zrobił z nią wywiad. Taka starsza pani, ledwo sobie chodząca. Chodziła do końca życia po tych śladach na Nazca i odgruzowywała, tak jak Indianie, kultywując tą tradycję. I ona twierdziła, że to są mapy gwiezdne, mapy do startowania, do lądowania dla naszych braci.
I właściwie, jeżeli się przyjrzysz większości legend, to gdzieś tam zawsze ta legenda się pojawia. Zawsze jest parę legend. Może to nie jest ta jedyna, ale zawsze ta się też pojawia obok. Ja też twierdzę, że w Egipcie lądowanie kosmitów. Film „Piąty element”. Bardzo obrazowe. Trochę coś w tym jest. Wszystkie te opowieści związane z kulturą Majów. Koniec końców bardzo rzeczniczka kultura. Ale ta rzeczniczka kultura nie powstała znikąd, bo przecież miasta nie zostały przez nich wybudowane i jest to tak często potwierdzane w tak wielu zapiskach historycznych i samych Majów przez jezuitów, którzy tam byli, że nawet nie będę o tym wspominał w tym momencie.
Mówiłem nie raz zresztą. Jak się okazuje, przynajmniej według tego, co ja sobie myślę, to są takie lądowiska, ale to są lądowiska troszeczkę innowymiarowe. I żeby było zabawniej, o tych lądowiskach ostatnio nawet jest mowa właśnie przy okazji najnowszych technologii, między innymi technologii Keshe, człowieku. Także robi się coraz bardziej ciekawie. Wszystko zaczyna się układać w jedną wielką całość. Ale wracając do tych oryginalnych legend, z których ja to znam, bo akurat nie znam specjalnie tego od tej strony. Znaczy znam, jak znam. Od strony Fundacji Keshe, ale takie refleksje jeszcze sprzed lat pozbierane, że te lądowiska operują w wielu wymiarach dosłownie i że to jest tylko część tej całej opowieści. To jest dokładnie jak to manifestujące się coś na kawałku aminokwasu pomiędzy jednym a drugim. Kiedy usuniesz jedną część tego albo zmienisz na jakieś inne, jakiś inny rodzaj aminokwasu się zamanifestuje, jakieś inne komórki tam się pojawią, inna materia, coś zupełnie z innej opowieści.
I tu jest podobna historia, że te budyneczki spełniają jakąś specyficzną rolę. Są tak pięknie spozycjonowane na Księżyc i wyznaczają pewne cykle. Cykle, ja bym to nazwał podróży kosmicznych, bo z mojej perspektywy to może być czas, który biegnie od poniedziałku do kolejnego poniedziałku, do kolejnego poniedziałku, czyli taki liniowy 1, 2, 3, 4. Jakbym szedł po prostu po drodze prosto przed siebie. Jak szedł dzień za dniem i każdego dnia mijał ileś tam kilometrów. A jeżeli przerwę ten cykl liniowego myślenia o czasie i zrobię taki flip, o którym mówił dżentelmen, od którego zacząłem dzisiaj, Terence McKenna, to co się stanie z czasem? To czas zniknie jako taki. To właściwie czym jest czas? To jest tylko taka przestrzeń, która się przesuwa dookoła. I my, ty, ja nie potrafimy zatrzymać tego posuwistego ruchu przestrzeni zwanej czasem, przynajmniej w tym momencie.
Jeżeli operujemy takimi mocami, które powodują, że przenosimy się pomiędzy gwiazdami, to właściwie operujemy już w przestrzeni. A czas to jest tylko inny wymiar przestrzeni. Coś, co się porusza, nie stoi w miejscu, bo na przykład taka przestrzeń z cyklu stoik stoi na stole, to taki, który się porusza. I tu możemy się ścierać na argument, czy to jest grawitacja newtonowska, czy to jest pole grawitacyjno-magnetyczne. To już inna historia, ale dalej jest to coś, co stoi. Natomiast tutaj jest poruszanie się, dynamika, coś w akcji. I przypomina to te podróże szamanów, którzy bardzo często tą sztuczkę doskonale znają i potrafią nie raz, nie dwa z takiej wyprawy, gdzie sobie usiądzie w dżungli, przyniesie w garści kamyk z innego lądu, na którym nigdy w rzeczywistości nie był. I jak to się dzieje? I jak to wyjaśnić? Właśnie.
Ale sprawa jest dokładnie taka sama. I te same opowieści o tym, że jak włączano tą dziwną maszynę Nikoli Tesli, ponoć były dwa egzemplarze. Jeden został zniszczony, a drugi ponoć posiada rząd amerykański. Nie wiem, na ile jest to prawda, na ile jest to bajkowa legenda w stylu Indiana Jones, ale to jedyne informacje, jakie można na ten temat znaleźć. Nawet jeżeli to jest i to manifestowało takie historie, to może ten pierwszy dżentelmen od tego programu kontroli umysłu to właśnie dżentelmen, który wylądował na takim urządzeniu albo w pobliżu takiego urządzenia i się do końca życia nie pozbierał. Może o to chodzi. Montauk, tak się nazywa ten program. Dokładnie, program Montauk. Tak to się nazywało w zapiskach. Bardzo dziwny, szpiegowski program remote viewing, że ktoś miał myślami prześledzić gdzieś inną sytuację, miejsce, sprawdzić, co tam się dzieje tak, żeby nikt go nawet nie zauważył.
I być może ta maszyna była wykorzystywana przez wojsko po to, żeby spróbować gdzieś tam dotrzeć. I efekt był taki, że każdy wsiadający na tą maszynę nagle jednoczył się z całym kosmosem. Bo czym jest wyprawa do Kroniki Akaszy? Czym jest przejście przez tą dziurkę do klucza z „Alicji w Krainie Czarów”? Jest niczym innym jak wyprawą do miejsca, gdzie informacja nie jest obarczona tym grawitacyjnym opakowaniem i właściwie nie ma tego stresu, która zblokuje przed odebraniem jakiejkolwiek wiedzy na jakikolwiek temat. Nie ma czegoś takiego: „A, bo się nie da, albo nie potrafię, albo nie wiem”. Nagle wiemy wszystko i mamy całą tą informację do dyspozycji i możemy z niej konstruować, cokolwiek chcemy. I to jest chyba ta prawdziwa Kronika Akaszy. I to ona wcale nie jest taka, wydawałoby mi się teraz i tak mi się właśnie teraz wydaje, lata mijają, starzeję się, że ona nie jest taka wirtualna. Przejście jest wirtualne.
To jest ten moment, kiedy zmieniamy się pomiędzy wymiarami. Pierwsze, co rusza na wyprawę, to jest nasza świadomość, nasze prawdziwe ja. Nasz organizm zostaje w stanie spoczynku, oczekuje, że do niego wrócimy i pewnego razu do niego wracamy po paru godzinach takiej wyprawy. A w tym momencie możemy się ulotnić i podróżować sobie głową w różne miejsca. I teraz jest pytanie, kiedy osiągniemy stan takiej symbiozy, permanentnej symbiozy, kiedy polaryzacja, nieszczęśliwe słowo sygnatura tych pól, z których się składa nasze ciało, będzie dokładnie taka sama jak sygnatura naszych pól, z których składają się nasze myśli. I wtedy się okaże. Może brzmi to egzotycznie, ale przynajmniej w teorii, którą mam w głowie, to jest ten moment, że możemy latać na dywanie. Ja zawsze chciałem polatać na dywanie. Poważnie. To była bajka, która mnie zawsze w dzieciństwie troszeczkę kręciła, że można sobie polatać na tym dywanie albo na przykład popływać taką łodzią, zrobić takie 20 mil podmorskiej żeglugi chyba, tak?
Czy 40 mil podmorskiej żeglugi? Juliusz Verne zawsze myli numery. Takie nietypowe rzeczy, że wskakujesz na dywan i lecisz. To teraz się okazuje, że właściwie być może, jeżeli ta sygnatura będzie dokładnie taka sama dla naszej myśli i dla naszego organizmu fizycznie ustawimy sobie takie pola, to zaczniemy sobie latać myślą i cokolwiek będzie miało sygnaturę naszych pól, przypuśćmy, będzie zawierało część naszych aminokwasów, takich specyficznych aminokwasów, są pełną informacją o naszym RNA, DNA. To być może spojrzysz, człowieku, na kaloryfer i kaloryfer podniesiesz do góry ze ściany. A drugim spojrzeniem zawiążesz i zalutujesz wszystkie rury, żeby ci woda nie ciekła na podłogę. I don't know. Brzmi ciekawie. Brzmi troszeczkę jak zagubiona prawda o nas samych, że jest taki moment, w którym nasza fizyczność i coś, co nazywam naszą duchowością, ja twierdzę, że to jest moja prawdziwa istota, się spotyka razem w pewnym momencie i w tym momencie zaczynamy być prawdziwymi magikami albo bogami, albo kimś takim. I to jest ten prawdziwy przekaz prahistoryczny, który został zmanipulowany na przestrzeni wieków, żeby nas od tego odciągnąć na różne możliwe sposoby.
Wydaje mi się, że niektórzy o tym wiedzą. Bo jeżeli ktoś robi takie numery jak rodzina Rothschildów, to musi o tym wiedzieć, że to nie jest nic innego jak tylko gra. Tylko że oni zagrali o władzę. No i o wiedzę. A ja w sumie nie zagrałem o nic. Ja po prostu się wybrałem na wyprawę po wiedzę, bez żadnego grania w nic. I też ciekawa historia, że ten sposób zdobywania wiedzy ma ciekawą historię z sobą związaną. Bo o ile normalnie możemy wejść do biblioteki, otworzyć sobie każdą możliwą książkę i sobie przeczytać i nie ma z tym żadnego problemu. Chyba że stanie po drodze pani bibliotekarka powie: „Pan nie może!” Ale tak się nie dzieje. To tutaj ta wiedza jest, można powiedzieć, zarezerwowana tylko i wyłącznie dla tych, którzy chcą przekroczyć ten próg.
