[00:00] - To think for yourself and question authority. Witam cię człowieku w lesie w Radiu na Fali. Nie, nie jestem Tomek, a to kolejny odcinek „Hiperprzestrzeni”. Muszę się rozgadać, bo dzień dzisiaj piękny. Naprawdę piękna pogoda tu w Londynie. Ja oczywiście nadaję do ciebie z południowej części tego miasta. Jeszcze sobie ustawiam gałki. Troszeczkę leniwy zrobiłem porządek dookoła, bo tu powstał harmider co niemiara, ale o tym wszystkim i w ogóle mam dzisiaj taki temat, który wynika troszkę z tego harmideru, tych wszystkich historii, które się dzieją, jak się czasy zmieniają. W ogóle mam taką refleksję. To strasznie intrygujące lato, przynajmniej w moim życiorysie.
Wiele lat przeżyłem, ale takiego jak to nigdy jeszcze pod wieloma względami. Ale o aspektach tego cudownego lata i nie tylko, takich moich refleksjach to oczywiście dzisiaj w „Hiperprzestrzeni”. A ja może zacznę od tego, że cię pozdrawiam, mecenasko i mecenasie Radia na Fali. Peace and love, człowieku. Wielkie dzięki za wspieranie radyjka. Pozdrawiam Ivelliosa, bo oczywiście „Hiperprzestrzeń” oprócz tego, że w Radiu na Fali jako matczynym radiu, a że nam serwer odjechał gdzieś do innych światów, także nie możemy wrzucać aktualnie audycji na bieżąco. Szczęśliwie archiwum działa, także wszystko jest okej z archiwum. Na żywca jest tylko na żywca. Ewentualnie u Ivelliosa w Radiu Paranormalium w archiwum. Także dziękuję tutaj Ivelliosowi serdecznie.
Pozdrawiam wszystkich tych, którzy słuchają właśnie sobie tam w Radiu Paranormalium. Oczywiście oprócz tego Radio Dreamtime i niezapomniany Juby. Peace and love, człowieku. Juby, czyli Grzegorz zadbał o to, że te wszystkie odcinki wielu podcastów, które tutaj leciały przez ostatnie miesiące zostały zbackupowane, zostały wrzucone na Chomika i jak nigdy nie byłem miłośnikiem, dalej nie jestem. Człowieku, nie przejmuj się tym absolutnie. Grzegorz tam puszcza czasami linka. Ja za chwilę podejrzewam, wrzucę go na stronę internetową radia, jak tylko się ogarnę ze swoimi historiami pozaradiowymi i będzie można sobie ściągać z Chomika. Jeżeli tam jesteś na Chomiku, jeżeli nagrywasz to sobie nagrywaj i puszczaj dalej. Dystrybuuj, że tak powiem, niezależnie w podziemiu czy jakoś tak. Otóż to.
Co jeszcze chciałem powiedzieć o tym, żeś sobie dystrybuował, nagrywał i ściągał, bo archiwum radia jest martwe. O tym, że pozdrawiam cię słuchaczu absolutnie live. No i pozdrawiam cię słuchaczu, który jesteś tam offline. Nie wiem gdzie, nie wiem jak, nie wiem skąd i czego słuchasz. Grunt, że słuchasz. Także miło, że słuchasz. Pozdrawiam ciebie i gdzieś tam pewnie zasuwasz przez kosmos i bardzo dobrze. I pozdrówiam. Oczywiście pozdrówiam i pozdrawiam, i wszystkie odmiany pozdrawiania wszystkich obecnych w kosmosie. To co?
To ja może zacznę od samego początku, bo za mną, że tak powiem, intensywny tydzień. Nie mam żadnego mocnego, tak zwanego w cudzysłowie mocnego tematu dla tych, którzy lubią się złapać takiego konkretu, że powiem tu o datach, powiem o ludziach, wyciągnę zwłoki z szafy i tak dalej, i tak dalej. Nie, nic z tych rzeczy. A właśnie miałem powiedzieć jedną rzecz. Zapomniałem. Przecież Grzegorz też retransmituje. Otóż to. I jutro wrzuci link do torrentów i ja te linki szybciutko wrzucę jako news na stronę Radia na Fali, tak żeby wszystko było pod ręką i znajdziesz to bez problemów. Otóż to. Ale to będzie i tak jutro wieczorem, także nie licz na to, że rano cokolwiek się wydarzy, ponieważ rano, jak się okazuje, niby weekend, ale ja tu w ten weekend po prostu zarobiony jestem.
O, właśnie widzę zdjęcie, bo jestem na czacie. Zapraszam cię na czacie Radia na Fali. Pozdrawiam wszystkich na czacie. Widziałem zdjęcie królików, które lubią słuchać „Hiperprzestrzeni” i właśnie szamią zielone liście cannabis. I bardzo dobrze. Właśnie cannabis w ogóle powinno być legalne przede wszystkim wszędzie. Ja myślę, że człowieku, to jest dobry moment, żebyś ty też zrobił sobie legalny cannabis. Ja myślę, że dzisiaj taki wakacyjny odcinek troszeczkę. Ja tu powiem, co tam u mnie troszeczkę słychać. Takie refleksje związane ze strachami ludzi i w ogóle ze strachem cywilizacji, bo tak się rozglądam troszeczkę, a mam jak zwykle kilka okazji, żeby się porozglądać trochę po świecie i po ludziach, i po sobie, i po innych sprawach.
Wiesz jak to jest. Człowiek sobie żyje, robi różne rzeczy, dowiaduje się różnych rzeczy i czasami to zmienia ogółem sytuacji. Czasami to zmienia wiele. Ja akurat mam taką historię, że okazało się po latach poszukiwań, że tu wspomnę oczywiście odrobinę, bo czemu miałbym nie wspomnieć, że znalazłem technologię, która zrealizowała wszystkie te koncepty, których poszukiwałem, mówiąc szczerze jako żywa istota. Chodzi mi o takie opakowanie rzeczywistości. Wiesz, że świat jest miły, przyjemny i skonstruowany tak, że nadaje się dla ludzi, a nie dla jakichś generalnie świrów i nikt z nikogo nie próbuje zrobić świra. Co najwyżej sami z siebie. No ale właśnie, jak się okazuje, mam taką refleksję w tym tygodniu, którą się tutaj z tobą dzielę, że jeżeli ktokolwiek robi z nas świra, to jesteśmy tylko i wyłącznie my sami. Absolutnie my sami. I to tak dosyć konkretnie.
Bo uwaga, tak się zastanawiam troszkę, patrząc w przód, przed siebie, w przestrzeń nad tym robieniem świra. Właśnie. Czy kiedyś zrobiłeś z siebie świra? Czy ty też robisz z siebie świra? Ja na pewno zrobiłem parę razy. Ale mówię o troszkę innym świrowaniu. Mówię o takim radosnym świrowaniu w cudzysłowie radosnym. Cokolwiek, bo to można sobie teraz etykietki wymyślać, przyczepiać różne znaczenia do tego słowa, kombinować. Generalnie chodzi mi o takie ześwirowanie, że zaczynają się lęki, że nagle część naszego zachowania jest determinowana lękami i to mocnymi lękami, czasami głębszymi, czasami płytszymi. Różnie to wygląda, bardzo różnie.
No i dzisiaj tak troszeczkę w obłędzie tej cywilizacji będę chciał wspomnieć o takich swoich refleksjach właśnie jak to się zabija tą cywilizację i co to na przykład determinuje, gdzie widać ślady tego i jak to się zmienia i dlaczego to nie ma sensu. I że są pewne sprawy, które naprawdę można robić zupełnie inaczej. I nie ma z tym żadnego problemu. Poza tym jednym problemem, który tkwi w naszej głowie, bo kiedyś się nasłuchaliśmy jakichś niesamowitych bajek, opowieści o tym, że Przed nami ludzie, którzy żyli przed nami. Wszystko już poznali, wszystko już zbadali, wszystko już wiemy i właściwie jesteśmy tacy super wszystkowiedzący. Taką doskonałą ilustracją jest na przykład doktryna każdej monoteistycznej religii, która mówi o tym, że człowiek ma panować nad światem. God damn! Czy jest coś bardziej porypanego? Czy może być ktoś bardziej szurnięty po głowie, z porysowanym mózgiem, kto ma problem z tym, żeby utrzymać płyn moczowy w nerkach przez 24 godziny, a już mówi, że panuje nad światem. Gdyby ta planeta się jeszcze kończyła kręcić po 24 godzinach i było paru cwaniaków, którzy powiedzieli: „E!
Wstrzymałem swój mocz dłużej niż kręci się ta planeta”, to jeszcze bym powiedział: „Okej stary, jesteś niezłym cwaniakiem i być może coś na ten temat wiesz”. Natomiast w rzeczywistości wygląda tak, że ci, którzy najczęściej zasadzają nam różne dziwne babole w głowie, różne takie koncepty, które są kompletnie chore, łącznie z konceptem wszelkiej możliwej religii, polityki. Wiesz, o co mi chodzi. Chodzi mi o te choroby psychiczne, które ludzie sobie wymyślają. Są ludzie, którzy na przykład twierdzą, że jak zostaną politykami, to wtedy się zmienią na lepszych ludzi i musimy na nich głosować, bo to jest nasza jedyna szansa. Jak wybierzemy kolejnego świra, to świat będzie mniej ześwirowany. Ciekawy pomysł. Szkoda tylko, że mało logiczny. Generalnie jest ten strach, który determinuje nasze zachowania i jest grupa ludzi, która właściwie generuje część tego otoczenia dookoła. Cokolwiek by nie mówić, jest kawałek rzeczywistości, który jest oparty tylko i wyłącznie na strachu.
Niestety muszę o tym wspomnieć. Stety lub niestety niektórzy się pewnie oburzą. Trudno, hak im w smak. To są historie związane z grami komputerowymi, współczesną rozrywką, tym, w jaki sposób zabawiamy się tym czasem, kiedy nie jesteśmy już niewolnikami. Część z nas jest niewolnikami przez osiem godzin dziennie plus czas na dojechanie do swojego pana właściciela i jeszcze przygotowanie do tego, żeby tam dojechać i coś ogarnąć, bo od ciebie pan i właściciel wymaga. Nie tylko płaci, ale wymaga. Generalnie ma jeszcze bardziej nasrane w głowie niż wszyscy inni dookoła, ale ma największe wymagania, ponieważ on ma już tak nasrane w głowie, że każdy twój ruch jest dla niego tylko i wyłącznie kwestią zera na koncie. Albo zero będzie mniej, albo zer będzie więcej. I do tego sprowadza się cały aspekt człowieczeństwa, które widzimy w sobie nawzajem czasami. Na szczęście nie wszyscy i na szczęście tych ludzi ubywa.
I umykają też troszeczkę z tego świata, bo świat się dosyć mocno zaczął zmieniać. Ja myślę, że to ostatnie takie wakacje, gdzie jeszcze jest jakaś grupa cwaniaków, która może powiedzieć: „Hehe, to ja rządzę światem” albo coś w tym stylu, albo „wiem wszystko”. To już niestety ostatni moment. Ostatni dzwonek już dawno wybił. Wszyscy są już dawno pozamiatani. Może jeszcze nie do końca o tym wiedzą, ale co dużo mówić. Samo to, że ja tu w ogóle stoję i nadaję do ciebie z urządzenia, które jest podpięte pod takie urządzenie do prądu elektrycznego, które jest bardzo popularne teraz wśród niektórych, nazywa się magraf i całe to radio nadawane z Londynu, cokolwiek tu się dzieje, łącznie z moimi telefonami, lampkami i nie tylko, odkurzaczem, wiertarkami i wszystkimi innymi rzeczami, które są tu włączane, generalnie jest włączane do tego urządzenia i działa idealnie i powoduje, że właściwie elektrownia nie dostaje tego, co chciałaby dostać, bo elektrownia chciałaby dostać moje pieniądze i elektrownia chciałaby dostać jak najwięcej moich pieniędzy. Nie dlatego, że my im winni jakąś kasę, nie dlatego, żeby ich to coś kosztowało, nie dlatego, że są jakieś koszta. Oczywiście można zawsze usłyszeć bajkę o tym, że jest duża huta i huta spala dużo energii i wszyscy musimy się zrzucić, żeby prezes huty miał na nowego odrzutowca albo coś w tym stylu. Bo oczywiście kogoś w hucie zostaje w tym momencie cięcie po pensji i przychodzi do nich szef i mówi: „Panowie, mamy słaby sezon, stal się słabo sprzedaje.