A ten próg jest związany, czy chcemy, czy nie, z doświadczeniem umierania. Umierania w tym świecie, bo wszystko, co jest w nas grawitacyjne, wszystko, co powoduje nasze przyklejenie się do rzeczywistości, jest zawsze tym elementem grawitacyjnym. I co się dzieje, kiedy odpinamy całe te, jeszcze raz się powtórzę, grawitacyjne historie? Umieramy. Zostaje tylko duch. Ciało sobie siedzi na podłodze albo jakoś tak, a duch podróżuje po kosmosie. I to jest właśnie ta permanentna śmierć, można powiedzieć. Nie wiem, dlaczego nazywa się to śmiercią. Może trzeba wymyślić jakieś pozytywne znaczenie tego słowa. Jest to po prostu wyprawa poza ciałem i to taka dosyć dosłowna.
I co dalej? Dalej wracamy do swojego ciała i zaczynamy synchronizację wszystkich tych procesów. Ja myślę, że elementem tej synchronizacji jest zarówno technologia, którą wymyślamy z czasem jako ta normalna część tej cywilizacji. Nie mówię o rodzinie Rothschildów, nie mówię o związkach i rodzinach patologicznych, kryminalnych. Ja mówię o normalnych ludziach. Zawsze brniemy do tego samego brzegu, zawsze idziemy do tych samych drzwi. Te drzwi nazywają się połączenie tego, co nazywamy duchowością i tego, co nazywamy naszą fizycznością. Czy to będzie się manifestowało technologią, czy to będzie się manifestowało sposobem leczenia, zawsze jest dokładnie taka sama droga. I myślę, że clue działania substancji, dlatego właśnie z medycyną, a nie niczym innym, jest schowane właściwie dokładnie w tym, że wzbudza tylko zjawisko. To nie jest tak, że psylocybina, LSD, meskalina czy ayahuasca, czy cokolwiek sobie wymienimy teraz, nas leczy.
Wydaje mi się, że to nie ma z tym nic wspólnego. To tylko ustawia nas w sytuacji, w której sami znajdujemy ten właściwy poziom rzeczy z lewej, rzeczy z prawej i sami sobie ustawiamy już tak normalnie, na zdrowo, bez tego zgięcia, tak jak powinno być. I to się po prostu samo robi, bo mamy tą informację zapisaną we własnym kodzie DNA, RNA. Czym my jesteśmy, jak nie chodzącym zapisem informacji na dwóch nogach? Jest to ciekawa sprawa i myślę, że ten drugi świat, który jak się okazuje istnieje i to tak całkiem serio. Przeglądając ostatnie wyniki eksperymentów z ostatniego roku, szczególnie w tych momentach, gdzie się pojawia materiał zwany nadprzewodnikiem, pojawia się od razu tajemniczy wymiar. Wymiar w cudzysłowie X, z którego wychodzą rzeczy i chowają się rzeczy, pojawiają się cząsteczki i znikają. Transmutacja staje się nagminnym procederem aktualnie we wszystkich takich zaawansowanych laboratoriach bawiących się tak zwaną plazmą. Oczywiście jest już dostępna technologia. Znamy jej nazwę, nazywa się Keshe i można się tam dowiedzieć praktycznie prawie wszystkiego na ten temat.
Nauka jeszcze stoi tak okoniem, ale też zmierza do tych samych drzwi, bo podobnie jak Mr Keshe, podobnie jak i wielu innych naukowców, podobnie jak ty, podobnie jak ja, wszyscy zmierzamy dokładnie do tych samych drzwi. Tu nie ma miejsca za bardzo na przybijanie sobie dyplomów, medali, kto pierwszy, kto lepszy. Co najwyżej dla zabawy i komunikacji możemy używać nazwy, że to technologia Keshe, ale właściwie to jest chyba nasza technologia, bo to jest to samo, co było tysiące lat temu. Dawniej nazywano to alchemią. Z tej alchemii zrobiła się oficjalna nauka i tylko dlatego nie mamy tego oficjalnie w nauce, bo całe zgięcie zaczęło się właściwie od alchemii. Co tu ściemniać? Nie będę czarował. Słuchasz „Hiperprzestrzeni”, jak najbardziej. Ja mam na imię Tomek. Możesz dzwonić, radionafali.com.
Anyway, wracam do historii, bo z alchemią jest ciekawa sprawa. Mianowicie sparaliżowanie właśnie nastąpiło już przy alchemii. Otóż to. Bo dokonał się taki zabawny rozłam. Alchemicy to byli dżentelmeni, którzy byli na tyle zdesperowani, żeby próbować produkować złoto i szukać tego pomysłu na życie. A stara baba, która robiła lekarstwa z ziół, już nie była opłacalna dla lokalnego kacyka. Starą babę można było spalić na stosie, a alchemika spokojnie utrzymywać na żołdzie, że tak powiem, że tam próbował produkować złoto. Paru tych alchemików przez Europę się przesunęło, przemknęło, przepłynęło. Anyway, u jednego z nich znaleziono jedną rzecz, która się nazywa czarne lusterko, a mowa jest o Johnie Dee. Lusterko jest w muzeum w Londynie.
Można sobie je oglądać. Trzeba je znaleźć. Victoria and Museum. Tam się znajduje. Ale to nie jest jedyne lusterko, ponieważ John Dee wiedział, jak każdy alchemik, o tym, że jest druga rzeczywistość, która jest dokładnie tak samo realna jak ta, która jest tu i teraz. I można z niej przynosić rzeczy, można robić różne sprawy. Że to złoto, które się manifestuje, manifestuje się właśnie za pomocą kontrolowania owych mocy, że to nie jest zjawisko boskie. Żaden z alchemików nie był katolikiem. Taka jest prawda. Wszyscy o tym wiemy, ponieważ każdy z nich potrafił, prawie każdy z nich potrafił może nie tyle chodzić po wodzie, ile prawie, tak że te bajki niestety nie udało się sprzedać.
Albo stety. Kto to wie? W każdym razie baba z ziołami trafiła na ognisko, a chłopaki trafiły do dworu i z tego dworu zrobiła się chemia, alchemia, fizyka, później fizyka molekularna, chemia, biologia i tak dalej, i tak dalej. Matematyka istniała troszkę wcześniej, ale też została podporządkowana pod te wszystkie szaleństwa. I koniec końców, jak się okazało, ta nauka ciągle szuka. Moim zdaniem to jest taka spuścizna próby kontroli tego zjawiska, nic innego. To jest ten powód, dla którego moim zdaniem bogaci ludzie, którzy mają wykupione bilety w kosmos, nigdy nie latają w kosmos. Wszyscy ci Rothschildowie, Rockefellerowie, oni mają bilet. Oni mogą w każdej chwili polecieć w kosmos, ale wcale im nie zależy na tym doświadczeniu, które w książkach zostało opisane jako space madness. Bo po dłuższym studiowaniu zachowań kosmonautów Jest pewien problem.
Chłopaki czasami świrują albo w jedną, albo w drugą stronę. Widać, że coś się zaczyna dziać, że sposób godzenia się z rzeczywistością znika. Trochę się zmieniają sprawy. Niektórzy wytrzymują, niektórzy nie. I żaden z tych bogatych ludzi nigdy się w lot w kosmos nie wybrał, bo nie chce ryzykować tego, że zmieni mu się perspektywa widzenia świata. Może się za bardzo odkleić od tych grawitacyjnych pomysłów i nagle poczuje się jak taka baba z ziołami, która wcale nie wybrała produkcji złota, tylko pomaganie ludziom. I to będzie poważny problem w głowie. Tak sobie myślę. Co dużo mówić. Dżentelmen, który jest właścicielem firmy Virgin, Richard Branson, też jakoś nie lata w kosmos, chociaż promy kosmiczne ma.
Jakoś nie spędza czasu na nich, tylko jeździ na rowerze na swojej wyspie na Karaibach. I to jego cała działalność. Ale oczywiście ty możesz polecieć, jak kupisz bilet. Coś w tym jest, w szaleństwie. To nie jest szaleństwo, tylko kwestia zatrzymania informacji o tym, że ten drugi wymiar jest bardzo realny i jest bardziej realny niż się nam kiedykolwiek wydawało. To jest ukryte moim zdaniem pod religiami, czy chcemy, czy nie. One próbują sprzedać nam część tych rzeczy, które możemy zobaczyć, przechodząc przez granicę wymiarów. Bo jasne jest to, że żeby tam dotrzeć, trzeba pozmieniać swoją własną sygnaturę organizmu. To jest ta tajemnica alchemików, że kamień filozoficzny produkowano przez siedem lat z własnej krwi i wszystkie te ciekawe opowieści na ten temat. To nie jest żadna tajemnica w tym momencie.
W tym momencie, kiedy znamy konstrukcję i budowę aminokwasów, to wiemy już, że to jest metoda pozyskiwania sobie właściwej kompozycji pól grawitacyjno-magnetycznych, które w odpowiednim połączeniu z innymi substancjami mogą spowodować, że coś z tamtego świata, w którym będziemy tylko i wyłącznie głową, możemy ze sobą przynieść. Możemy coś sprowadzić, bo w tym momencie, wkładając nasze aminokwasy do tego urządzenia, zaczynamy kontrolę nad tymi urządzeniami. I było kilku dżentelmenów, którzy to zrobili. Słynny dżentelmen od mocy sympatycznych, Walter Kiwi, 1830 rok. Urządzenia sterowane siłą woli. Facet siadał na krześle, zastanawiał się przez chwilę i nagle urządzenie ruszało. I wszyscy szukali rurek, kabli, podłączeń. Nikt nie chciał w to uwierzyć. Absolutnie. „Nie, to niemożliwe, nie ma szansy.” Ale kolega siadał i z uśmiechem na twarzy ten numer powtarzał za każdym razem.
Siadał, włączał, wyłączał, przełączał. Zabawę z tego miał niezłą. Wszyscy dziennikarze lekko świrowali. Ciągle szukali jakichś rurek, szukali tajemniczych połączeń, druta, który to będzie łączył. Pomysł był taki, że na pewno robi to ciśnieniem, bo prąd elektryczny wtedy był zbyt słaby, żeby mógł za pomocą prądu elektrycznego wykrzesać takie moce. Tak że o prąd elektryczny go nikt nie podejrzewał. I takie rzeczy się działy. I na pytanie, jak on to robi, mówił, że szyfr do urządzenia ma w głowie i że musisz się zastanowić w odpowiedni sposób. Sobie mówisz w myślach to słowo i urządzenie zaczyna działać. Jego asystent został nauczony tego słowa i paru ludzi przetestowano i okazało się, że faktycznie działa.
I nagle się okazało, że pełno przerażenia dookoła. Myślę, że to się bierze z niezgodności naszego charakteru z tym, co robimy. Bo głupio jest przyznać się przed samym sobą, że odjechaliśmy tak daleko ze swoim organizmem, że takie najprostsze instynkty jak czucie energii rękami, widzenie czasami czy coś świeci, czy nie świeci, takie normalne rzeczy jeszcze parę pokoleń do tyłu dla każdego z nas — może nie dla każdego, dla tych niechciwych — rzeczy kompletnie normalne teraz wzbudzają sensację. I to do tego stopnia, że nawet pojawiła się grupa ludzi, którzy właściwie zaczęli uczyć, jak i co myśleć na temat tych, którzy widzą i czują. Jak interpretować wizje innych ludzi. Co jest w ogóle dość zabawne i kuriozalne w tym wszystkim. Ale takie czasy. Ja myślę, że to znak przemian. Ja myślę, że to następująca synchronizacja. Źródła geologiczne prosto z kamienia.
Może sobie łyknę kawki. Źródła geologiczne z uniwersytetów i wykopalisk donoszą, że Ziemia wykonuje taki nieustanny manewr co ileś milionów lat. Można sobie sprawdzić. Ja oszczędzam ci dat i tak dalej. To jest taka radosna opowieść przy kominku. Ja tu mam jointa, którego próbuję spalić, mam kawkę i opowiadam ci tę historyjkę, bo ja tu mam sprzątanie na karku, dziewczyno, powaga. I chłopaku, powaga. Ty się nie śmiej, ale tu jest taki syf, a ja teraz opowiadam o piramidach. Czy to jest wariactwo? Czy ja zwariowałem?
Myślę, że nie. Ja sobie robię przerwę przy kominku. I wracając do tych przejść wymiarów, bo ja ciągle gubię wątek, jak zaczynam myśleć o porządku. Wracając do tych wszystkich wymiarów, bo chcę troszkę podsumować to. Trochę zacząć sklejać do kupy jeszcze bardziej niż mogę. Ten drugi wymiar z urządzeniami. Przepraszam bardzo, bo tu skarbnik jakiś zaatakował. Pozdrawiam serdecznie Ivelliosa. Słuchajcie, „Debaty Ufologiczne” w Radiu Paranormalium przypominam. Pozdrawiam serdecznie.
Dziękuję bardzo. Jak będę pamiętał o linkach to... Przepraszam, taka prywatna inicjatywa. Tutaj musiałem prywatnie do mikrofonu. Przepraszam, zasycham. Ja jednak trochę ściszę mikrofon, sobie łyknę kawki. Daj mi chwilę wyschnienia w tej opowieści, bo tu chcę taką ciekawą rzecz opowiedzieć i się zatykam, i tracę wątek. Już jestem. Już się odetkałem kawką. Doskonała kawka.
Tym razem wycieczka do słonecznej Italii. Wirtualna oczywiście, a może i w całości. Ale wracając do tych dwóch wymiarów, jeszcze posunę historię dalej, bo poza alchemikami, poza tą oficjalną nauką, jest ten główny wątek, co ta nauka chce zrobić. I to widać często po działaniach Fundacji Rockefellera, że szukają wytrychu do tego, jak by zbudować taką maszynę, gdzie każdy może wejść i sobie zamanifestować dowolną rzecz. Tak jak ich prapradziadek produkował sobie złoto, używając aminokwasów własnej krwi. Oni mają skaczonione aminokwasy i nie za bardzo działa. Efekt tych skaczynionych aminokwasów, ta geologiczna historia mocno się z tym wszystkim wiąże, bo jest coś takiego, że nawet oficjalna biologia mówi, że są dwa typy oddziaływań, które powodują powstawanie aminokwasów. Nie powiedzą ci jakie, bo twierdzą, że nie wiedzą i jest to jeszcze do badania i jest to świeża historia. Wiadomo, że jest to oddziaływanie pól. Pole z lewej, pole z prawej, nazwijmy je grawitacyjne i magnetyczne.
Prosta historia. I Ziemia, jeżeli się przyjrzymy, ty i ja razem, wspólnie, na te geologiczne mapy wszystkich struktur podziemnych, pływów oceanów, wykopalisk, to się okazuje, że wiruje cały czas nasze pole grawitacyjno-magnetyczne. Dawniej ktoś by się śmiał: „Ha, ha, ha, pole grawitacyjno-magnetyczne. Skądś ty żeś to wziął”. A weź ty, tłuku jeden, idź na stronę NASA i tam jest nawet satelita specjalna. Trzy satelity, które podają ci dokładnie cały czas pozycję grawitacyjno-magnetyczną tego płaszcza dookoła Ziemi, grawitacyjno-magnetycznego, łącznie z animacją komputerową zrobioną poklatkowo. Jest, istnieje. I to są dwa bieguny. Jeden jest trochę na lewo, drugi jest na prawo. Dwie moce, ale tak naprawdę jedna moc.
I numer polega na tym, że każda z nich ma swój biegun polaryzacji, trochę jak biegun północny i południowy. Każda z osobna. I numer polega na tym, że jak się kroi ziemię, wbija się łopatę i się wykraja z ziemi kawałki, się bada, to wygląda na to, że te bieguny sobie podróżują w lewo i w prawo. Mają taki moment, kiedy się schodzą i biegun grawitacyjny i magnetyczny jest razem oraz momenty, kiedy się troszkę rozchodzą. I właściwie oficjalnie nie ma takiego naukowego stanowiska z cyklu co się dzieje, kiedy się schodzą, kiedy się rozchodzą. Wiadomo, że towarzyszy temu jedna rzecz na 100%: przesuwanie się płyt tektonicznych Ziemi, bo Ziemia się cały czas kręci i się raz skleja w jeden wielki ląd, taki wielki, że na piechotę można z jednego końca na drugi spokojnie przejść. Zajmie to pewnie parę lat, ale da się. A później rusza z powrotem i te pola się rozchodzą i wtedy tworzą się kontynenty. Kontynenty się później rozklejają i się znowu sklejają w jedną kulkę i tak cały czas naokoło. Taki nieustanny proces.
Podróżujemy sobie statkiem kosmicznym z własnym napędem i to jest część tego napędu, jak się okazuje. Przynajmniej w mojej definicji. Jak na to patrzysz, to już twoja prywatna sprawa. Widać, że to pole jest związane z przesuwaniem się tych dzielnych płyt tektonicznych. To pole oddziaływuje na zwierzaki, na wszystko. Oczywiście oficjalnie nie ma stanowiska naukowego, ale w wykopaliskach archeologicznych widać na przykład zmianę klimatu Ziemi. Zmiana naszych biegunów grawitacyjnych równa się zmianie klimatu. Zmiana klimatu równa się zmianie zawartości tak zwanej tkanki roślinnej organicznej na planecie. Zmiana tkanki roślinnej na planecie równa się zmianie aminokwasów występujących na tej planecie. I tutaj jajko nie z tej ziemi, bo okazuje się, że taki samobójczy numer wykonujemy korzystając z ropy, bo ropa co jak co.
Czym jest ropa? To jest po prostu zbiór ciężkich aminokwasów, które zamieniły się w strukturę oleistą. Jeżeli bierzesz to pod mikroskop, sprawdź sobie, co to jest ropa. To są po prostu ciężkie aminokwasy. Tajemnica. Można powiedzieć, że lekkie aminokwasy parują w chmury. Co są chmury? To są lekkie aminokwasy wszystkiego: roślin, zwierząt, przede wszystkim nas, żywych istot. To są właśnie chmury. Te aminokwasy się skraplają i się, że tak powiem, przefiltrowują przez planetę Ziemia i tworzą sobie taki backup na dole.
Na górze masz chmurkę, a na dole pod nogami masz zbiornik z ropą. Każdy z tych zbiorników jest dokładnie tymi samymi aminokwasami, tylko że jedne są lekkie, a drugie są ciężkie. W tych ciężkich aminokwasach są substancje radioaktywne. To wiedzą wszyscy specjaliści od ropy naftowej, od robienia odwiertów, że ropa jest radioaktywna, ponieważ leżąc, szczególnie ta z tych głębokich złóż, ponieważ wszystko, cokolwiek przecieka, zaciąga te najcięższe pierwiastki prosto do ropy. Tak samo jak dna oceanów są najbardziej radioaktywne, tak samo ropa jest radioaktywna. Można sobie sprawdzić zresztą, poczytać na ten temat, zrobić doświadczenia naukowe. Nie jest to żadna specjalna tajemnica. Nie jest to taka radioaktywność, żeby nas powalała, chociaż właściwie nikt z nas nie zna konsekwencji korzystania z ropy na co dzień. Wiadomo, że jest radioaktywna, bo tam się zbierają związki radioaktywne po prostu w oleju. Te wszystkie pierwiastki się potrafią ładnie związać.