Niestety musimy wam obciąć pensje, ale w ramach nagrody od dzisiaj wszyscy przychodzimy do pracy nie już na osiem godzin, ale na dziesięć godzin. Wiecie, będziemy walczyć o to, żeby przetrwać na tym ciężkim rynku”. Coś w tym stylu. Bullshit, bullshit, bullshit. Once again bullshit. Po prostu kłamstwa, kłamstwa, jeszcze raz kłamstwa. Ale takie zabawne kłamstwa. Kłamstwa, w które sami wierzymy i sami budujemy część tego świata. Ja akurat się jakiś czas temu od tego odkleiłem i widzę, jak to wygląda w praktyce. Wiem, że wszystkie te lampki, które mrugają, ten mikrofon, który jest zasilany prądem elektrycznym, bo to jest taki mikrofon, który potrzebuje 48 wolt i nie pójdzie inaczej.
I to wszystko musi skądś iść, proszę państwa, proszę koleżanki i kolegi. I ten cały prąd idzie z tego urządzenia i elektrownia nie ma tu nic do gadania. I to jest w ogóle fenomen. I widzę czasami takie sytuacje, bo jest oczywiście wiele rzeczy na świecie, które są zupełnie inaczej niż to, co nam się opowiada oficjalnie, że świat wygląda tak, a nie inaczej, że musisz wstać, musisz założyć buty i na 8:00 rano pójść do huty czy do biura, czy gdziekolwiek indziej, jakkolwiek by się nie nazywało to współczesne niewolnictwo. Wspólnego to z człowiekiem nie ma nic. Taka jest moja opinia. Tu podobna historia z medycyną. Opowiadałem o tym nie raz, nie dwa. Zresztą myślę, że świat już powoli dorasta do tego nawet ten polskojęzyczny, gdzie nawet ci, którzy za wszelką cenę próbują być alternatywni, jakoś im słabo wychodzi. Nawet oni zauważają, że chodząc do tej, że tak powiem, medycyny, dobra, powiem tak normalnie, prosto z mostu, chodząc do tych konowałów, do lekarzy, do ludzi z dyplomami i papierami, którzy gówno na temat ludzkiego zdrowia i ludzkiej kondycji organizmu wiedzą, generalnie wychodzą jeszcze bardziej połamani, jeszcze bardziej pokręceni i generalnie gówno z tego wszystkiego wynika.
To jest taka bardzo brutalna prawda. Można powiedzieć excuse my French, gówniana prawda. Otóż to. Część ludzi już zauważyła, że świat jest troszeczkę inny. Jest kilku jakichś dżentelmenów, którzy o tym mówią od lat. Kilku z nich słuchałem od lat i słucham sobie dalej czasami troszkę już mniej, bo w sumie nie mam już za bardzo czasu. Też już moje refleksje posunęły się na tyle daleko, że ile lat można słuchać. Tym bardziej, jeżeli mam rozwiązanie w ręku. Ale to już inna historia. Tu się zajmuję swoimi rozwiązaniami.
O tym opowiadam w zupełnie innym podcaście w czwartek w Radiu na Fali. Także wpadnij sobie tam o godzinie 22:30 polskiego czasu. Nazywa się Synteza i sobie tam wpadnij. Tam opowiadam o sprawach związanych z prądem, kablami i nie tylko. Ze zdrowiem trochę też, ale to tutaj zostawiam. Jasne, że chodzi o technologię Keshe. Wielu ludzi teraz pomstuje na to, wielu próbuje się po tym wozić, wielu próbuje używać tego słowa, żeby zaistnieć, bo wiadomo, że sprawa stała się mocna i wielu ludzi, jak zawsze w takiej sytuacji, próbuje być, jak to w swoim życiu, cały czas próbują być chancerami, to tutaj jest kolejna okazja. Chancer, takie słowo z języka angielskiego oznacza po prostu frajera, który próbuje się wpieprzyć za wszelką cenę we wszystko, co robisz i generalnie przypisać sobie wszelkie zasługi za to, co robisz. Taki chancer, taki koleś, który tylko poluje na to, żeby złapać sobie taką szansę, gdzie zapuści żurawia w twój portfel i generalnie oskubie cię ze wszystkiego, a potem powie: „Sorry, nie widziałem, kurde, stary”. I nagle powie: „O, zobacz, sznurka ci się rozwiązała”.
Ty spojrzysz na buta, odwracasz się, a kolesia nie ma, twojego portfela nie ma, nikogo nie ma. Taki cwaniak, chancer. Czyli takie kolesie i dziewczęta też, które próbują się załapać ze swoją karierką i ze swoim życiem, które traktują w kategoriach karierki, na jakąś szansę życia, że tu się przyorają, zmontują, kogoś tam oszukają. Przede wszystkim oszukają siebie i okłamią samych siebie, a następnie coś z tego będzie. Znam sporo ludzi, słuchaj, uwaga. Ja się z tego śmieję. Mam ząb z kilkoma znajomymi. W cudzysłowie ząb. Mam troszkę, można powiedzieć, na pieńku z kilkoma znajomymi, bo czasami podczas takich prywatnych rozmów szczerze ze sobą rozmawiamy. Inna sprawa, że jestem już w takim wieku, że jak miał rozmawiać z kimś nieszczerze, to zastanawiałbym się, czy w ogóle jest sens na tą rozmowę.
Tak już jest. Prosty wybór: albo rozmawiamy szczerze, albo w ogóle nie rozmawiamy. Chyba nie ma innego wyboru. I podczas takich rozmów tam się czasami pojawia jakaś romantyczna postać, która powie, że odkuje się, pracuje, porobi karierę, coś tam jeszcze, aby pewnego dnia, kiedy będzie już wszystkiego w bród, kiedy nie trzeba już będzie chodzić do pracy, kiedy nie trzeba będzie robić tych wszystkich bezsensownych rzeczy, usiądzie sobie na tej swojej hacjendzie, którą sobie gdzieś na końcu świata kupi i będzie na tej hacjendzie z tym kubkiem z kawką albo herbatką. Zawsze jest jakiś taki attachment. Ja na przykład mam swoją ulubioną kawę. Bez kitu. Może nie jest to aż taki sentyment potworny, że wstaję rano i my coffee make my day. Nic z tych rzeczy. Kawa naprawdę nie robi mojego dnia, jest miłym dodatkiem.
Czasami zapominam kawę stuknąć rano i robię sobie herbatę albo pijam wodę. Wyobraź to sobie. Ta kawa też nie jest aż tak mocna, ale lubię sobie dalej kawkę i rozumiem ten element kawki. Czasami przy tej kawce pojawiają się takie rozmowy, że pewnego dnia, kiedy będę już stary, pomarszczony i już tak zaorany tym systemem, że będę miał problem, żeby podnieść rękę do góry. Dziewczęta szczególnie celują w takich marzeniach. Przynajmniej te, które znam. Nie wszystkie szczęśliwie. I wtedy sobie kupię dom na pustkowiu, gdzieś tam w pięknym miejscu. Z reguły miejsce jest już wybrane. To nie jest tak, że to są ludzie bez planu.
Wszystko jest przygotowane. Pamiętaj, że ci ludzie spędzają całe życie w kraju, który nie ma paszportu, nie ma flagi, nie ma hymnu narodowego, nie ma drużyny piłkarzyków, którzy biegają, kopiąc kawałek szmatki tylko po to, żeby później było co robić w tych fabrykach niewolników na Dalekim Wschodzie. Dokładnie, bo tu sobie taki biega jeden piłkarzyk z drugim. Dzieci sobie kupują czapeczki, rodzice szczególnie kupują dzieciom czapeczki. I zamiast powiedzieć dzieciom: „Ej, synu, co ty właściwie robisz? Po co chcesz mieć czapkę takiego idioty?” Syn powie: „A, bo on jest sławny”. To rodzic powinien chyba jasno powiedzieć: „Stary, ten koleś jest sławny tylko dlatego, że jest...”. Nie będę klnął, ale powinienem użyć zwrotu oznaczającego męskie przyrodzenie i to tak dosyć dosadnie. Jest takim frajerem, który biega, kopie tą swoją piłeczkę, jest strasznie chciwym dupkiem. Ma swojego agenta, który zajmuje się tym, żeby koleś wyciosał jak najwięcej kasy systemu.
Agent też wyciosa jak najwięcej i polega to na sprzedawaniu reklam. Koleś musi się nauczyć szybko biegać, kopać piłkę, dobrze wyglądać według współczesnych kanonów mody. Coś w sobie takiego mieć, żeby było można kamerę na nim postawić, bo większość tych kolesi jest tak głupich bezdennie. Niestety takie są prawa tego rynku, że jest ciężko w ogóle postawić kamerę przy takim człowieku i włączyć mikrofon, bo co może wystękać koleś? Biega przez całe życie, żeby uciosać kasę i „jak skończę biegać, to kurde nie wiem co”. I nawet jeżeli jest inteligentny, to ta inteligencja jest dosyć słaba i polega na tym, że kolesie biegają szybko po to, żeby mieć na koszulkach nadruki różnych korporacji. Te korporacje sprzedają takie gówno, od którego normalny człowiek się bardzo szybko przekręca. A jak lądujesz u lekarza, twoje dzieci lądują u lekarza, dzieją się cuda nie wiadomo skąd z naszym organizmem. I po chwili takie porównanie: „Wow, przecież to są loga tych samych firm, które są na koszulkach tych frajerów. Przecież to są dokładnie ci sami ludzie.
Shit”. Patrzysz jeszcze na to, kto finansuje imprezę. Shit, to są te same organizacje finansowe, które sponsorują wszystkie eventy związane z wprowadzaniem tych produktów na rynek. Oh, fuck! Jest jeszcze zabawniej. Się okazuje, że właściwie jest tam troszkę ludzi polityki, którzy raz z lewego, raz do prawego i generalnie sportowiec sobie biega. Dziecko sobie kupuje czapeczkę, dziecko sobie kupuje koszulkę, kupuje sobie strój, kupuje sobie to wszystko, tylko nie wie o jednym: że na drugim końcu świata dokładnie takie samo dziecko jak on, które ma troszkę inny kolor skóry, siedzi sobie w tej fabryce i napiera te czapeczki. I to dziecko, jeżeli będzie miało szczęście, dożyje w takim sobie nie najlepszym zdrowiu do 20 roku życia, jeżeli nie wyzionie ducha od tych oparów. Bo przecież te wszystkie substancje, które są używane do robienia tego gówna, które się sprzedaje Wszyscy są permanentnie toksyczne. Dlatego się nie robi tutaj, tylko gdzieś indziej, żeby te oczy białego świata nie zauważyły tego biednego dziecka, które klei tą koszulkę, klei tą czapeczkę, klei te buciki po to, żeby dziecko tutaj zalamało albo i nie swojego rodzica w sklepie wskazało to coś i powiedziało: „Ja też chcę być takim sportowcem.
Ja też chcę być takim sportowcem”. Otóż to. Dokładnie taka historia. Ciekawe, prawda? I to ponoć nazywa się inteligencją, że ponoć żyjemy w inteligentnych czasach. Ja tu sobie dzisiaj nawracam do niektórych dżentelmenów, których jakiś czas temu sobie lubiłem poczytać. Dalej lubię, dalej cenię, ale właściwie gdzieś pobiegłem ze swoimi refleksjami, także szkoda mojego życia na oglądanie się na innych za bardzo. W tym momencie oglądam się bardziej na własne refleksje, ale kilku kolesi jest takich, że można się na nich naprawdę zawiesić, myślę na długo. Ja lubię się na nich zawieszać do dzisiaj czasami. Jednym z nich jest Marshall McLuhan i on kiedyś powiedział coś takiego, co powtarzał Timothy Leary.
Nie, to Terence McKenna, przepraszam. Ale to są też kolesie, na których lubię się zawieszać dalej. Kilka cennych refleksji. Chociaż z kilkoma sprawami mam zupełnie inny pomysł na to i nie do końca się zgadzam, aczkolwiek dzielimy wiele wspólnych refleksji na temat rzeczywistości. Chociaż tamtych panów już nie ma tutaj, a ja jestem. To się nazywa sukces. Czy jakoś tak. Anyway, Marshall McLuhan powiedział kiedyś, że na temat cywilizacji, że mamy telefony, mamy kamery, mamy stream wideo, mamy wszystko, mamy całe te zabawki do przesyłania obrazu, dźwięku, audio i wideo, że w dzisiejszych czasach ciemność rozprzestrzenia się z prędkością światła. I myślę naprawdę, jeżeli się spojrzy na tą część świata, w której nikt nie szuka rozwiązań, która usilnie na zasadzie takiego czansera, który puka do drzwi i próbuje się wylansować na twojej robocie i się powozić na twoim grzbiecie albo na moim, właściwie nie ma nic do zaoferowania. Otóż to.