W każdym bądź razie to jest ta dolna część aminokwasów ciężkich. Można powiedzieć, że te na dole tworzą coś, co wzbudza rezonans, a te na górze tworzą coś, co wzbudza dodatkowy rezonans z informacją. Jedno i drugie. A my oraz cała roślinność to, że sobie żyjemy na planecie, oddychamy, to właśnie dzięki temu, że mamy taką poduszkę aerodynamiczną na statku kosmicznym zwanym planeta Ziemia, złożoną z aminokwasów w postaci ropy i wszystkich tych tkanek organicznych odłożonych gdzieś tam w naszej skorupie ziemskiej, i aminokwasów, które sobie latają nad nami, które są ładnie opakowane w pola grawitacyjno-magnetyczne, które to wszystko elegancko utrzymują w kupie. A w kupie jest utrzymywane za pomocą jeszcze innych planet, pozostałych oddziaływań magnetycznych. Prawda, że proste? Doszliśmy do takiego momentu, że właściwie wyciągamy część naszych aminokwasów i zachowujemy się jak szalony krewny, który zwariował. Przyszedł na obiad do rodziny. Cześć. Rodzina siedzi 10 osób przy stole i tak sobie myślą: „To wujek Czesiu.
On jest taki troszeczkę dziwny. Mieszkał długo w bunkrze poatomowym. Dziwny wujek.” A wujek Czesiu siedzi, podaje sztućce do stołu, wjeżdża jedzenie, a wujek Czesiu odkraja sobie nogę, zjada nogę na stole ku przerażeniu rodziny. Tak właściwie się zachowujemy. Ktoś z nas jest tutaj wujkiem Czesiem, który sobie odgryza sam nogę. Właściwie my sami jesteśmy takim wujkiem Czesiem, używając między innymi produktów z ropy i wrzucając te ciężkie aminokwasy z palonej ropy. Nawet jak one są doskonale przefiltrowane, to zostaje informacja o tym. I to jest właśnie największy numer, że my operujemy w polach i to jest coś, o co się obija bardzo poważnie fizyka eksperymentalna. Było coś takiego jak fizyka kwantowa. Nagle okazało się, że chłopcy się mocno rozjechali, bo takie zjawisko właściwie to żadne zjawisko, to nie ma czegoś takiego.
To jest taka próba ratowania teorii Einsteina, jak się okazało. I z biologii, i z chemii, i z kilku innych dziedzin wyskakują takie nowalijki, że to się w głowie nie mieści, że właśnie aminokwasy na przykład utrzymują pola grawitacyjno-magnetyczne, tworzą w ogóle pola, takie sekwencyjne pola, w których powstaje życie, zwyczajnie rzecz ujmując. Bo co to jest? Kawałek aminokwasów. Pamiętasz taki film „Życie powstawało na planecie Ziemia”, animowany, że piorun walnął i powstały aminokwasy od kawałku prądu elektrycznego. Właśnie się okazuje, że aminokwasy od prądu to tak nie za bardzo, ale od pola, które wywołuje ten prąd. Dlatego radiacja działa i aminokwasy się na przykład rozsypują, kiedy jest wysokie pole radioaktywne. I właśnie to jest ten numer, ten cały mindfuck z używaniem ropy, że nikt o tym nie mówi i nie chce powiedzieć, bo nauka doszła do takiego miejsca, że czegokolwiek się nie dotknie, to powie: „Wow, człowieku, mam dla ciebie słaby news, ale usiądź, bo naprawdę będzie słabo.” Ty siadasz, a on mówi: „Wiesz co? Nie pozostało mi nic innego, jak powiedzieć ci, że właśnie kiedy spałeś, zżarliśmy twoją nerkę. Moją zżarłeś wczoraj i nie wiedziałeś o tym, ale po prostu kiedy każdy z nas zasypia, to podjadamy sobie wnętrzności.
Po prostu zjadamy się nawzajem, bo jesteśmy kanibalami.” Przypomina taki stary film z lat 90. o nazwie „Delikatesen”. Polecam sobie obejrzeć. Doskonały film. Okazało się, że kulturowo i cywilizacyjnie doszliśmy do takiego poziomu „Delikatesen” za pomocą tych aminokwasów. To jest ta próba kontroli tylko po to, żeby nie puścić tej informacji o tym, że jest to podwójne pole, bo w tym momencie byśmy właściwie byli zmuszeni do zaprzestania korzystania ze sposobu, w jaki żyjemy aktualnie. Musielibyśmy dosyć mocno przewartościować wiele aspektów naszego życia, co nie jest wielu z nas po drodze absolutnie, gdzieś z boku, bo w sumie fajnie jest czasami przepalić trochę ropy albo zrobić jakieś takie historie, które są bardzo grawitacyjne dla niektórych z nas. I to jest ta część rzeczywistości, która jest związana właśnie z tym czymś, co odchodzi, z tym starym polem grawitacyjnym. Bo oprócz tego, że być może część z nas by chciała, to wygląda na to, że Ziemia właśnie wraca do tego oryginalnego ustawienia, gdzie pole grawitacyjne z magnetycznym schodzi się razem. Indiańscy szamani, nie tylko indiańscy, bo i afrykańscy i szamani tacy prawdziwi, bo słowo szaman pochodzi w rzeczywistości z Syberii i przez pewny przypadek okazało się, że używając syberyjskiego słowa nazywamy ludzi w Amazonii.
Taki paradoks sytuacyjny, ale tak wyszło. W każdym razie pracownicy służby zdrowia niezrzeszeni w formalnych związkach, ale zrzeszeni z kosmosem, pracownicy służby zdrowia, czyli szamani wszędzie na świecie wykonują takie skoki wzdłuż i w dal w przestrzeni, przynosząc czasami różne rzeczy w swoich rękach z innych wymiarów. I oni mają to pole bardzo mocno zsynchronizowane. Tam jest bardzo dużo opowieści od owych szamanów. Kiedy czytasz, kiedy rozmawiasz z takim człowiekiem, jest dużo opowieści i takich refleksji na temat: „Hej, hej, braciszkowie, zwariowaliście troszeczkę. Za dużo szaleństwa w tym wszystkim.” Znaczy jakby wszyscy zwariowali. Wiele plemion zwariowało w dzisiejszych czasach, bo dostarczono tam telewizor, trochę alkoholu i się okazało, że wszyscy dostali świra. Różnie bywa. Nie święci garnki lepią, jak mawia stare przysłowie. Ale wracając do tego drugiego świata, właśnie jest bardzo mocna refleksja na temat: gdzie został ten drugi świat?
Dlaczego ta technologia, dlaczego to wszystko, co tu powstaje, nie jest robione dokładnie zgodnie z prawami mamy natury, które są tak widoczne i tak przejrzyste, że głowa boli. I ja myślę, że szczęśliwie już doszliśmy do takiego momentu, że nie będziemy wysłuchiwać zbyt długo tych żali naszych starszych braci, bo już powoli sami łapiemy, że to naprawdę nie jest ta droga. Szczęśliwie mamy tyle fajnych perspektyw, że nie musimy się za bardzo martwić o to, co wybrać. Chyba że ktoś postanowi zostać takim alchemikiem z powieści „Fausta”, który przedłoży złoto nad swoje zdrowie i nagle się okaże, że wszyscy zdechną na jakąś zarazę, która pojawiła się w jego okolicy, a on był zajęty produkowaniem złota i właśnie wtedy jedyne co miał, to tylko swoje aminokwasy. Bo o tym jest opowieść w „Fauście”. Przeczytaj sobie między wierszami. Teraz już wiesz, o czym jest mowa, to mam nadzieję, że złapiesz tą historię, złapiesz jej drugie dno, bo ta książka ma naprawdę drugie dno, bardzo mocno historyczne. Napisał ją człowiek, który właściwie według nadal jeszcze tamtejszej nomenklatury był w sumie alchemikiem. Goethe, naukowiec, 30 lat w laboratorium, robiąc non stop eksperymenty. Ale szczęśliwie był to jeszcze też element rock'n'rolla w życiu Goethego.
Nie zapomnijmy o tym, że jak się zaręczył z dziewczyną, to wyskoczył nad ranem z okna i w ciągu jednej nocy uciekł z miasta, żeby nie było konsekwencji tych zaręczyn. Sie wie. Trochę rock'n'rolla za młodu. Bywa. Wybaczmy chłopakowi. Może ta dziewczyna nie potrafiła gotować. Nigdy nie wiadomo. Żartowałem. W każdym razie te drugie dno jasno i wyraźnie mówi, że cały czas cała energia została poświęcona na zrafinowanie technologii, doprowadzenie do momentu zrafinowania gansu własnej krwi, własnego aminokwasu, po to, żeby zbudować maszynę, która tworzy to pole. I kiedy stworzymy pole i włożymy tam swoje własne aminokwasy, to w tym momencie siłą wyobraźni możemy zamanifestować w tym polu cokolwiek chcemy.