Ale może zanim polecę dalej z tymi refleksjami, to może jakaś chwila muzyczki. Tam pytanie, czy ja coś powiem o jakichś liczbach. Nie, nie powiem absolutnie. Mam zupełnie inną rzecz w głowie, proszę państwa, zupełnie inną. Także proszę tutaj odpuścić sobie wszystkie te spekulacje albo sobie samemu stworzyć ten wątek. Anyway, ja tymczasem włączę jakąś muzyczkę na dzisiaj na początek i wracam po tej muzyce i tak sunię dalej swoją refleksję. Dzisiaj taka wakacyjna refleksja z przyglądania się świata. Świata, który usilnie udaje, że są tylko problemy, nie ma rozwiązań, jest tylko strach i strach jest najważniejszą rzeczą, że jeden zjada drugiego i tak dalej. I mówi to człowiek, który sam żre zupełnie bez sensu, zupełnie niepotrzebnie i nie wiadomo co i sam ledwo co wyrabia z tym, co zeżre, samemu go to wywraca do góry nogami, ale twierdzi, że to jest natura świata. To jest zabawne.
Widzisz kolesia, który schodzi, a ten koleś, który schodzi, mówi ci: „To jest natura...” i nie skończy powiedzieć „świata”, bo zszedł z tego świata. I mniej więcej to jest znajomość tych ludzi na temat tego, co jest naturą świata, co naturą świata nie jest. Ale ja nie mam o tym, co jest naturą świata. Sam sobie musisz to odkryć. I ty, i ja. Samodzielnie, każdy we własnej głowie. RadioNaFali.com, hiperprzestrzeń, a ja na imię Tomek. Właśnie, co ja chciałem powiedzieć? Chciałem wrócić troszkę do tej krainy jutra, bo dzisiaj tak rozprawiam o tych strachach cywilizacyjnych troszkę. Takie refleksje z tygodnia, bo tu są bardzo ciekawe rozmowy i nie tylko z tego tygodnia, bo tutaj jak zwykle pozbierane z całego życiorysu, tak mi czasami scenki przelatują przed oczami, jak gdyby nigdy nic, słuchaj.
Przed oczami przelatuje mi całe życie i zdarza się to dosyć często i bardzo sobie to cenię. I wracając do tego przelatującego życia, do tych spostrzeżeń. Wygląda to tak, przynajmniej z mojego punktu widzenia, że część z nas usilnie mieszka w tej krainie jutra. Taka kraina związana z tym, że jakaś hacienda na zadupiu świata. Rozmawiałem ze znajomą, nie będę przytaczał kto to jest, zachowam w tajemnicy. Ona miała taki fantastyczny pomysł, który chyba zdruzgotałem strasznie, bo pomysł był taki, że kiedy już skończy świrować tutaj, w sensie świrować to jest moja opinia, ja uważam, że to jest świrowanie. W sensie robienie takiej karierki i tak dalej. Próba zarobienia na jeszcze lepsze, jeszcze droższe życie i wpasowania się jeszcze lepszego w schematy. Właściwie zamknę to w jednym zdaniu, bo to wpasowywanie się w schematy jest... Nie wiem, czy w jednym, okej, użyję więcej, ale chodzi o konkretną sprawę, bo to jest taki wytrych, że ktoś się wpasowuje w schematy i to właściwie nie wiadomo, co to oznacza.
Właściwie niewiele. Chodzi o to, że zwyczajnie w wielu z nas jest lęk, że kiedy nie zostaniemy zaakceptowani przez świat dookoła, to będzie dramat. I wykonujemy rozpaczliwe ruchy, żeby zostać zaakceptowanym przez świat dookoła. Przy czym pierwsza rzecz tego świata, przynajmniej taka jest moja refleksja, pierwsza granica tego świata jest w środku nas. I ten pierwszy crash następuje w środku, że nagle wyobrażamy sobie, że jesteśmy kimś innym, niż jesteśmy. Ponieważ oglądając troszkę wariatów dookoła, łatwo czasami ulec szaleństwu i też zwariować. I oglądając tych wariatów dookoła, sami wybieramy drogę permanentnego szaleństwa, absolutnie permanentnego szaleństwa. I to szaleństwo właściwie załmuje się w nas, zanim jeszcze zaczniemy emanować tym szaleństwem, no to zaczyna się historia związana z tym, że zaczynamy się bać, czy odpowiednio się ubraliśmy. To jest ten numer, że mama poprawia twoją koszulę albo jakoś tak i mówi: „Popraw tą koszulę, bo co ludzie powiedzą?” I generalnie jest to coś takiego, że w nas zostaje. To jest ten pierwszy element, że się zastanawiamy, w głowie mamy myśl: „Ale kurde, zaraz, co ludzie powiedzą?” Bo ludzie rozmawiają o innych sprawach.
Przynajmniej część ludzi rozmawia o innych sprawach. Prawda jest taka, że każdy z nas, czy chce, czy nie, rozmawia dokładnie o tych samych sprawach. Niektórzy to lepiej maskują, niektórzy gorzej maskują, a część się po prostu boi rozmawiać o tych sprawach i maskuje to permanentnie. Wilhelm Reich napisał swego czasu, był to zdaje się '31 rok... '33, przepraszam, książkę wtedy ją wydał. Dokładnie wtedy, kiedy były wybory w Niemczech. Wybory, w których wygrał Adolf Hitler. Napisał książkę, gdzie opisał skąd się bierze sukces faszyzmu. Że bierze się z życia w nieustannej gonitwie za tym, żeby przestać się bać samego siebie. Bo właściwie do tego się sprowadza cała historia, że dorastając wymyślamy sobie obraz jakiejś istoty, którą nigdy nie będziemy.
Niektórzy twierdzą, że im się udało. Jakoś w to nie jestem w stanie uwierzyć. Nigdy nie widziałem, chociaż słyszałem bardzo często, ale nigdy nie zdarzyło mi się zobaczyć. Natomiast zawsze widziałem przeciwieństwo tej sytuacji. Szczególnie o tych mówili, że właśnie to udało im się pogodzić. I don't know. Nigdy tego nie zauważyłem. W każdym razie są takie opinie, że da się to pogodzić i że na tym polega sens całego istnienia. Właściwie, gdyby się tak przyjrzeć, to całe nasze życie jest tak skonstruowane, przynajmniej w dużej mierze, że staramy się dogonić jakiś biegnący świat. Świat, w którym jest moda.
Świat, w którym jest jakaś tendencja do komunikacji, bo to dosyć mocno rzutuje na naszą komunikację, na tematy, o których rozmawiamy, na to, gdzie się kręcimy we własnej głowie. Na początek zaczynamy się kręcić dookoła obrazu samego siebie. I to jest taki pierwszy, dosyć krytyczny punkt. Pierwszy taki clash ze sobą, pierwsza mocna konfrontacja, gdzie zabijamy kawałek samego siebie. Bo w momencie, kiedy nasz zewnętrzny obraz zaczyna być czymś innym niż wewnętrzny obraz, to znaczy, że zaczęła się choroba psychiczna i taka dosyć poważna. Spotkałem nie raz w życiu ludzi, którzy nie potrafią wypowiedzieć pięciu zdań, żeby w tych pięciu zdaniach przynajmniej trzy razy nie wspomnieć o tym, jaką coś ma wartość finansową albo że coś kosztuje, albo coś w tym stylu. To czuć. To nawet nie jest kwestia tego, że ja muszę się zastanawiać, co ten człowiek robi w życiu. To jest to, że on nawet nie potrafi powiedzieć pięciu zdań, żeby nie ominąć tego tematu. I wiadomo już od razu, z kim rozmawiam.
Rozmawiam z człowiekiem, który myśli, że życie polega nie na interakcji ze mną, tylko życie polega na tym, że on pewnego dnia, jak ta moja znajoma, nazbiera kasę, kupi sobie tą hacjendę na zadupiu i będzie udawała, że robi coś pożytecznego w swoim życiu. Jeszcze sobie wymyśli do tego, że będzie uczyła biedne dzieci jakiegoś języka albo coś w tym stylu i będzie taką miłą starszą panią, która będzie pomagała każdemu. Ale prawda jest taka, że jeżeli nie jesteś miłą starszą panią, która pomaga każdemu na co dzień tu i teraz, to nigdy nie będziesz taką starszą panią, która pomaga każdemu na co dzień w przyszłości. Ten kraj, kraj na jutro, który nie ma hymnu, nie ma flagi, nie ma prezydenta, nie ma nic. Nie masz nawet paszportu do tego kraju. Ten kraj nie istnieje. Właśnie dlatego nie masz tego paszportu. I dosyć trefnym pomysłem jest wsadzanie sobie tam głowy i próba ustawienia czegoś. Co by tu dużo mówić, sam nie raz, nie dwa snułem wielkie, szalone plany w życiu i moja refleksja z tego jest taka, że wielkie, szalone plany kończą się wielką, szaloną porażką. Tak się kończy cała ta napinka, bo w tym momencie człowiek traci, naturalnie, kontakt z rzeczywistością.
W jaki sposób możesz normalnie funkcjonować, kiedy tracisz kontakt z rzeczywistością, bo nagle żyjesz jakąś iluzją, która nie istnieje tu i teraz, tylko istnieje gdzieś tylko i wyłącznie w twojej głowie? To trochę tak, jak wylądować na pustyni na samym środku Sahary i wyobrazić sobie, że jest zimno jak na Grenlandii i wybudować sobie specjalnie jeszcze coś do podgrzewania na wszelki wypadek, żeby tam nie zmarznąć. Efekt będzie taki, że szybciutko się odwodnisz i nie przeżyjesz na tej pustyni. Jest takie stare powiedzonko z cyklu: nie ucz ryb skakać po drzewach. Ryba nigdy nie będzie małpą. Musisz to zaakceptować. I teraz jest pytanie, czy my w ogóle akceptujemy to w sobie, że będąc rybami uczymy się skakać po drzewie niczym małpa, co ani na dobre to nie wychodzi, ani na nic nie wychodzi. Szczęśliwie jest to historia bardzo indywidualna. Ja się za bardzo nie martwię o świat. Nie to, żebym ci tutaj mówił, że świat oszalał i wszyscy oszaleli.
Nie, oszalała część ludzi. Być może ty oszalałaś albo ty oszalałeś. Mi się nie wydaje, żebym był szalony, chociaż kto ma rację? Nigdy nie wiadomo. Dobre pytanie. W każdym razie to szaleństwo jest zawsze, i to jest moja taka dogłębna opinia, być może dla ciebie radykalna, że całe szaleństwo świata znajduje się nie na zewnątrz, nie w świecie, tylko znajduje się w tobie albo we mnie. Zależy kto o tym szaleństwie mówi. W tym momencie całe szaleństwo, o którym mówię, znajduje się we mnie, bo to jest to jedyne szaleństwo, które mogłem poznać i to jest moje szaleństwo. Oczywiście świat podał mi przyjazną dłoń i powiedział: „Hej, chcesz zaszaleć? Zaszalejmy razem”.
No i oczywiście sobie poszalałem w tym świecie. Myślę, że ty sobie też poszalałeś, człowieku i ty, dziewczyno, też. To myślę, że nie jest jakaś specjalnie odkrywcza historia. Ale koniec końców refleksja jest dosyć prosta, bo zwyczajna obserwacja nie pozostawia wiele złudzeń, że jest to zabawa szaleńców, takich ekstremalnych szaleńców i kończy się takim właściwie zanegowaniem samego siebie i to takich od podstaw. Zanegowaniem tego, co się widzi, zanegowaniem tego, co się słyszy, zanegowaniem swoich rzeczywistych mocy. Teraz się troszeczkę to zmienia, ale też myślę, że właściwe czasy już po prostu nadeszły. Albo też, bo to jest taka moja refleksja troszkę na dziś ekstra, że my się już troszkę zmęczyliśmy sami ze sobą. Szczęśliwie już skala naszego szaleństwa przerosła skalę kosmosu momentami i myślę, że szczęśliwie wielu z nas, przynajmniej ja na przykład, zatrzymałem się gdzieś w swoim momencie swojego rozbiegu, swojej gonitwy i zastanowiłem się, powiedziałem: „Ej, Tomek, Tomek, czyś ty zwariował? Gdzie ty biegniesz? Jaki to ma sens?”.