To jest ta alchemiczna magiczna legenda i zakazany owoc alchemii. To, co ja ci mówię, to jest największa tajemnica szkół hermetycznych związanych z alchemią, łącznie z różokrzyżowcami, łącznie z masonami. Stąd są ich obrzędy związane z krwią, upuszczanie sobie rytualne krwi i tak dalej. To jest próba zabawy aminokwasami, żeby później posmarować coś tymi aminokwasami i mieć nad tym kontrolę od strony emocjonalnej. Bo technologia jest znana od tysięcy lat. To nie jest żadna tajemnica, ale szczęśliwie jest też inne oblicze tej technologii, ponieważ w rzeczywistości się okazało, że w tym alchemicznym świecie połowa wiedzy zniknęła i dżentelmeni zapomnieli o tym, że jest to broń obosieczna. Bo ta część technologii, która zniknęła, pojawiła się dopiero teraz razem z fizyką jądrową i tak dalej. Chodzi o drugą część tego pola, bo dawniej nawet w alchemii właściwie zauważano tylko jedną. Niektórzy z alchemików zauważali drugą. Ci, tak jak Rothschildowie z opowieści Goethego, wyprodukowali tylko i wyłącznie złoto i właściwie poświęcili swoje aminokwasy tylko i wyłącznie do robienia materii.
Nie chcieli wyprodukować leków, nie chcieli puścić tej technologii dalej, bo żeby wyprodukować lek, musisz otworzyć technologię na aminokwasy swoich wszystkich sąsiadów i swoich wszystkich ludzi. Musisz zebrać jak najwięcej aminokwasów. Na tym polega sztuczka. Wtedy masz recepturę na lek. Ale kiedy zbierzesz dużo aminokwasów, to może być tak, że twoje urządzenie oddziałuje na innych i nie jesteś już jedynym człowiekiem, który może robić złoto, bo może się okazać, że informacja po aminokwasach dojdzie do wszystkich tych tysięcy ludzi, którzy są objęci twoją kwarantanną, twoim lekarstwem. Więc wybór dla chciwego człowieka jest tylko jeden: albo robię aminokwasy swojej własnej krwi, przez siedem lat kolekcjonuję, żyję jak asceta, bo na tym to polega. Trzeba prowadzić bardzo ascetyczne życie, odpowiednio przygotować samego siebie emocjonalnie, bo te aminokwasy zawierają, jak mówi legenda — czy to jest legenda? Się dowiemy niedługo — sygnaturę naszych emocji, naszych stanów emocjonalnych. Czyli alchemik nie może być, mówiąc nieelegancko, wkurwion na cokolwiek, kiedy robi złoto, proszę państwa. Absolutnie.
Musi być spokojny, opanowany, nie może być problemów z tym alchemikiem. Musi być ustabilizowany emocjonalnie. W starych, hermetycznych, zamkniętych szkołach są tylko dwa rozwiązania. Jedna opcja jest zakonna, że zostajesz zakonnikiem. Taki tryb życia wybierasz. Druga opcja jest taka, że musisz mieć co najmniej piątkę albo trójkę dzieci. Trójkę? Chyba piątkę bardziej. I musisz skończyć czterdziestkę co najmniej, żeby przejść pewien etap w swoim życiu. To jest nawet w Kabale.
W judaizmie mają wręcz obsesję na tym punkcie chorobową. Wierzą, że dokładnie po tym okresie czasu twoja sygnatura grawitacyjno-magnetyczna i ilość doświadczeń, które przeżyjesz, automatycznie ustawiają cię w pozycji, w której możesz kontrolować swoje aminokwasy emocjonalne, swoje stany emocjonalne. Kiedy wytrzymałeś wściekłą żonę, piątkę dzieci, przyorało cię życie od lewego do prawego, rabin powiedział, że się nadajesz. I w tym momencie nabierasz wiary w siebie i zaczyna to powoli działać jako narzędzie. To taka tajemnica Poliszynela. W wielu religiach występuje taki numer. W wielu religiach na przykład kwestia ofiarnego biczowania się i tak dalej. Wszystkie te historie związane z aminokwasami. Teraz tajemnica jest odkryta. Nawet w biologii już wiadomo dzisiaj oficjalnie.
Także opcje były proste: albo robimy lekarstwa i wszyscy się rozwijamy i się uczymy i każdy robi sobie lekarstwo i nie ma opcji, że przyjdzie zaraza, albo nie robimy lekarstwa, tylko robimy złoto, z którego robimy nową religię. Zabawne. Sam nie uwierzysz, ale Rothschildowie stracili praktycznie prawie całą rodzinę podczas zarazy, bo dokładnie wtedy, kiedy produkowali tony złota, ojciec rodu produkował złoto i uczył następne pokolenie, jak to robić. Uczył ich od dziecka, jak zbierać aminokwasy, całej tej alchemicznej procedury. To co się okazało? Okazało się, że przyszła zaraza i jego córka zmarła. Część jego synów zmarła. Nie wytrzymali, nie przeżyli. To taki zrąb troszeczkę sytuacyjny, że masz technologię, która daje niesamowite możliwości, a kończysz jak ostatni wariat. Jedyne, co ci zostaje, to złoto.
Ale czym jest ta technologia? Ta technologia jest próbą przejścia do innego wymiaru, jak widać ciągle, nieustannie. To jest moja obsesja i ja twierdzę, że ta cywilizacja, jeżeli nazywasz to cywilizacją, to jest nic innego jak stan ciemnoty, permanentnej ciemnoty, która próbuje wmówić nam wszystkim — w pewnym momencie sami zaczynamy sobie wmawiać — że nie ma tej drugiej rzeczywistości, że jest tylko jedna. I w tym momencie tracimy kontakt z tą całą wiedzą. I wtedy taki przysłowiowy Rothschild, który produkuje złoto albo cokolwiek innego, frajer, który produkuje karabin albo ma technologię, której nie kumamy, jest w stanie przejąć część kontroli nad naszym życiem. A okazuje się, że kiedy przejdziemy za tą tajemniczą granicę, dowiadujemy się takich rzeczy, że właściwie wszystkie te cwaniaki tracą centralnie kontrolę nad naszym życiem. I to jest ta jedna zagadka tego drugiego świata, że kiedy tam przejdziemy, to znika kontrola, pojawia się informacja, pojawia się partnership z angielskiego, czyli współpraca, a nie rywalizacja. To jest ciekawy numer. Ja się zastanawiałem, czy to naprawdę nie trudno tak zauważyć, że ktoś poskuwał gigantyczną ilość fresków z tych piramid, że były tam stare freski, których już nie ma. W Europie to samo, że nieustannie niszczono cywilizację, jakiekolwiek pamiątki historyczne.
Co one pokazywały? Dlaczego te skute twarze? Dlaczego te skute gesty rękami? Dlaczego zostały tylko sylwetki? Co tym ludziom przeszkadzało? Nic. Co tam było? Była jakaś informacja. Ale jaka informacja? I to jest dobre pytanie.
A ja tymczasem włączę tutaj jakąś muzyczkę, żeby nie było, bardzo fajną muzyczkę. To troszkę inny las i troszkę inna piosenka. Ale jakiż doskonały kawałek Rock Kontrola! Prosto od starszych braci. Ciekawostka. Ja o tym wspominam czasami, ale lubię wspominać zawsze, kiedy mam okazję. Przypominam, że jeżeli szukasz swojego przodka, a od pokoleń mówisz w języku polskim i pochodzisz z polskiej, tak zwanej słowiańskiej ziemi, słowiańskiej krwi lechickiej czy jak to zwał, masz słynny RNA 2, tą grupę, nie RNA, bo RNA to jest część DNA. Anyway, masz ten kawałek kodu genetycznego specyficzny dla wszystkich Słowian. To wiesz kto jest twoim prawdziwym prapradziadkiem? Kto jest twoim dziadkiem w ogóle?
Może w ten sposób. Kto jest i moim dziadkiem. To jest dokładnie dżentelmen, który mieszka sobie w Australii. Aborygen. To jest nasz dziadek. Także można powiedzieć, że jest to nasz ludowy rock'n'roll. Otóż to. Genetycznie. R1A1. Dokładnie o tą grupę chodzi.
Otóż to. A tak na sam koniec takie podsumowanie właśnie tych wszystkich wątków w tej dzisiejszej hiperprzestrzeni. Do czego zmierzam? Jest kilka ciekawych. Wiadomo, do czego zmierzam. Cały czas o tym samym mówię, że jest ten drugi wymiar i że w tym momencie jedną z tych głównych rzeczy, która się wydarzy, to jest przejście do takiej sytuacji, gdzie dealujemy już w całości w tych obydwu wymiarach. I to jest taka historia, która przynajmniej tak mi się wydaje, przed nami i to tak mocno przed nami. Ślady tego widać coraz częściej, coraz mocniej w okolicy. Ludzie wariują. Hu hu, się dzieje.
Ale oczywiście żartuję w tym momencie, chociaż może nie żartuję z tym wariowaniem ludzi. Ale jeżeli prześledzisz sobie oficjalną naukę, to, o czym dzisiaj cały czas mówię: chemię, biologię, szczególnie biologię molekularną, chemię molekularną, fizykę, ale tą jądrową, nie tą teoretyczną, bo ta teoretyczna to kwantowe kwarki w głowach latają, troszkę mocno już w głowach lata. Jeżeli prześledzisz sobie wyniki eksperymentów robionych na bardzo wielu uniwersytetach, w wielu centrach badawczych, które są teraz aktualnie publikowane, mówiące właśnie o zachowaniach czegoś w środku jakiegoś pola, że powstaje pole i nagle w powietrzu coś się dzieje. Lewitacja. Przyjrzyj się nagłówkom „lewitacja” w samym Google. Wpisz sobie: „lewitacja”, „scientific research”, „levitation” i zobaczysz, co ci wyrzuci w dzisiejszych czasach. Przecież to jest tona tego, masa metod i wszystkie, jeżeli się przyjrzysz, jak przebiegało badanie i tak dalej, dotrzesz do oryginalnej dokumentacji naukowej. Właściwie lewitacja jest, można powiedzieć, ubocznym elementem tworzenia pola. To jest tylko informacja ładowana do pola i teraz ta informacja musi być silniejsza, żeby przeskoczyła z jednego pola, tego niewidocznego, do tego widocznego, żeby się zamanifestowała, żeby nasz groszek sobie wisiał w powietrzu. I teraz numer polega na tym, co się stanie za chwilę, kiedy pola się zejdą i kiedy właściwie wszyscy dostaniemy takie naturalne pole.
I właściwie groszek zawsze będzie wisiał w powietrzu, jak tylko na niego spojrzysz, bo się podniesie, bo chcesz, żeby się podniósł. I to nie siłą woli. No właśnie, jeszcze rękami. Rękami nie będzie zbyt wiele do robienia. Więcej myślami tak to troszkę wygląda. Brzmi to trochę egzotycznie, ale jeżeli się przyjrzysz, to jest to w rzeczywistości dokładnie jedyne miejsce, innego nie ma, w którym oficjalna nauka zapada się jak w czarnej dziurze. Pomaga. I to dokładnie od ponad 100 lat dochodzi do tego punktu i nagle jest martwe. Dochodzi do zjawisk, których nie jest w stanie wyjaśnić. Zjawisk, które właściwie mają bardzo proste wyjaśnienie.
To jest inna rzeczywistość, która zaczyna się manifestować. Zaczyna być w tym momencie widzialna. Czy to jest Wielki Zderzacz cząsteczek, czy to jest cokolwiek innego, czy to jest reaktor jądrowy, czy to jest technologia Keshe, to jest wszystko przejście na drugi wymiar. Tylko oczywiście różne stopnie tego przejścia. Ciężko przechodzić na drugi wymiar, chyba że dosłownie tylko jednowymiarowo, za pomocą atomów i radioaktywnych substancji, bo w tym momencie się rozpadamy, ale bardzo łatwo za pomocą pola magnetycznego albo odsączając pole grawitacyjne. Ja przyznam się szczerze, bardziej wierzę w tę legendę o urządzeniu Tesli, że wywołał takie zjawisko, bo Tesla doskonale kumał właśnie część grawitacyjną. Nie kumał do końca tej drugiej. Widział tylko, że ona istnieje. Prawdopodobnie, być może właśnie to była ta rzecz, która go zabiła, że pewnego dnia w jego pokoju pojawiło się dwóch dżentelmenów z niemieckim akcentem. I troszkę go przydusiła poduszka takiego dużego dżentelmena, grubego.
No właśnie. I Nikola już się nie obudził. Może o to chodziło. O to, że gdzieś tam kryje się coś, co nie ma nic wspólnego z tym oficjalnym wątkiem, w który wszyscy śmiało się zapędziliśmy na parę lat ostatnich, a niektórzy jeszcze bardziej śmielej zdecydowali, że tak właśnie wygląda cały świat. Może jest zupełnie odwrotnie. Wszystkie miejsca, w których nauka się wywraca, wszelkie czarne dziury to są właśnie miejsca, gdzie pojawiają się te zjawiska, których nikt nie jest w stanie wyjaśnić, a jedyne wyjaśnienie jest takie, że ciężko niektórym ludziom to zaakceptować, bo jedyne, co możesz powiedzieć, to to, że mamy dziurę do drugiego wymiaru. Nagle nasze filmy science fiction stały się rzeczywistością. Gwiezdne Wrota, te sprawy. Tu się okazuje, że w tej „Stacji Gwiezdnych Wrot”, że właściwie my sami jesteśmy drzwiami do innego wymiaru, bo tak jak w przypadku alchemików, drzwiami do ich wymiaru, żeby złapać ten kawałek sztabki złota, była ich własna krew. Tak samo w naszym przypadku.
Każdy z nas się , że tak powiem, skaleczył nie raz. Każdy z nas dmuchnął, chuchnął nie raz, chociażby ja w tym momencie. Każdy z nas puchnął swoimi aminokwasami w świat. Niektórzy nawet zrobili takie substancje o nazwie CO2 i puchnęli, i to tak konkretnie, w świat. Efekt jest taki, że aminokwasy wiążą się w troszkę inne pola grawitacyjne, bo to jest związane z naszą myślą. Otóż to. I to jest taka ciekawa refleksja, która też nie daje spokoju współczesnej nauce, bo okazało się, że wynik eksperymentu nie jest do powtórzenia przez każdego w taki sam sposób. Przynajmniej nie zawsze. Chodzi o to, co już doskonale zauważono lata temu, że największy wpływ na eksperyment ma zwyczajnie eksperymentator. I teraz się okazało, że wielu możnych tego świata chciałoby nagle dotknąć cudownej technologii, czyli zrobić coś, co jest niesamowite, daje im władzę premanentną, wszystkie złoto świata, cokolwiek.
Każde głupie marzenie może się zrealizować. I teraz jest numer. Ktoś musi wywołać to zjawisko i okazuje się, że wszyscy dochodzą do takiej ściany, że właśnie ty musisz wykonać to zjawisko, to ty musisz być gotowy, bo to zjawisko operuje w twojej rzeczywistości. Nikt za ciebie nie jest w stanie sobie lepiej wyobrazić tego, czego szukasz. A w tym momencie realizuje się dosłownie to, co chcesz sobie wyobrazić. Złoto jest takie dosyć dosłowne, niezależnie od tego, czy ja, czy ty, czy ktokolwiek sobie wyobrazi, zawsze będzie złotem. Ale nawet przy tym złocie istotna jest sygnatura, jak się okazuje ciągle, tego alchemika, tego dżentelmena, który musi być na tyle okiełznany ze swoimi emocjami, żeby pomyśleć sobie w taki sposób, żeby to jego pole magnetyczno-grawitacyjne ustawiło się tak, a nie inaczej i dopełniło całej roboty. I nagle pych, dzieje się rzecz. Jak się okazuje, bogaci ludzie nie mogą w ogóle złapać tego pola. Co dużo mówić, mama natura ma taki specjalny hamulec na naturalną blokadę, że żaden z nich nie ma tej umiejętności, możliwości robienia magicznych sztuczek.
Co najwyżej może upuścić trochę aminokwasów i w specjalnych, kontrolowanych warunkach jakiegoś szaleństwa orgiastycznego poczuć minimalnie jakieś tam lekkie zakręcenie pola albo coś takiego. Tylko tyle. I jeszcze rozsypać się po drodze, próbując się później ratować jakimiś dziwnymi, tajemniczymi metodami, które nie są dostępne dla nikogo. Nikt nie będzie chciał przekroczyć nigdy tej granicy, bo przekroczenie tej granicy oznacza, że przestaje się być wyjątkowym, że informacja rozchodzi się już w dowolnym kierunku i nie ma już hermetycznej szkoły. Absolutnie. Wiedza należy do każdego i w tym momencie nie można już kłamać i draństwo nie ma żadnego sensu. To jest chyba ta największa tajemnica, przed którą się nas trzyma, opowiadając nam, że jesteśmy strasznie źli od kołyski, że lud rucki, że ten gatunek, że zjadamy się nawzajem, że to jest naturalne, że jak ja wygryzę ci oko, to wszystko jest okej i ja wcale nie zwariowałem. To jest wiara, w którą się nas wprasowuje tylko po to, moim zdaniem, żeby zatrzymać falę nie do zatrzymania. Falę, która zawsze następuje po wielkiej burzy, kiedy informacja wraca i kiedy wszyscy się dowiadujemy skąd my jesteśmy, co to się w ogóle działo na tej ziemi wcześniej, jak my w ogóle funkcjonujemy, co możemy sobie robić, że jesteśmy kompletnie wolni, że nie ma w ogóle jakiejkolwiek podstawy logicznej, energetycznej, żeby jakikolwiek człowiek był niewolnikiem drugiego człowieka, żeby w ogóle trwała zabawa w wymienianie się banknotami i w ogóle zabawa w zasoby. Skąd się wzięły zresztą pieniądze?
Bo wiadomo, że nie mam wszystkich zasobów. Muszę się wymienić swoimi na inne. Najwygodniejsza metoda to znaleźć taką zunifirmowaną formę zasobu, który pasuje każdemu, czyli pieniądz. Ale kiedy każdy może sobie produkować zasoby, to co wtedy? To jest ta tajemnicza wiedza i myślę, że to jest coś, co powoduje, że czeka nas wszystkich chyba zmiana wewnętrzna. Ten kawałek wiedzy, który właśnie wylatuje na zewnątrz, którego się już nie da utrzymać i czy chcemy, czy nie, on się tak czy siak zamanifestuje na jakiekolwiek sposoby. Czy to będzie nowy produkt, nowy telefon, który będzie miał technologię XYZ i pomyślimy sobie coś innego, czy to będzie coś związanego z jedzeniem, czy cokolwiek. Po prostu jesteśmy na to skazani, ponieważ jest to naturalny proces związany z planetą Ziemia. Po prostu pewnego dnia wszystkie kontynenty się z powrotem schodzą, aby znowu ruszyć sobie w kosmiczną podróż, bo jest to napęd statku kosmicznego. Gdyby spojrzeć na to wszystko z tej perspektywy, to co tu mówić, człowieku?
Jesteśmy chyba w idealnym momencie historii. Lepiej chyba nie było na tej planecie od setek tysięcy lat. Może od setek tysięcy lat nie, ale od 6000 lat, kiedy zdołowani przodkowie złapali za flaszkę i zapomnieli o naturalnej medycynie, która utrzymuje nam informację o tym, że świat nie składa się tylko z tego, co widzimy i możemy dotknąć tutaj. Że są rzeczy, których dotykamy jako czystą informację i potrafimy sobie przenieść z tego wymiaru i że właśnie jako nauka się wybieramy w ten wymiar. Bo czym jest właśnie przenoszenie tych materiałów dziwnych, które się pojawiają podczas tych dziwnych eksperymentów? Ja dzisiaj dużo mówiłem o złocie, o manifestowaniu się złota. To troszkę brzmi alchemicznie, ciężko to przyłożyć do rzeczywistości, bo wiadomo, że nikt z nas w tym momencie, przynajmniej ja tego nie robię, może ty to robisz, nie robi złota. Ale jeżeli się wczytasz w te wyniki eksperymentów, to przeczytasz, że powstaje masę różnych substancji, które nie powinny się pojawiać. Okej, nie jest to może złoto, nie jest to może nic wielkiego i wartościowego, ale jest to przede wszystkim substancja, która pojawiła się w miejscu, w którym w ogóle nie powinno jej być. I teraz jest pytanie, co my wiedzieliśmy na temat tej substancji?