Czasami jest to historia związana ze zdrowiem, bo akurat w moim przypadku tym hamulcem było zdrowie i myślę, że w bardzo wielu przypadkach tym hamulcem jest centralnie zdrowie, bo o ile jeszcze głowa, myślę, że doskonale to wiesz, potrafi się oszukiwać w nieskończoność. Bo to w cudzysłowie mówiąc tylko głowa. Jeżeli sobie wymyślę jakiś kosmiczny świat, do którego sobie wdepnę, to mogę w tym świecie żyć do końca swoich dni. Przecież masa ludzi przebiera się za postacie z filmu. I generalnie żyją od konwentu do konwentu. I właściwie nawet na wizytówkach, nawet jak się reprezentują jako żywe istoty, to najważniejszą rzeczą, którą muszą powiedzieć o sobie, to powiedzieć to, że mają na przykład nickname. Oni nie mają imienia, nie mają nazwiska. Oni nie są tymi kolesiami, których widzisz. To nie są ci ludzie. Oni są kimś innym.
„Przecież widzę normalnego człowieka. Przestań świrować. Jak masz na imię, człowieku?” „Han Solo”. „Przecież wiem, że nie jesteś Han Solo. To filmowa postać”. „Jestem Han Solo”. Troszkę taki ubaw po pachy, można powiedzieć. Niektórzy naprawdę mocno uwierzyli, że właściwie ich życie przeniosło się do innej rzeczywistości. Właściwie gdyby nie to, że muszą coś zjeść, zrobić kupę i siku i czasami się wykąpać albo wziąć prysznic, to właściwie mogliby się rozpuścić w tej taśmie celuloidowej, na której został nagrany ten film, na którym występuje Han Solo. Tylko nie wiem, gdzie by się rozpuścili.
Właśnie to jest taka granica, której nikt nie jest w stanie przebić, bo to troszeczkę tak, jak próba rozpędzania się, żeby przeskoczyć ścianę betonową. I na tym chyba polega całe to szaleństwo. Tego, z angielskiego mówiąc, attachmentu, tego, że przyklejamy się do czegoś, do wizerunku z zewnątrz, bo okazuje się, że mamy problem z akceptowaniem czasami własnego wizerunku, tego, jaką istotą, kim dla siebie jesteśmy. A wizerunek z zewnątrz różni się tym od tego wewnętrznego. Ten zewnętrzny, ten, który nam oferuje cywilizacja, nie ma czegoś takiego jak konsekwencje. To są wszyscy ci cudowni bohaterowie, na których próbuje się wychowywać kolejną generację ludzi. To jest taki koleś, który wychodzi z karabinem w ręku, roztrzaska 300 złych kolesi. Dajmy na to, że byli źli, żeby nam było łatwiej o nich myśleć, że warto było ich roztrzaskać, bo wiadomo, że trzeba roztrzaskać wszystkich złych. Ten jest zły, roztrzaskamy go. Dlatego już na zapas produkujemy karabiny, bo wiemy, że ci źli kolesie, których trzeba roztrzaskać, jeszcze się nie urodzili i trzeba mieć na zapas troszkę karabinów, bo za chwilę się urodzą i trzeba będzie kogoś czymś roztrzaskać.
Oczywiście. Wychowujemy się w tym kulcie takiego kolesia, który roztrzaskuje w tym filmie jakieś 300 postaci i na koniec dosłownie pięć minut po tym, jak komuś wyrwał serce, mózgi, wnętrzności, przytula się do drugiej istoty, taki czuły, radosny i mówi: „Teraz będziesz bezpieczna w rękach psychopaty”. Ciekawa historia. I my sobie budujemy taki obraz rzeczywistości. Część z nas ma jakieś zgięcia na jakieś takie bohaterskie historie, które nigdy nie zaistniały, nigdy nie zaistnieją. Bo fenomen polega na tym, że właściwie gdyby się tak przyjrzeć na to, kto zmienia świat, kto robi tą naprawdę solidną robotę, to moje spostrzeżenia na temat tego, co ja widziałem w życiu, na przykład taki człowiek, który zmienia świat, to jest człowiek, który pomaga komuś tam. I spotkałem takich ludzi, którzy pomogli mi wiele razy. Wiadomo, nie żyję od wczoraj i widziałem takich pięknych, wspaniałych ludzi. Spotykam ich do dzisiaj. I jest jedna ciekawa cecha tych pięknych, wspaniałych ludzi.
Oni nie żyją inną postacią, nie żyją postacią z filmu z Hollywood, nie żyją postacią z książki, nie żyją postacią, która robi sobie codziennie kawę. Nie żyją postacią, która jest na przykład zawodowo kimś. Nie żyją żadną postacią. Właściwie kiedy są z tobą, to po prostu z tobą są. Jest to tak piękna lekcja w życiu i tak totalna. Ja myślę, że to jest esencja. Myślę, że nie ma większej esencji jak człowiek jest z tobą i jesteście ty i ten człowiek w dobrym miejscu, w tej samej książce, na tej samej stronie, w tym samym zdaniu, to jest wszystko okej. Jak nikt wtedy nie udaje, nie odgrywa żadnej roli, nie zakłada żadnej maski, o której swego czasu jako zbroi pisał Wilhelm Reich. I teraz myślę, ten temat będzie wracał dokładnie w ciągu najbliższych miesięcy, bo świat stoi na takim troszeczkę, można powiedzieć, mocnym pograniczu. Jedna rzecz to też nasza głowa, druga sprawa to ta historia kosmiczna, o której czasami opowiadam, która jest związana z tym, że to też się odbija w naszej głowie, bo w końcu te częstotliwości, które się tam pojawiały w rezonansach Schumanna, pojawiały się też w naszej głowie i to też jest część naszej rzeczywistości.
To jest też część tego, jak my odbieramy to wszystko dookoła. To w końcu albo i aż, albo dopiero część, przynajmniej to, co obserwujemy, to są interferencje. Można to przetłumaczyć na język taki naukowy, że to są fale i tak dalej, i tak dalej. Widzimy pewne spektrum fal. Widzimy, przypuśćmy, od-do, bo pozostałe części, przynajmniej dla nauki oficjalnej, są niezmierzalne. Jak zwykle w takiej sytuacji nauka nazwała to, co niezmierzalne, nieistniejące, bo jeżeli nie można czegoś zmierzyć i naukowiec nie może na tym zarobić kasy na drugą chatę z basenem, to znaczy, że zjawisko nie istnieje. A jeżeli jeszcze zjawisko na dodatek powoduje, że ludzie nie muszą płacić za prąd, nie muszą chodzić do lekarza, to w ogóle zjawiska nie ma. A jeżeli jest jeszcze ktoś, kto powie o tym zjawisku, to się wysyła tam czasami, przynajmniej do tej pory tak bywało, poufnych, którzy mieli przy sobie pistolety nabite ostrą amunicją i załatwiali sprawę, pakując w takim dżentelmenie troszkę ołowiu albo trując go, albo robiąc wszystko, co w ich mocy, żeby nie dożył następnego dnia, żeby nikt z nas się zwyczajnie nie dowiedział, że przypadkiem może żyć w innym świecie. Nie musi się bać o to, że musi planować na przykład przyszłość według dzisiejszych schematów, czyli myśleć o emeryturach, myśleć o tym, co się wydarzy jutro i tak dalej, i tak dalej. To są wszystko takie troszkę patologiczne strachy.
Strachy, które właściwie, co dużo mówić, tworzą mocny kawałek rzeczywistości dzięki temu, że te strachy siedzą w twojej albo w mojej głowie. Tylko wtedy mogą się zamanifestować i tylko wtedy mogą stworzyć rzeczywistość, jeżeli o tym nie pomyślisz. Taka jest prawda. Chociaż wielu ludzi bardzo nie lubi tego określenia i w ogóle tego stwierdzenia, że jak pomyślisz, to właśnie tak się dzieje, ponieważ mają straszne gówno w głowie. I problem polega na tym, że po prostu się boją swojej własnej głowy. To jest jedyny powód, dla którego możesz znaleźć oponenta, który jeżeli powie, że to myśl kształtuje rzeczywistość, to się pojawia jakiś oponent i mówi: „Nie, to jest inaczej”. Pierwsze, co się dzieje, to słyszysz jego krzyk. Słyszysz krzyk wewnętrznego głosu, który tłumacząc na polski, przepraszam, tu użyję po prostu wulgarnych słów. Krzyczy sam do niego: „Spierdoliłeś, spierdoliłeś, spierdoliłeś”. A ten koleś o tym przypomina.
Niech się zamknie. I troszkę tak to wygląda zawsze. „Nie, to nie ja, to nie ja, to nie ja”. Taka historia. A zawsze zaczyna się w głowie. Pięknie widać to po zachowaniu naszego organizmu, jak trafiają nas Choroby, które ciężko wyleczyć. Nagle się okazuje, że wyleczenie kogoś z konkretnej choroby jest związane tylko i wyłącznie z tym, że ten ktoś zmienia swój sposób myślenia w głowie. Lekarze mówią, że to jest cud, ale lekarze nie żyją z tego, że leczą ludzi, tylko z tego, że sprzedają tabletki. Także dla nich wszystko, co się wydarzy na zasadzie: „Shit, koleś nie zapłacił, a wyzdrowiał”, to jest po prostu pieprzony cud. Trzeba gnoja wykopać z tego szpitala i w ogóle zapomnieć o tym, bo jeszcze się okaże, że przydarzy się to kolejnym, że przypadkiem skorzystali z czegoś i nagle się wyleczyli.
Cholera, nie przychodzą i kto zapłaci za mój basen? Kto zapłaci kredyt za moją luksusową furę i kto zapłaci za mieszkania dla dzieci? Bo ja tu się bawię w ten cały system. Bawię się w kupowanie akcji, bawię się w inwestowanie w przyszłości, chcę wysłać dzieci do drogiej szkoły. Wszystko musi być drogo, nasmarowane. I to jest ta zabawa. Pierwsza rzecz, którą zauważamy, to nawet po dzieciach widać, takie jest moje spostrzeżenie, są zabawy związane z banknotami, czyli kawałek papieru z nadrukowanym numerem albo kawałek brązowego krążka, który ma też nadrukowany numer. I nagle się okazuje, że świat dorosłych ludzi zwariował i wszyscy patrzą na siebie na zasadzie, kto fajnie potrafi zagrać melodyjkę na wiaderku albo zbudować fajny zamek z piasku i można się fajnie z nim pobawić. I generalnie jest okej. I wiadomo, że jak dorośniemy i stworzymy fajną rzeczywistość, to zrobimy coś fajnego i każdy coś z tego będzie miał i nikt, że tak powiem, nie będzie wskakiwał sobie na plecy.
Ale dziecko widzi, że ten mechanizm w świecie dorosłych ludzi nie za bardzo działa. W świecie dorosłych ludzi bardzo często dziecko obserwuje sytuację, że jeden nie da drugiemu pozwolić, żeby szlag to trafił. Nie da drugiemu, jeszcze przyjdzie do drugiego i się spyta: „Gdzie są moje pieniądze?”. Bo dziecko nie wie, co to są pieniądze, a tamten będzie musiał wyciągnąć te zabawne banknoty, te papierki z numerkami i monety z numerkami. I dziecko bardzo szybko się uczy, że w świecie poważnych ludzi jedynym esperanto jest język złota. Smutne, prawda? Smutne i przerażające, aczkolwiek myślę, że też doskonale wyzwalające i dla ciebie, i dla mnie. Myślę, że nie ma się czego bać, bo szczęśliwie jest to świat, do którego jak się nie zapiszesz, to cię tam po prostu nie ma. I to jest też piękna historia, że bardzo łatwo się z niego wypisać, bo właściwie jeżeli tylko otwierasz sobie głowę, nagle okazuje się, że ta część rzeczywistości, o której jest mowa, w sensie banki, korporacje, NWO, armie, wszystkie te szalone pomysły kolesi, którzy myślą, że jak będą siedzieli w okopie i robili pod siebie ze strachu z karabinem w ręku, bo tam z drugiej strony jest też okop i jest koleś, który też robi pod siebie ze strachu na myśl o tym, że tam po drugiej stronie taki pies, który goni swój własny ogon, nigdy nie przestanie, zwariował. To ci ludzie nas za bardzo nie dotyczą.