Okazuje się, że nic, że tworzą ją warunki. I się okazuje, że tym warunkiem jesteśmy my. Są nasze aminokwasy, które powstają z kombinacji naszych pól emocjonalnych, bo stąd się to bierze. Nasza emocja to jest część pola grawitacyjnego i magnetycznego. Jak sobie pomyślę w lewo, to będzie taki aminokwas, jak pomyślę w prawo, to taki. Kojarzysz eksperymenty pana Masaru Emoto? Jest instytut, który robi zdjęcia według jego technologii, od jego nazwiska zresztą i dalej zajmuje się badaniem wody. I tam są robione różne zdjęcia. Jest zdjęcie wody, kiedy człowiek się boi. Jest zdjęcie wody, kiedy człowiek się nie boi i widać, że są zupełnie inne sygnatury tych patternów.
Zupełnie inne kryształy powstają wtedy na lodzie. A skoro powstają zupełnie inne kryształy, to jak mówi współczesna nauka, oznacza, że dookoła jest inne pole. I skoro ta informacja się zapamiętuje w wodzie i to tak bardzo wyraźnie, to znaczy, że ona jest cały czas dookoła nas. I w tym momencie taka lekka, ożywiająca kąpiel w lodowatej wodzie. Co my robimy spalając ropę? Przecież to są nasze aminokwasy. To jest troszkę tak, jakbym sobie właśnie teraz wziął piłę i odcinał nogi na żywca. Przecież za chwilę nie będę miał tej grupy pól grawitacyjno-magnetycznych, która utrzymuje mnie na powierzchni tej planety. I to jest miejsce, do którego szczęśliwie dotarliśmy, że powoli zaczynamy zlepiać te wszystkie wątki w jeden i zaczynamy kumać, że radosną rzeczą związaną z tym światem, który jest wielowymiarowy, jest to, że wyskakujemy z tego kanibalizmu. I to jest miłe i przyjemne.
Być może dla niektórych jest wstrząsem przestanie zjadania się nawzajem, ale myślę, że dla większości jest to doskonały news, że jest to jedyna opcja wyskoczyć z kanibalizmu i że właśnie w taki oto naturalny sposób wypływamy z tej dziwnej zatoki, w której utknęliśmy na jakieś 6000 lat. Tak mi się wydaje. Zobaczymy, co się będzie dalej działo z nauką. Ja sobie śledzę i tu, i tam, i sam sobie robię eksperymenty. Zresztą inna sprawa, że partycypuję w pewnej technologii, właśnie technologii Keshe, budując sobie urządzenia w tej technologii Keshe i dziwując się co niemiara. Z radością oczywiście, bo okazuje się, że ta emocjonalna część robi tutaj bardzo poważną robotę i bardzo mi się to podoba. Myślę, że świat już chyba dorósł do tego, żeby zrozumieć, że to nie polega na tym, że każde marzenie się spełnia. To chyba nie w tą stronę. Ja myślę, że każde dobre marzenie, które jest pewnoprawną informacją, która jest w stanie komuś pomóc Nie zaszkodzić zawsze się spełni. Tak samo jak informacja, która ma komuś zaszkodzić.
Tylko że teraz nadchodzą takie czasy, że powiązanie informacji w polu magnetycznym z oddziaływaniem grawitacyjnym jest już bardzo szybkie i te interakcje są bardzo krótkie. Siłą rzeczy każdy z nas szybciutko dostanie zwrot tej akcji, którą wysłał od siebie. Także nie będzie problemu z radosnym, szczęśliwym życiem, które niektórzy w niektórych zamorskich krajach nazywają karmą taką na co dzień, że fajnie nam się żyje i fajnie nam się funkcjonuje. Ja myślę, że to jest ten moment, który właśnie się manifestuje aktualnie. Taki pozytywistyczny jestem jak zwykle pod tym względem, ale myślę, że to jest, co by nie mówić, dokładnie ta sytuacja. Bo co nas czeka za tą kurtyną, którą tak usilnie próbowano nam zatrzymać, żebyśmy się nie dowiedzieli, co jest po drugiej stronie. Po drugiej stronie nie czeka nic innego, jak tylko informacja o tym, jak sobie korzystać z dowolnych rzeczy na świecie. I to w taki sposób, że jesteśmy absolutnie wolni od jakiejkolwiek zwierzchniej roli, jakiejkolwiek ideologii, jakiegokolwiek innego człowieka, jakiejkolwiek innej istoty, jeżeli chodzi o naszą egzystencję, przetrwanie, ciepło, czucie się dobrze, bycie najedzonym, fajne kontakty z ludźmi. Nagle się okazuje, że ups, za tą kurtyną jest dokładnie milion opcji na bycie niezależnym. To jest ta jedna tajemnica, że z tej strony musimy zawsze odgrywać pewne zależności pomiędzy sobą, bo jest to świat grawitacyjny.
Nie każdy się nadaje do łapania za łopatę i kopania tą łopatą non stop. Niektórzy po prostu wyzioną ducha po krótkim czasie. I to nie jest chyba opcja na życie. Za to zapewnia kilku ludziom całkiem niezłą zabawę, jak się okazuje. Natomiast ta opcja z drugiej strony daje zabawę wszystkim. Tylko kurczę, jedni zostaną smutni. Bardzo wąska grupa ludzi. I to chodzi tylko i wyłącznie o informację, o tą jedną informację, że faktycznie nie jest to jedyna rzeczywistość i tylko to. Jak to się otwiera, to się otwiera wszystko. To jest kwestia istnienia braci w kosmosie, wszelkich możliwych wymiarów i już swobodnego podróżowania głową i konceptami w troszeczkę bardziej odległe rejony, tak sobie myślę.
Jest to też kwestia związana z technologią, której się używa. Ja myślę, że ogólnie z aspektami życia, przede wszystkim z nerwami na co dzień. Bo kiedy każdy z nas ma zapewnione to, czego potrzebuje do przetrwania, to taka nerwówka absolutnie szybciutko znika i nie ma jej w życiu. Absolutnie. I to właściwie tyle chciałem dzisiaj powiedzieć na temat tej szalonej wizji, takiej przyszłości wizji, o tej zmianie troszeczkę, że to jest taka kosmiczna historia, ale na tak wielu poziomach, że to nie jest tylko kwestia, że wykopano parę kamieni, na których w kalendarzu idealnie zapisano datę dziwnego wydarzenia na niebie. I akurat od jakiegoś czasu, zaraz po tym wydarzeniu troszkę inaczej się dzieje na świecie, że pojawiają się różne rzeczy, które wcześniej się nie pojawiały, że pojawiają się pewne koncepty. I właściwie, jak się okazuje, nie jest to nic aż tak egzotycznego. Jest to dokładnie to samo, co wielu ludzi zna z podróży na psylocybinie, z podróży po LSD, ayahuasca i nie tylko. To jest ten drugi świat, ten drugi wymiar. I teraz jest moment, kiedy wreszcie następuje synchronizacja.
I co ciekawsze, ta synchronizacja jest dosyć mocno fizyczna. Tak sobie myślę. Bo synchronizują się nasze organizmy, synchronizuje się planeta i to jest chyba coś, co próbowano ukryć przed nami. Biedactwa. No bo jak przecież synchronizujemy, to przecież i tak wszystko wyjdzie na jaw. Już wszystko wyszło na jaw, to już i tak wiemy tyle, że no właśnie. Jedyne co nam zostaje, to powolutku, najszybciej jak każdy z nas może, powyłączać sobie ten syndrom kanibala, który sobie odgryza nogę, chociaż wcale nie musi. I to wszystko. Czyli właściwie jesteśmy na początku całkiem niezłej kosmicznej podróży. Bo jest taka legenda stara, oczywiście gdzieś tam z okolic Indian i tak dalej, że kiedy planeta się budzi, a chodzi dokładnie o ten moment czasu i historii, że to właśnie będzie po tym przesileniu, że spotkamy braci z kosmosu bla, bla, bla.
I oprócz tego, że planeta się budzi, to tak naprawdę planeta rusza w długą podróż i to jest piękna podróż. Rusza gdzieś tam w jakieś kosmosy. I to jest w ogóle taka ciekawa historia dla mnie osobiście. Myślę, że dla każdego z nas, kto patrzy na to od tej strony kosmicznej podróży, bo przecież Ziemia jest niczym innym jak statkiem kosmicznym. Nie tylko te blaszane zbiorniki z paliwem, które sobie latają gdzieś tam na niskich orbitach, tylko tak naprawdę cała planeta jest statkiem kosmicznym z własnym zasilaniem, systemem podtrzymywania życia, tymi wszystkimi pięknymi sprawami. I mam nadzieję, że z naszym doskonałym samopoczuciem i z naszymi doskonałymi aminokwasami. I to jest chyba ta cała tajemnica, która tam była schowana właśnie za tym, że jak była babcia, która robiła zioła, to babcię na popiół szybciutko przerobiono. Gansy wapna i nie tylko. Ludzkie aminokwasy takie w popiele. A alchemicy, którzy produkowali złoto, zamienili się w naukowców, którzy stracili, jak na ironię, z powodu swojej chciwości umiejętność prostego i łatwego produkowania złota i próbują odkryć to na nowo w dzisiejszych czasach.