Oni się biorą stąd, że właściwie to my fundujemy im te pistolety. To nie jest tak, że oni sobie sami fundują. Przecież żaden z tych pajaców nie jest w stanie wyprodukować żadnego urządzenia własnymi rękami. Co najwyżej jest w stanie wziąć nóż albo pistolet, albo realnie nawet tego nie jest w stanie zrobić. Właśnie nie wiadomo, co oni są w stanie zrobić. Realnie jest. Ma mundurek, ma buty takie same jak kolega i potrafi maszerować albo w lewo, albo w prawo na rozkaz. Ale to żadna zasługa w życiu maszerowanie w lewo albo w prawo, bo to każdy pajac potrafi. To nawet psa potrafisz nauczyć, żeby chodził raz w lewo albo raz w prawo. Tylko pytanie, czy człowiek akurat urodził się po to, żeby drugi pajac, który myśli, że człowiek urodził się do spacerowania w lewo i w prawo wysyłał dyrektywy do drugiego pajaca, żeby tamten spacerował w prawo i w prawo i myślał, że właśnie na tym polega bycie kimś.
A pajace nie spacerują, bo pajace nie wiedzą, kiedy w lewo albo w prawo. Fenomen. I tak to wygląda troszeczkę, ale szczęśliwie jest tak, że cała ta rzeczywistość, gdzie na rozkaz się chodzi albo w lewo, albo w prawo, jest naprawdę bardzo wąska. Jest to taki wąski wycinek całego świata, że się w głowie nie mieści. Ludzie, którzy czasami się wyrywają z Europy, czasami do Amazonii, czasami robią to w Europie, a mianowicie chodzi o ayahuaskę. Bardzo popularna w dzisiejszych czasach. Bardzo dobrze, że jest bardzo popularna. Uważam, że nie ma w tym nic zdrożnego. Sam jestem użytkownikiem tej substancji. Nie będę ukrywał, że jest inaczej.
Jestem bardzo sympatycznie zżyty z tą substancją. Absolutnie. Zresztą myślę, że każdy, kto korzysta z tej medycyny, każdy użytkownik tej medycyny ma bardzo miłe wspomnienia i bardzo sympatyczne historie z tym związane i przede wszystkim wie, jak potężna jest ta medycyna i jak mocno leczy z wielu spraw w głowie. I szczęśliwie to dociera powoli do Europy. Szczęśliwie nawet zrobiła się taka moda troszkę wśród zamożnych ludzi, którzy postanowili dotknąć extreme, bo wydaje im się, że już właściwie wszystko o życiu wiedzą. I bardzo dobrze. To jest piękna roślina i myślę, że pięknie ustawi ich głowy. Bo jeżeli ktoś jeszcze był szalony do tego momentu i wylądował akurat z tą rośliną na jakimś takim dosyć solidnym stratę, to jest duża szansa, że w głowie się z powrotem poustawia i że nie wpadnie na pomysł, żeby zakładać koniecznie takie same buty jak koleś, który stoi obok. I że naprawdę jego życie nie polega na tym, żeby ktoś mu mówił, czy ma iść w lewo, albo czy ma iść w prawo i gdzie ma strzelać z tego kawałka metalu, który ma w ręku. I że naprawdę nie o to tu chodzi.
Ta roślina załatwia kilka spraw. Nie zawsze i nie z każdym, nie do końca. To nie jest tak, że oczywiście wszystko zostanie załatwione za ciebie, że ty przychodzisz, naciskasz guzik. Nie, tak nie ma. To musisz sam znaleźć ten guzik w sobie. Roślina pomaga znaleźć ten guzik. Musisz sam nacisnąć ten guzik w sobie. Musisz sam zobaczyć, co wyskoczy z tego guzika. Musisz sam zbudować mechanizm za tym guzikiem, który pozwoli zadziałać tej historii i się wyleczyć. Właśnie, bo tu jest piękna rzecz, o której w naszej cywilizacji nikt nigdy nie chce mówić.
I to jest ta bardzo wąska dziura, w której wszyscy są trzymani według mojej opinii, bo pozbawia nas się wiedzy o tym, że sami potrafimy bez żadnych problemów tworzyć potężny kawał rzeczywistości dookoła i że jest z tego frajda. Kiedy ściągniesz te wszystkie certyfikaty, kiedy ściągniesz ten cały mundurowy świat, który cię dociska wszystkimi zezwoleniami, pozwoleniami i nagle się okazuje, że wylądujesz w dzikim miejscu z dwoma rękami, fajnymi ludźmi dookoła, to zrobisz coś o wiele lepszego niż coś, co byli ci w stanie zaoferować wszyscy jak do tej pory przez te tysiące lat. I wszyscy o tym wiedzą. Problem z wojnami jest zawsze taki, że niewielu żołnierzy lubi strzelać Nawet jeżeli są wytresowani jak mordercy, to i tak niewielu z nich w rzeczywistości strzela. Statystyki mówią, że 80% kul specjalnie wystrzeliwanych przez ludzi jest do nieba, że podczas takiego szturmu, kiedy biegną na siebie, zamykają oczy i strzelają w niebo, żeby nie zabijać ludzi. To jest to szaleństwo. To jest świat, który dochodzi jakiejś granicy. Opowiada się ludziom, że dzięki wojnom mają cywilizację, że mają jakiś postęp technologiczny. Czasami się zastanawiam. To jest troszkę tak jak z tymi ludźmi, którzy mówią, że Ziemia jest płaska.
Brak logiki w głowie. Po angielsku się to nazywa common sense. I człowiek się zastanawia, skąd się to bierze. Jak mawiał Marshall McLuhan: w dzisiejszych czasach czasami ciemność rozprzestrzenia się z prędkością światła. I w tej wąskiej luce, wąskiej szparce, w której wylądowała ta cywilizacja, która próbuje opisać coś, czym i tak nigdy nie była i nigdy nie będzie, zawsze jest jakiś objaw szaleństwa. I nawet ten objaw szaleństwa, najbardziej ekstremalny, dochodzi do swojego momentum, w którym jest koniec. Już dalej nie będzie, ponieważ wszystko jest autodestrukcyjne i wtedy na moment znika ta zasłona, otwierają się wrota do innego świata i nagle się okazuje: wow! Dlaczego ja żyję na jednym centymetrze kwadratowym przestrzeni i próbuję zrobić jakieś nieludzkie rzeczy ze sobą, żeby się zmieścić na tym centymetrze, skoro dookoła mam miliony hektarów dowolnych, mam kosmos, mam wszystko, mam energię, mam zasoby, których nawet nie muszę mieć, bo wiem, jak je produkować. Mam właściwie wszystko. To czym ja się martwię?
Jedyny powód, dla którego się martwimy, przynajmniej jak na razie, to jest taki, że ktoś nam naopowiadał dawno temu, że to wcale tak nie jest, że wszystko się kończy, że to już koniec i że musisz pracować przez cały czas, bo zasobów ubywa. Pieniędzy może przybywa, ale tracą wartość. Musisz pracować jeszcze dłużej. Kończą się krzesła, złociutki. Musisz szybciutko awansować i wtedy jak będziesz awansował, to jest pewna szansa, że się załapiesz. Ale nie daję ci żadnej szansy na to krzesło. Musisz ciężko pracować. Może się uda. I to jest świat, który się nam sprzedaje. I jest fenomen, że w to wierzymy.
Przynajmniej część z nas. To jest najbardziej zabawna sprawa. Ciężko czasami to ogarnąć, że ktoś, kto jest taką istotą, która podróżuje przez kosmos, mieszka na tak cudownej planecie, ma takie talenty, ma coś takiego ze sobą, jest cudem tutaj, jednym z wielu cudów oczywiście, nagle zredukował się do roli tępego, przygłupiego niewolnika, który jedyne co potrafi, to powtarzać wizerunek, który mu się sprzedaje i nigdy się nie chce buntować. I każdy moment, kiedy nagle się pojawia troszkę więcej, to on już szuka swojej szuflady, już się boi, że będzie za dużo. I to jest ten lęk, strach. To jest ten lęk przed tym, że ktoś obnaży naszą prawdziwą twarz. Bo każda taka sytuacja konfrontacyjna z kosmosem jest sytuacją, tu się powtórzę, konfrontacyjną. To jak ruszamy gdzieś daleko, a szczególnie jeżeli ruszamy tylko i wyłącznie głową, emocjami, to wiadomo, że nie zabierzemy ze sobą swojego Lamborghini, nie zabierzemy swojego drogiego futerka, nie zabierzemy swojego doskonałego wyglądu, nie zabierzemy swojej cudownej diety, nie zabierzemy swojego olśnienia i grzechotek, które ponoć odpędzają zły duch od czakramów. Nie, nic z tych rzeczy nie jesteśmy w stanie zabrać ze sobą. Co najwyżej jesteśmy tylko i wyłącznie swoją świadomością.
Moment, kiedy przechodzimy przez te wymiary, przynajmniej w mojej opinii, jest taki, że zawsze, przynajmniej ja i ludzie, których znam, opowiadają mi to samo. Konfrontujemy się ze swoim rzeczywistym wizerunkiem. To jest moment przechodzenia przez wymiary. Tak to można nazwać w skrócie. I każdy z nas, kto doskonale sobie zdaje sprawę, że cały czas się okłamuje, bo okłamywanie ludzi to już tylko taki dodatek, to już efekt domina. Po prostu poleciało dalej. Ale jeżeli ktoś siebie lubi okłamywać, to wiadomo, że przez to sito nie przejdzie, bo wiadomo, że go to przemieli, że wrócą do niego obrazki gównianego życia. To jest ten numer, który wydarza się prawie wszystkim dachującym kierowcom na świecie. Kiedy okazuje się, że kończy się twoje życie, jesteś przypięty pasem, nie możesz nic zrobić. Fura lata po drodze jak chce.
Wszystko widzisz w zwolnionym tempie i tak dalej. Takich opowieści myślę, że znamy dosyć sporo. Są dosyć popularne w dzisiejszych czasach. Bardzo dobrze. Myślę, że można z tego wyciągnąć pewną naukę. I w tym momencie człowiek widzi swoje życie. Niby trwa to trzy sekundy, ale przelatuje mu całe życie w takim mgnieniu ze wszystkimi detalami w oczach i nagle widzi, że to wcale nie było takie fajne. To jest właśnie obraz naszej duszy, bo kiedy dachujemy samochodem, ciężko zatrzymać ten samochód, siedząc wewnątrz przypiętym pasami. I wtedy niestety nie ma wyboru. Nie możemy się otrząsnąć z tego momentu.
Nie możemy uciec. Musimy przetrawić ten obrazek, który serwuje nam nasze prawdziwe ja w momencie zagrożenia. Zawsze konfrontuje nas z tym, kim jesteśmy. Nigdy z wydumanym wizerunkiem, nigdy z żadną udawaną prawdą, nigdy z żadną maską. Te wszystkie maski wtedy spadają i wtedy człowiek widzi samego siebie. Jest taka teologia stosowana przez popaprańców nieprzeciętnych z Watykanu, jednej z najbardziej zbrodniczych organizacji na świecie, czyli Watykan, Kościół katolicki. Wymordowali chyba najwięcej. Nikt chyba nie przebił tych kolesi jeszcze. I dobrze, żeby nawet nie próbował. Wystarczy ich na tym świecie, czas ich zaorać.
Taka jest moja opinia oczywiście. Anyway, tam jest taki moment, że właśnie tam się ludzi straszy tym, że jak widzisz złe rzeczy, to jest diabeł. Nie, to nie jest diabeł. To jest życie, które zgotowały ci te wszystkie wyobrażenia, które mogły w tobie zamieszkać. Wybudowane przez kolesi, którzy budują dualizm, że niebo jest gdzieś tam, a tu jest piekło. I przez to piekło każdy musi założyć sobie maskę, bo inaczej się nie da dealować, bo każde dobre myśli, każda dobra rzecz zostaje od razu zniszczona. Nie. Efekt jest tylko jeden. Sam niszczysz swoje własne dobre myśli, sam niszczysz samego siebie, sam zakładasz sobie maskę. Oni tylko stoją z boku, podają ci pomocną rękę: „Hej, dołącz do nas, pięknie zniszczymy ci życie, do końca życia zostaniesz niewolnikiem”.
A my myślimy, że to jest część naszej rzeczywistości. Jest wiele takich spraw. Teraz ludzie szczęśliwie odklejają od tego gówna coraz częściej, ale z drugiej strony pojawiły się nowe. To jest właściwie ten rzeczywisty Bóg, bo Watykan modli się do jednego boga, który nazywa się pieniądze. I właściwie każda monoteistyczna religia, nie tylko monoteistyczna, modli się w głównej mierze do tego jedynego cudownego boga, który nazywa się Mamona, bo przecież nigdy tego nie ma za darmo. To jest w ogóle fenomen, że systemy, nazwijmy to religijne, filozoficzne, które w swojej idei miały służyć wyzwoleniu człowieka, stały się kulą u nogi, taką mocną kulą u nogi, która powoduje, że za darmo jeszcze tego nie masz. Żeby się wyzwolić, to ty musisz zapłacić. I generalnie konsekwencja tego logicznego myślenia przekłada się nawet na tak zwane środowiska alternatywne. Są ludzie, którzy lubią się tak nazywać czasami i oni odtwarzają dokładnie ten sam mechanizm. To są te warsztaty, na które musisz nieustannie chodzić, za które musisz płacić i to ponoć cię zmieni.
Oczywiście warsztaty są prowadzone w komfortowej sytuacji, takiej, żebyś się bynajmniej tam nie spocił, bo wiadomo, że jak się spocisz, to szlag, cholera jasna, może już nie wrócisz więcej, bo stwierdzisz, że było za ostro i być może ta konfrontacja ciebie z twoim własnym obrazem po prostu ci się nie spodoba, bo konfrontacja czasami jest słaba. Dlatego też nikt tam nie będzie próbował podejmować takiej rozgrywki z twoim własnym obrazem, z tym, kim naprawdę jesteś, bo przecież zaraz stamtąd wybiegniesz, bo poczujesz się obrażony, bo czasami te sytuacje są bardzo dotykające. Sięgamy czasami do głębokich pokładów naszych wspomnień, czasami z tego, czasami z poprzedniego życia, kto to wie? Głównie z tego, bo wszystkie sprawy, które nas dotyczą tak mocno teraz, to są sprawy, które dilujemy na co dzień. Bo ten dzień jutro tak naprawdę nie istnieje, poza tym, że istnieje tylko i wyłącznie jako wyobrażenie. Natomiast istnieje dzień dzisiaj i ten dzień dzisiaj to jest nasza emocja, która buduje i zasila cały reaktor, którym jesteśmy. Fizyczny reaktor, który jest efektem działania drugiego niewidocznego reaktora, który czasami jest nazywany ciałem fantomowym. To jest ta historia z tym, że jeżeli stracisz jakąś kończynę, to dalej ją czujesz. Pomimo że nie masz ręki, możesz czuć rękę i to jest normalne zjawisko, bo są dwa ciała i dwa funkcjonują w jednym i jedno napędza drugie. To jest taka piękna korelacja.
Nie ma dualizmu. Absolutnie. Jeżeli znika część tego fizycznego ciała, to dalej czujesz tą część duchowo. Tak możesz to określić, bo fizycznie tego nie ma, aczkolwiek ona dalej tam jest. Dalej możesz zamknąć oczy albo nawet z otwartymi oczami sobie machać palcami w ręku, którego nie masz. Był robiony taki bardzo ciekawy eksperyment przez Ruperta Sheldrake'a, dżentelmena, który wrzucił z powrotem taką bardzo cenną koncepcję pod tytułem pola morfogenetyczne. Szczęśliwie robi się to troszkę popularne, ale niestety, jak to w przypadku takich zaawansowanych rzeczy, co dla niektórych, możemy wszędzie usłyszeć słowo pole morficzne, morfogenetyczne i tak dalej, a niewielu ludzi w ogóle mówi, co to jest w ogóle, na czym polega cała ta historia. Ale mniejsza o to. Zostawiamy, na czym to polega i tak wyjaśnię w takim wielkim skrócie. Zresztą chyba nawet wyjaśniałem.
To jest w archiwum hiperprzestrzeni, także cofnij się troszeczkę. Tam jest odcinek właśnie o polach morfogenetycznych, bo Rupert Sheldrake ruszył naszych genów, bo tam była taka teoria z genami, że to geny się komunikują i geny powstają w ogóle z pola. Jest pole dookoła i to one tworzą geny. Ta informacja się tylko manifestuje w genach w takim bardzo wielkim skrócie. I informacja porusza się w tym polu dookoła. My jesteśmy częściami tego pola i takie tworzymy. Części naszego ciała są częściami pola, które tworzy nasz mózg, który wysyła sygnał dookoła, coś w rodzaju anteny, linijka i ta antena rozrastając się właśnie buduje takie rzeczy jak ręce i tak dalej. Anyway, wracając do eksperymentu, polegał on na tym, że dżentelmen, który nie miał ręki, wkładał rękę przez zamknięte drzwi. Po drugiej stronie tych drzwi stali ludzie, którzy po prostu mieli poczuć, czy coś się wydarzy, czy nie. Mieli zdiagnozować, w którym miejscu drzwi ten dżentelmen przełożył tą swoją niewidoczną, nieistniejącą rękę, bo ją amputowano.
Także on tylko przekłada tą swoją fantomową rękę. No i się okazuje, że ilość trafień jest większa niż jakakolwiek tak zwana przypadkowa w statystyce. Oczywiście oficjalna nauka ciągle ma z tym problem, bo nawet jak wyrzuca na liczniku, że 90% tego jest zgodne z rzeczywistością, a oficjalna nauka raptem ma tylko teorię, której nigdy nie udało się udowodnić nawet w 1% zgodności z rzeczywistością, no to wiadomo, że dalej wygrywa oficjalna nauka, bo dalej tam są granty, tam są pieniądze i tam są kłamstwa i tam wszyscy chcą żyć, bo dzięki tym kłamstwom można sobie dalej kłamać. Bo po co jest nam dziesiąty dom? Po co jest nam dziesiąty samochód? Po co jest nam wielkie konto w banku? Tylko po to, żebyśmy mogli mieć iluzję, że będziemy w stanie utrzymywać swój wizerunek na zewnątrz, ponieważ nasz wizerunek zaczyna nas z czasem kosztować coraz więcej. Dlatego potrzeba robienia kariery jest coraz większa, ponieważ musisz wydawać coraz więcej na to, żeby fajnie wyglądać. Bujasz się w lepszych miejscach, jeździsz na lepsze wakacje i tak z momentu na momento, momento, momento. I dochodzisz do wniosku, że zaraz, pewnego dnia skończy się przypływ gotówki, a ty dalej masz do utrzymania tą ciekawą, egzotyczną twarz, która bywa na wycieczkach, jest światowa, tu robi to, siamto i tamto, ale wszystkie te rzeczy są robione w komercyjnym środowisku i to nie jest nic związane z twoją rzeczywistą naturą.
Także za wszystko musisz płacić kasą, która nie wynika z ciebie, z tego, że jesteś, tylko z twojego portfela. No i efekt jest taki, że wiadomo, że pewnego dnia, kiedy kasa się skończy, trzeba będzie się zastanowić, co dalej. No i tu się pojawia taki paniczny strach związany z tym, co ja zrobię ze sobą, za co kupię sobie ekskluzywne produkty, za co kupię sobie mieszkanie, za co zapłacę rachunek. Czy nagle się nie okaże, że kiedy nie mam pieniędzy przy sobie, to jestem już zupełnie niepotrzebny światu? I to jest ta obawa, która mieszka chyba w znakomitej większości ... mieszkańców aktualnie tej planety to jest ta jedna obawa, czy przypadkiem, kiedy nie skończą mi się pieniądze, nie okaże się po prostu śmieciem, który ta cywilizacja wyrzuci na śmietnik, prawda? Czy to nie jest ta jedyna obawa, że nagle się okaże, że nie masz już nic do zaoferowania bankierowi? Czy przypadkiem do tego się to nie sprowadza? Ja coś odpisywałem na czacie, ale strasznie dziwnie wyszło na tej klawiaturze. Tam padła informacja tak à propos tego archiwum, że czasami rzeczy znikają i się pojawiają.
Na przykład Synteza była na YouTubie i już jej nie ma. To dlatego, że uprzedzam, człowieku, że jeżeli nagrywasz tą audycję i puszczasz ją dalej w internet, to po prostu wycinaj muzykę, bo wszystkie serwisy internetowe z powodów praw autorskich ci po prostu uwalą ten materiał, ponieważ inne prawa są do puszczania. Tutaj ja mogę sobie puszczać, natomiast jeżeli ty to wrzucisz jako podcast, to leci na ciebie, że ty puszczasz i dystrybuujesz muzykę, przez co kilku cwaniaków w garniturach nie zarabia, bo muzyki i tak z tego nic nie ma. Efekt jest taki, że każą ci to wycofać i w zamian za to oferują ci swój najnowszy hit singiel. Bo jak wchodzisz na YouTube'a, dostajesz całą masę gówna. Ja to nieustannie wyłączam co jakiś czas. Po prostu wyłączam. Nie chcę, nie jestem zainteresowany zwyczajnie, ale nie ma takiej opcji. Zawsze muszę dostać informację o tym, co się wydarzyło, co się dzieje. Po prostu ludzi zainteresowanych tym, żeby wepchnąć mnie w ramiona błędów, jak się okazuje, na świecie jest pełno.
I się okazuje, że bardzo niewielu z nas potrafi się wyciąć z tego wszystkiego. Szczęśliwie akurat może niewielu, ale wystarczająco i chyba coraz więcej tych wszystkich nas, którzy się wycinają od tego systemu. To sobie przypomniałem, kiedyś taki dokument oglądałem jeszcze w Polsce, lata temu, kiedy tam mieszkałem. To był taki film dokumentalny z cyklu reportaż terenowy, takie spektakularne akcje telewizji, że jadą i naprawiają życie ludziom i w ogóle mówią, jak jest ciężko i tak dalej. Pani redaktor z Warszawy, która trzepie grubą kasę i trzęsie dupą, komu by, za przeproszeniem, że tak powiem, nie będę mówił brzydkich słów, ale komu by w policzek nie pocałować, żeby mieć jeszcze lepszą karierę. I ona teraz musi się wozić w terenie z tą kamerą i tak dalej, bo jeszcze nie dochrapała się, że tak powiem, żeby dostać swoje pięć minut w telewizji śniadaniowej czy jakoś tak i sprzedawać swoją nową twarz. Zuzia dzisiaj wygląda zupełnie inaczej. Pamiętacie Zuzię w tym programie dawno temu? Teraz Zuzia ma nową twarz. Zuzia jest zupełnie inną osobą.
Ale generalnie Zuzia, czy jak jej tam na imię, była z tym reportażem terenowym w tej rodzinie na Śląsku. Taki Sztygar i jego familiada. W tej familii Sztygarów to była taka normalna rodzina, której się nie wiedzie najlepiej, bo kopalnie pozamykane, kasa się skończyła i właściwie tak klepią biedę, mocną biedę. Mieszkają w familukach i tak dalej. Nie jest to, że tak powiem, taki high life, ale najlepszy numer polegał w tym reportażu na tym, że ci ludzie mieli największe pretensje o to, że tak wyszło z tego całego reportażu. Oni oczywiście mówili o jedzeniu, o tym, że nie mają na życie, na szkołę, na zeszyty dla dzieci i tak dalej. I na koniec taki najważniejszy argument na podsumowanie, że najgorsze jest to, że nie stać ich już na płacenie nawet abonamentu za telewizję. To był taki najważniejszy problem. Po prostu, że nie będzie telewizora w domu, a to nasze okienko na świat. I dosłownie pani, która tam siedziała, to jest fenomen.
Ja nie chcę nikogo tutaj obrażać absolutnie, ale ta pani naprawdę ważyła tyle, że ja nie wiem, czy jest biednie, bo na człowieka, który nie ma nic do jedzenia, to ona nie wyglądała. Po prostu wyglądała na człowieka mocno przeżartego. I ta pani siedziała przed tym telewizorem całe dnie w tej rozpaczy, że nie ma kasy. Żarła najgorsze, gówniane, najtańsze żarcie. Zapewne tak to wyglądało. Oglądała telewizję, mąż z kumplami stał i zastanawiał się, gdzie tu znaleźć jakąś robotę, bo w sumie całe życie pracował na kopalni i nagle nie ma roboty i nagle nie wiadomo, co zrobić. Dostał odprawę, odprawa poszła, samochód się rozsypał i tak dalej. Generalnie nic z tego nie było. Telewizor kupili za odprawę i tyle fajnego. Ale już nie mają na opłacanie tej całej telewizji.