I do czego dochodzą? Do tego, że właściwie to już jest taki moment, że albo wszyscy produkujemy złoto, albo nikt. A jak się okazało, praktycznie wszyscy już możemy, bo ta wiedza wyciekła. Także skoro to możemy, to możemy pójść też w drugą stronę, troszkę inną niż doktor Faust i nie zajmować się produkcją czegoś, co wyrzuca jakąś toksyczną orbitę, tylko skorzystać z tej wiedzy, przekroczyć drzwi drugiego wymiaru, połączyć wszystko, co tylko możemy i myślę, że przed nami całkiem niezła zabawa. I to jest coś, co powinniśmy przede wszystkim mieć na uwadze. Swoją własną dobrą zabawę. Oczywiście nie krzywdząc nikogo, z miłością i pokojem człowieku, jak najbardziej. Żadnych hedonistycznych, autodestrukcyjnych odruchów. Naci Lao Qi, relaksie, loty w kosmos. I taką refleksją chciałem zakończyć swoją dzisiejszą podróż, którą odbyłem sobie razem z tobą.
I na koniec taka ciekawostka, bo wszyscy myślimy, nawet ja i ty, wszyscy i nawet ci, którzy nas tutaj słuchają. Poważnie. Że wiemy wszystko o rzeczywistości. Taki odruch. Ja myślę, mam to często, że wydaje mi się, że wiem już prawie wszystko. I są takie piękne momenty, że odkrywamy i ty, i ja. Za ciebie i za siebie mówię tak, żeby wziąć się pod włos, buduję jedność. Taka propagandowa sztuczka. Nie, już nie będę taki propagandowy. Zawsze człowiek się czymś zaskakuje.
Ja też się zaskakuję dźwiękami na wyprawach różnych psychodelicznych. Poważnie. Z medycyną dźwięki są niesamowite i te dźwięki są bardzo znajome i czasami się wydają tak znajome, że całe życie słyszysz te dźwięki i się zastanawiasz, skąd je znasz, ale nigdy ich nie słyszałeś i ty też nie słyszałaś. I pewnego dnia się okazuje, że ktoś zrobił eksperyment naukowy i się okazuje, że te dźwięki są dookoła nas. Dokładnie te dźwięki. Chcesz usłyszeć, co i jak często zdarza mi się słyszeć na przykład po dobrej, mocnej medycynie, kiedy siedzę i się leczę i mój organizm wraca do normy i budują się połączenia neuronowe i jestem gdzieś w kosmosie swoją głową. Chcesz usłyszeć, jak brzmi czasami taki dźwięk? To ci puszczę, a później powiem ci, co to jest. Właśnie, człowieku, czy ty wiesz, co to było? Brzmi dokładnie tak samo jak dźwięk, który zdarza się słyszeć po ayahuasce w głowie.
I w ogóle ta melodia specyficzna. Bardzo specyficzne, bardzo takie wbijające się w głowę pamięcią. Ja myślę, że do końca życia będę już kojarzył to w ten sposób chyba. Skąd wziął się ten dźwięk? Ten dźwięk to jest nic innego jak świerszcze. Pewien dżentelmen po prostu nagrał dźwięk świerszczy na łące, po czym to zwolnił. I okazuje się, że świerszcze, kiedy są zwolnione ileś tam razy, nie pamiętam już ile, brzmią jak orkiestra filharmoniczna. I to jest ta niebiańska muzyka, którą czasami słyszymy na łące i ktoś mówi: „Miałeś halucynacje. Ta muzyka nie istnieje, to w ogóle tylko w twojej głowie”. A tu się okazuje, że to nie jest w naszej głowie.
Ani w twojej, ani w mojej, bo to się dzieje naprawdę. Tylko w tym momencie i twoja głowa, moja i twoja głowa się przestraja do tego rezonansu i słyszymy tą piękną, jak to się nazywa, niebiańską muzykę graną przez świerszcze. Słuchaj poważnie, to są świerszcze. Posłuchaj jeszcze raz. Mówię ci. Muchos gracias. Nie da się ukryć, że skojarzenia są po prostu automatyczne. I to są świerszcze. Zwolnione świerszcze, które słyszymy każdego roku. Zawsze na łące, latem, wieczorami.
Wszystkie te owady. Nagraj sobie owady wieczorem na łące albo w lesie i zwolnij. Zobaczymy, co wtedy usłyszysz. Hu hu hu. Może się dziać grubo i może się okazać, że to są właśnie te niesamowite dźwięki. I teraz jest pytanie, kto tutaj ma halucynacje? Czy ci, którzy twierdzą, że świat jest jeden, rzeczywisty? Czy ja? Otóż to. No właśnie i z tym pytaniem cię zostawiam dziewczyno i chłopaku.
Życzę ci miłego weekendu. Jutro niedziela. Właściwie dzisiaj niedziela. Niedziela dzisiaj. Także wyśpij się człowieku zdrowo, kolorowych snów, a jak jeszcze nie idziesz spać, zapraszam cię na wieczorową porę. Jeszcze raz dziękuję za wysłuchanie kolejnego odcinka „Hiperprzestrzeni”. Zapraszam do moich kolegów radiowych. W środę jest książę Edward o godzinie 23 polskiego czasu i kawał dobrego rock and rolla i kawał dobrych opowieści. Ostatnio był reportaż z pola z wyrwania grzybów. Rewelacja.
Wypas. Ja to zazdroszczę księciowi takich reportaży. Mam tu taki lasek w okolicy i planuję się wybrać, bo przecież dzisiejsza audycja jest poświęcona i sponsorowana przez sezon grzybowy. Co by tu dużo nie owijać w bawełnę, bo zaczął się sezon grzybowy w Polsce. Słyszałem, że pierwsze przymrozki przyszły także grzybiarzu miły, zakładaj buty na nogi takie, żebyś nie zmókł w tej łące. Uważaj na pałki człowieku, żeby cię nie złapały te pały i zasuwaj po grzyby. Uzupełnij spiżarnię. Nigdy nie jest za dużo. Tysiąc? Może być, ale to naprawdę nie jest dużo.
Weź człowieku, zbieraj do oporu. Zaczął się sezon i tyle. To jest najlepsza medycyna. To jest medycyna, która właśnie pozwala otworzyć drzwi pomiędzy wymiarami i skonsolidować się wewnętrznie i zewnętrznie. Także zapraszam do księcia, który ostatnio właśnie reportaż z łąki na temat zbierania grzybów. Zapraszam do siebie w czwartek, gdzie bardzo technologicznie zajmuję się takim bardziej drucianym aspektem, można powiedzieć naszej duszy. Twojej i mojej. Otóż to. Otóż to. Naszych aminokwasów.
Twoich i moich. Nie, nie, nie mylisz się. Nie, piosenki będę śpiewał może później, może w czwartek zaśpiewam jakąś piosenkę, a może nigdy nie zaśpiewam. A może zostałem gwiazdą? W każdym razie zapraszam cię na czwartek. Tam mówię o technologii Keshe. A teraz zapraszam cię na wieczorową porę. A jeszcze w piątek nie zapomnij, że jest teoria chaosu w Radiu Nafali. Wszystko oczywiście działa. Archiwa znajdziesz częściowo na Radiu Paranormalium u Ivelliosa.
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do debat ufologicznych w niedzielę w Radiu Paranormalium. Debaty Ufologiczne jak rzadko kiedy mam okazję akurat być na żywca wtedy i słuchać, ale jak mi się tylko udaje, sam tam słucham na żywca. Anyway, zapraszam cię serdecznie, bo to jutro już i akurat jutro pewnie mam gościa. Już się pojawia w progach, także nie mam pojęcia co będzie, ale może ja zdążę na debatę. Co jeszcze chciałem powiedzieć? Chciałem ci powiedzieć, że właśnie tam są częściowe archiwa na Paranormalium, „Hiperprzestrzeni” i tak dalej, a dodatkowo archiwa syntezy są na czasnu.com u Grzegorza. Pozdrawiam serdecznie. Dokładnie u Grzegorza. Tam są czasy sny nowe wychodzą także śmiało człowieku zasuwaj. Ja sobie tak podsłuchuję kawałkami, sobie zbieram te czasy snu, żeby odsłuchać, bo ciągle jestem zakopany w korespondencji.
Jestem człowiekiem, który został strasznie po prostu zapracowany aktualnie. Tak w ogóle bez dowcipu próbowałem dzisiaj wyrwać czas na posprzątanie pokoju, a prawda jest taka, że jak zrobiłem swoją robotę, to minęło pół dnia, bo dzisiaj tak i o medycynie i ciągle sprzątam ten pokój. No tak, to już. No tak, tak czy siak przede mną sprzątanie. Huch, się narobiło. No i zrobiony troszkę jestem. Anyway, zostawiam te zrobione rzeczy do czwartku. W czwartek się tu spotkamy i z tymi, którzy są Keszystami się spotkamy. Otóż to. A ja zapraszam ciebie, jeżeli jeszcze nie idziesz spać na wieczorową porę w Radiu Nafali, gdzie popuszczam trochę muzyki, pogadam troszkę rzeczy i będziesz mógł zadzwonić.
To tyle na dzisiaj. Także dzięki wielkie za obecność w Radiu Nafali w „Hiperprzestrzeni”. Człowieku, trzymaj się! Jeszcze wielkie dzięki za wspieranie radia finansowo. Peace and love mecenasko, mecenasie. Peace and love i big hug jak się mawia, czyli wielki duży, ciepły uścisk. I co jeszcze chciałem powiedzieć? To wszystko na dzisiaj. To wszystko. Znikam na wieczorową porę.
Do usłyszenia następnym razem. Słuchałeś oczywiście radia nafali.com.