Mają mniej kanałów niż dawniej mieli i ona już się troszkę znudzona czuje, bo nie ma już co oglądać, a mają biedne życie i taki prawdziwy świat to ona twierdzi, że mogła widzieć tylko w telewizji. I tu się można zastanowić, skąd to się wszystko bierze. Przecież to wiadomo, że to nie jest wina świata, że generalnie ktoś siadł na dupie i spędza życie oglądając telewizję. Ja nie wiem. Też wylądowałem w sytuacji w życiu takiej słabo wesołej parę razy, tak konkretnie słabo wesołej. I właśnie z finansami nawet nie będę wspominał. Generalnie prawie pod mostem, człowieku i naprawdę nawet nie prawie. I jakoś nie było tego problemu, tylko właśnie szczęśliwie dla siebie nie wpadłem na pomysł, że najważniejszą rzeczą w moim życiu jest posiadanie telewizora. I chyba to mnie po prostu uratowało tak zwyczajnie w świecie. Właśnie ten element, że właściwie zupełnie gdzie indziej widzę sprawy.
Jak się okazało, kiedy coś się ze mną działo, w sensie z moją perspektywą na życie i z moimi możliwościami, aspiracjami i tak dalej, nagle okazywało się, że właściwie to, w czym pokładałem największe nadzieje i to, co wydawało się najistotniejsze, miało najmniejsze znaczenie i jak się okazało na samym końcu było w ogóle bez żadnego znaczenia. I tym czymś są dokładnie pieniądze. I to nie jest dowcip. Nie wiem, jak jest w twoim życiu. Wiem, że wielu z nas ma dosyć mocne zgięcie na tym punkcie, ale przynajmniej w moim przypadku, jak tylko cofnę się do tyłu, do jakiejkolwiek historii w moim życiu, takiej poważnej, która wyorała mnie tak, że może nie tyle, że byłem innym człowiekiem, bo właściwie nikt z nas nie jest innym człowiekiem. Zawsze mamy jedną i tą samą twarz, swoją własną, ale zmienia się nasza perspektywa na życie. I ta twarz ma inny grymas, inny wyraz i raz jest przerażona, a raz jest zadowolona. Tak można to w skrócie powiedzieć, ale to jest kwestia tego, czy jesteśmy szczerzy ze sobą, bo jeżeli jesteśmy nieszczerzy ze sobą, to niestety tą twarz wewnętrzną, tą prawdziwą trzeba mocno schować. I chowanie tej twarzy kosztuje kupę kasy. W przypadku biednej rodziny Sztygara ...
z fami loków. Kosztowało to tyle co rachunek telewizyjny. Właściwie całe życie rodziny było skoncentrowane dookoła telewizora. Nie dość, że nic nie mieli, to jeszcze pozbawili się wszelkich złudzeń i sprzedali swoje własne prawdziwe życie reklamom w telewizji. Właściwie wylądowali w sytuacji, że wszystko, co oglądają w tym okienku na świat, jak to nazwali, jest wszystkim tym, na co ich nigdy nie będzie stać. Bo tam są tylko rzeczy dla tych, których na to stać. Przecież po to jest telewizja, żeby były reklamy. Stąd się to wzięło. W kinie było mało reklam i generalnie nie można było przerywać filmu, bo troszeczkę takie faux pas. Ludzie by wyszli i nie wrócili jeszcze do kina i nie przyszliby na drugi film.
Także tylko reklamy na początku i na końcu, a w telewizji można. W radiu teraz też już można reklamami non stop. To jest zawsze odwieczny problem. Jak wsiadam z kimś do samochodu i ktoś słucha radia, to ja zawsze mam taką prośbę, żeby po prostu wyłączył radio. I czasami zdarza się tak, że człowiek po raz pierwszy, od kiedy jeździ tym samochodem, wyłącza radio i po 10 minutach jazdy jest nagle zdziwiony, że w sumie fajnie jest bez radia, bo w sumie to radio strasznie wkurza. Szlag człowieka trafia, bo non stop reklamy, nie da się tego słuchać. I to jest taki klasyczny numer, że widzę ludzi, którzy przez lata dosłownie jeżdżąc samochodem non stop zmieniają. Taka walka Syzyfa, który wiecznie wtacza nieistniejący kamień na nieistniejącą górę, wiecznie próbuje złapać stację, która gra fajną muzykę, a ta stacja wiecznie gra kawał gówna w postaci reklam. I efekt jest taki, że non stop zamiast wychillować się, po prostu wyłączyć to cholerne radio, być ze sobą, sam ze sobą, spotkać swoją własną twarz, spotkać samego siebie, pomilczeć sobie w tym samochodzie, porozglądać się, popatrzeć przez jaką okolicę jedzie, to on cały czas, kurde, ciągle jakiś plan, ciągle strategia. Ale to jest obsesja dzisiejszych czasów.
To jest ta strategia tego, że nasze życie, przynajmniej tak nam się wmawia, nie zależy od tego, kim jesteśmy. Nasze życie zależy od posiadanego kapitału w kieszeni i posiadanie kapitału jest związane z tym, że musimy mieć strategię, bo wiadomo, że kapitał nie rośnie na drzewach. A tam, gdzie rośnie, wszyscy mieszkańcy są niewolnikami i zbierają ten kapitał przez 12 godzin na dobę za jednego dolara, po to, żeby kapitalista mógł sprzedać ten kapitał w innym kraju za 300 dolarów za gram. A co? Niech frajerzy płacą. A tamci zostaną tak uwaleni, ponieważ ten kapitał elegancko należy do tej samej bandy co politycy, a ten kapitał nie może stamtąd wyjechać. Ten, który robi te kapitalne rzeczy, bo stamtąd nie ma wizy i ten kapitał nigdy nie zarobi na bilet lotniczy. Ten kapitał mieszka na środku gdzieś jakiegoś oceanu i w dupie świata, z którego nigdy się nie wydostanie. Bo jeszcze okazało się, że jest piękny biznes, ponieważ ten kapitał i wszystkie rządy w okolicy mają zainwestowaną kasę w produkcję broni. Także dozbroili generałów.
Także są zasieki na granicy i nikt już nie ucieknie z tego obozu koncentracyjnego pracy. Co najwyżej część tego obozu się elegancko sprząta, czyści i robi taką trochę dla turystów, tak żeby nie było zamieszania. Tam się daje mieszkańcom troszeczkę forów, żeby mieli trochę więcej pieniędzy w kieszeni niż mniej. No i wpuszcza się turystów na te plaże. Ci turyści i tak mieszkają w tych hotelach, odgrodzeni w taki sposób od, że tak powiem, lokalesów, że i tak nie widzą ani grama lokalnego życia. Basen jest w hotelowym patio na posesji hotelu. Nie trzeba wychodzić poza hotel. Plaża jest na posesji hotelu. Wszystko jest tutaj na miejscu. I przeżywają takie niesamowite wzruszenia.
Słyszałem nie raz w swoim życiu, jak taka biedna postać z Europy, która myśli, że właściwie wszystko już ma. Takie biedactwo wraca z takich wakacji i opowiada, jak to niesamowicie serwetka była poskładana w hotelu gdzieś w Malezji, gdzieś w Indochinach, w jakimś takim egzotycznym, pięknym kraju, że mieszkali w pięknym bungalowu, że to w ogóle widoki, że oni mogli całe życie tam mieszkać. Lokalne dzieci szczęśliwe, zadowolone i tak dalej, i tak dalej. Mówi, że to w ogóle niesamowite, że raz pani poskręcała serwetki tak fajnie w jakieś takie ptaki wymyślne i tak dalej. Zostawiła jej 10 dolarów napiwku i od tamtej pory zawsze miała poskręcane wszystkie serwetki. Że to jest w ogóle niesamowite, że tylko za 10 dolarów można. I takie przeliczanie, że w ogóle serwetka. Człowiek zrobił ci rzecz 10 dolarów, 10 dolarów i to jest refleksja z wakacji. Człowiek taki czasami człowiek. Myślę, że też znasz takich ludzi, którzy przyjeżdżają z takich wakacji i opowiadają ci: „Słuchaj, serwetka, 10 dolarów”, rozumiesz?
I się patrzysz na człowieka. Czy ten koleś jest okej? Czy jest jeszcze olej w tej głowie? Czy już wszystko po prostu odpłynęło? A on ciągle o tych, wiesz. I ona zdziwiona, że jak to możliwe, że to jest masa roboty tak pozbijać, że to w ogóle. I nie wpadli na pomysł, że dla tej pani te jej kieszonkowe, które tam wyrzuca jej na serwetkę, to jest utrzymanie tej całej rodziny i trzymanie tego na takim poziomie, żeby te dzieciaki szczęśliwe biegały dookoła. I właściwie największym beneficjentem tych szczęśliwych dzieciaków są biali turyści, którzy przyjeżdżają i przeżywają niesamowite chwile wzruszenia, widząc, jak po prostu dzieci potrafią się bawić bez komputerów, bez biegania za kretyńskim Pokemon. Wiesz, po prostu dziecko łapie kij, jest drugie dziecko, ma drugi kijek. W ogóle robią coś.
Nagle powstaje taka atmosfera. Wszystkie dzieci szczęśliwe, zdrowe, w ogóle inaczej jest. Dzieci w ogóle nie boją się. Wiesz, nie ma strachu, nie? Ale wiesz, ale rodzice już są zagonieni do roboty mocno. I oczywiście nikt nie chce tego zauważyć, bo przecież zostawmy to. Dzieci pięknie wyglądają. Pięknie. Pojedziemy tam za rok. Tam są takie szczęśliwe dzieci.
Po czym wracają do swojego kraju i chodzą tymi ulicami tych wszystkich biur robić tą karierę. I widzą tych szczęśliwych ludzi na ulicach i widzą te szczęśliwe dzieci na ulicach tutaj, na miejscu. Kurde, to jest hipokryzja nieprzeciętna, takie udawanie dobrego człowieka przez trzy tygodnie na wakacjach i przez te trzy tygodnie, plus jeszcze te parę chwil po powrocie do biura. To jest takie radosne martwienie się rozwiązaniem problemów świata. Może jakiś donation na jakąś organizację charytatywną, która wspiera te biedne dzieci w tych krajach. Ale zaraz po tej refleksji, po tej donacji na tą organizację charytatywną biegną do sklepu i kupują produkt wyprodukowany dokładnie w tych obozach koncentracyjnych pracy przymusowej. Zabawna historia i nikt nie chce dostrzec związku. Nikt nie chce skleić tych dwóch elementów ze sobą. To tak ciężko pasuje, że jest się skurwysynem w środku na każdym etapie swojego życia i jeszcze ma się pretensje do świata, że jest gówniany. To taki słaby numer.
Także ta twarz się spycha głęboko gdzieś do środka i tam ma zostać. I generalnie w tym momencie całe stada panien, całe stada chłopców ruszają do kosmetyków po nowe ubrania, po nową modę, po nową fryzurę, po lepszy wygląd, po lepszy samochód, po lepsze mieszkanie, po więcej pieniędzy na koncie. Tylko po to, żeby nie wyszło, że jest się tym, kim się jest przed samym sobą. Fenomen dzisiejszych czasów. Miałem taką wizytę, bardzo ciekawą historię, prawie że rodzinną, ale to zupełnie inna sprawa. W każdym razie poprosiłem o zdjęcie butów, bo tak gorący dzień był. Środek dnia. Słuchaj poważnie, miałem tu gości. Środek dnia. Akurat tak się zdarzyło, że były bardzo gorące dni tu w Londynie i to takie gorące, że naprawdę płynie z ciebie.
Piękna pogoda. Uwielbiam taką pogodę. Prawie pustynia. Zresztą chyba tu niedługo pustynia będzie. Anyway. Musi przyjść Mahomet do góry. Zawsze chciałem zwiedzić pustynię. To będzie mi dane. Nawet nie muszę nigdzie jechać. Anyway, wracając do tych moich gości.
Poprosiłem jedną lady, która tutaj przybyła razem z całym towarzystwem, żeby sobie spokojnie zdjęła buty, bo widzę, że przybyła w takich naprawdę wystrzałowych w cudzysłowie dla niej butach. Takich, które mają podkreślać coś, co dla niej jest szalenie ważne, co w jej oczach miało sprawiać, że jest seksualnie atrakcyjna dla każdego samca w okolicy i koniecznie musiała założyć te buty po to, żeby udowodnić koleżance, że jest wyższa albo coś takiego. I don't know. Chłopaki też zakładają różne dziwne rzeczy, też z różnych powodów. Nie będę w to wbijał. Oszczędźmy sobie. Każdy wie, że chodzi o naprawdę maksymalną żałość. No i mówię: „Słuchaj, zdejmij te buty dziewczyno, bo przecież się męczysz. Zdejmij te buty, pochodź sobie. Tu jest piękna trawa, piękny trawnik.
Pooddychaj trochę nogami. Pooddychaj”. Na co usłyszałem, że nie, że ona specjalnie założyła te buty właśnie, bo chce w nich pochodzić. Spojrzałem i powiedziałem: „Okej, rozumiem”. A co miałem powiedzieć więcej? Miałem kazać jej ściągać te buty? Zostawili mnie w tych butach. Dziewczyna tu wymęczyła przez cztery godziny konkretnie w tych butach. Abstrakt, ale to jest właśnie dla mnie abstrakt. A to jest twarz, którą sobie buduje ta dziewczyna nieustannie.
To jest jej twarz. Buduje sobie twarz jakiejś laski, która za pomocą obcasa, za pomocą wyciętego dekoltu będzie rzucała chłopców na kolana. To jest taki troszeczkę obłęd w oczach od razu. Ćma barowa prawie że, można powiedzieć. Ja to akurat o dziewczynie, ale myślę, że jest masa dziewczyn... Ty, dziewczyno, jeżeli słuchasz w tym momencie tego, co mówię, myślę, że doskonale kojarzysz chłopaków, którzy też są takimi barowymi chłopakami-ćmami. Podobny syndrom biedactwa, ale to wszyscy potrafimy zostać takim biedactwem właśnie w ramionach obłędu. Można powiedzieć, z dala od swojej własnej twarzy, z dala od tego, kim w rzeczywistości jesteśmy, uciekając jak tylko się da, najsilniej i najszybciej gdzieś w drugą stronę. Ciekawy numer. I numer polega na tym, że uciekając spotykamy się rozwiązania.
I nawet jeżeli tych rozwiązań jest milion, to akurat w stanie, w którym się znajduje człowiek, który ucieka żadne rozwiązanie nie działa, nie ma rozwiązań. To jest fenomen. Ja tu czasami kiedyś dawno, dawno lubiłem o tym wspominać. Wszyscy ci, którzy mieli do czynienia ze sztukami walki ze Wschodu, tak zwane z angielskiego martial arts, wszystkie te kung-fu, Bruce Lee, wszyscy ci, wszyscy my. Ja nie za bardzo, ale mój tato ćwiczył, a wczoraj włączyłem telewizor. Nie, żartuję, nie mam telewizora od lat. Anyway, ale mój tato ćwiczył. Ja nie za bardzo. Poszedłem na parę treningów, dałem sobie spokój. Nie nadaję się.
Nie nadaję się na psa policyjnego. Nie będę wstawał na komendy i biegał. Naprawdę nic z tego. Zapomnij. Lubię się wyspać. Wiesz, o co chodzi. Człowiek jest spokojny. Człowiek musi wieść swoje własne życie, a nie życie cudzych ludzi. W każdym razie wszyscy ci, którzy weszli na drogę martial arts, doskonale wiedzą, że jest tam coś takiego jak atak i obrona przed atakiem. Są to dwie funkcje, które nie funkcjonują ze sobą.
Są takie szkoły walki, które wykorzystują specjalne gesty pozorów, że ty się niby bronisz, ale tak naprawdę przechwytujesz cały atak przeciwnika. Aikido i tak dalej. Po prostu przechwytujesz wszystkie jego ruchy, ale tak naprawdę to ty atakujesz. To ty przeciągasz jego energię, przeciągasz jego ruch, musisz wyczuć jego... Osią mówi środek ciężkości, ale to właściwie chodzi o jego energię i łapiesz go za jego punkty energetyczne i człowiek leci na podłogę i nawet nie wie jak, bo to niemożliwe, żeby stracił równowagę w ciągu ułamka sekundy, kiedy stał na dwóch nogach. I tam ludzie to wiedzą, że jest coś takiego, że nie możesz jednocześnie się bronić i jednocześnie atakować. Moment, kiedy zaczynasz się bronić, to jest moment, kiedy możesz dostać łomot. To ty musisz przejąć tą energię, to ty prowadzisz tą energię i wtedy to ty jesteś panem sytuacji. Jeżeli jest inaczej, to sytuacja jest panem ciebie. W przypadku martial arts kończy się tym, że lądujesz na macie.
W przypadku rzeczywistości kończy się tym, że lądujesz w sumie też na macie, w sumie prześcieradle, można powiedzieć, właściwie dębowym piórniku. I leżąc w tym dębowym piórniku myślisz: „Fuck, ale można było to inaczej zrobić, prawda?” Słabe uczucie jest wtedy. Także dobrze robić to sobie za życia, zanim pojawi się ten moment, że już nie możemy się cofnąć. I wiadomo, że jeżeli jest jakiekolwiek rozwiązanie, czy to od strony ogarnięcia naszego strachu na temat technologii, czy na temat naszego zdrowia, czy na temat tego, co będziemy robić ze swoją starością, to wiadomo, że żadne rozwiązanie w momencie, kiedy pędzisz ze strachu, kiedy szukasz swojej kariery i kiedy chcesz się posklejać z tym gównianym czymś, co próbuje udawać rzeczywistość, a jest tylko jakimś wycinkiem i to najbardziej patologicznym, to wiadomo, że nigdy nie spotkasz rozwiązania na swojej drodze, bo biegniesz w przeciwstawnym kierunku. To jest tak jak dwie drogi: jedna w lewo, druga w prawo. Albo pobiegniesz w lewo, albo pobiegniesz w prawo. Jeżeli pobiegniesz daleko w lewo, to oczywiście powrót będzie mozolny i bolesny. Wiadomo, że trzeba będzie wrócić po śladach i trzeba będzie spotkać wszystkie te swoje stare twarze, które się pozostawiało na wszystkich zakrętach tej drogi, którą się poszło, po to, żeby dojść z powrotem jak w bajce do rozwidlenia dróg. Już tą swoją oryginalną twarzą wejść w miejsce, gdzie jest rozwiązanie, gdzie są w ogóle rozwiązania na te rzeczy. To jest ten fenomen, że wielu ludzi powtarza jak mantrę, że nie ma alternatywy, nie ma rozwiązań, nie ma alternatywnej energii, nie ma zdrowia.
Człowiek musi umrzeć, człowiek musi chorować, człowiek musi płacić za prąd. Ci wszyscy ludzie nie mówią prawdy. Jedyną rzecz, którą opowiadają, to opowiadają to, gdzie oni są w swoim własnym życiu. Oni będą musieli i oni muszą. Oni od tego nie są w stanie uciec. To jest ich życie. Natomiast pytanie jest, czy jest to moje życie? Czy ja zawsze mam żyć snem wariata, który gówno o rzeczywistości wie i gówno w życiu zrobił, poza tym, że nieustannie się boi i wkręca wszystkich w to, że każdy musi się bać razem z nim. I każdy z nim w końcu musi pójść na jakiś mecz sportowy i pokibicować swojej lokalnej drużynie, bo się boi, że jest sam i już właściwie nie ma chyba nikogo. Bo przychodzi ten moment każdej nocy.
Czasami niepokojące sny, takie sny, gdzie człowiek jest sam, dzieją się dziwne rzeczy i czuje się słabo, komfortowo. Nasza prawdziwa twarz przychodzi po nas. I co wtedy? Ciężko wstać z uśmiechem na twarzy co po niektórym. No właśnie. Tak się kończą ucieczki. The Grand Escape. Tak można to w skrócie nazwać. Taka wielka ucieczka. Ucieczka przed sobą.
Nic dziwnego, że wielu z tych kolesi, nawet i tam też, nawet tym, którym się wydaje, że są bardzo alternatywni, że oni w ogóle mają jakąś odpowiedź na pytanie, że znają kierunki, że się naczytali i tak dalej, nic nie wiedzą. Bo ta wiedza pozostaje teoretyczna. To jest wszystko związane moim zdaniem z kierunkami, w które się wybieramy. Albo idziesz w lewo i to jest droga strachu i nie będzie rozwiązań, bo tak jak w sztukach walki musisz się bronić. W tym momencie przystępujesz do nieustanej, permanentnej batalii ze światem. Zostajesz gladiatorem i tak oto skończysz i sczezniesz. Albo porzucasz te iluzje gladiatorów, nie gladiatorów, polityków, nie polityków, frajerów, nie frajerów. Zostawiasz to i jako żywa istota, kosmiczna istota ruszasz na spotkanie swojego własnego kosmosu, najpiękniejszego, jakim on jest. I to jest zupełnie inna droga. I tu znajdują się rozwiązania, bo tu jest pięknie, tu się po prostu pięknie myśli i tu nie ma problemu z tym, żeby było rozwiązanie.
Tu się siada i się to po prostu robi, zamiast się obcyndalać. I to jest ta zasadnicza różnica. Przynajmniej tak to wygląda w mojej głowie. A tymczasem włącz sobie jakąś muzyczkę. Mam tu jointa. Podźwieć mi trochę jointa, bo dawno nie paliłem w hiperprzestrzeni. Zawsze odpalam jointa na wieczorowej porze. Ja myślę, że taki gest powinienem wykonać w stosunku do legalizacji cannabis. Absolutnie. Człowieku, jest piękna pogoda.
Nieważne, czy to zapalisz, czy nie. Po prostu siej. Ja wiem, że w Polsce była akcja sadzenia cannabis, ale dowiedziałem się później, jakich cannabis i tak się uśmiechnąłem trochę, że to lipa taka, chociaż to trochę taka zabawa w kotka i myszkę, bo sadzono przemysłowe konopie na zasadzie: „A, to policja będzie musiała sprawdzać cały krzak”. I to taka zabawa. Stary, to ty sadzisz po to, żeby policja miała zabawę, czy sadzisz po to, żeby roślina była legalna i żeby ktoś zapalił? To jak sadzisz, to sadź z konkretnym skutkiem. Butów się nie zakłada po to, żeby je założyć, tylko po to, żeby gdzieś pójść. Rzeczy robi się po to, żeby je zrobić, a nie po to, żeby je robić. I to jest ta różnica. Ja zrobiłem taką kontrabandę.
Wysiałem w kilku miejscach prawdziwe nasiona prawdziwej cannabis, żeby nie było. Takiej, którą można zerwać, zapalić i będzie inaczej w głowie. Odrobinę. Jeżeli ktoś jeszcze czuje, bo palę tyle lat, że właściwie dla mnie to jest I don't know, ale dalej się dobrze czuję z tym, powiem ci szczerze. I robiłem sobie wyniki badań ostatnio. Badania takie konkretne. A to z okazji, że partycypuję w rozwijaniu pewnej technologii medycznej właśnie od tego kąta medycznego. I też jestem królikiem doświadczalnym i sprawdzam wiele rzeczy na sobie. I dzięki temu czuję się niejako zmuszony czasami sam ze sobą zrobić sobie takie badania testowo-ogólne wszystkiego w organizmie, wszystkiego. Po prostu 100 stron dostajesz.
Dokładnie bite 100 stron napisane takim językiem, że po prostu jeżeli nie studiujesz medycyny przez cztery lata, to nic z tego nie rozumiesz. Ja nie rozumiem połowy z tego. Ja muszę ze słownikiem siedzieć, żeby wiedzieć, o czym w ogóle jest tam mowa. A jest to taki wykres całych funkcji organizmu. Wszystkich. Zbadałem się na wylot, zeskanowałem i wyszło mi, że jestem zdrowy jak koń. I jest mi pięknie. Jestem doskonale i jest cudownie. Dlatego ja nie wiem. Oczywiście ten system medyczny to jest jedna historia.
Tutaj wiem, co ten system robi. Z drugiej strony jakoś się nie obawiam o to swoje palenie. Także ja sobie zapalę tu jointa w intencji legalizacji cannabis w hiperprzestrzeni. Oczywiście nie zmuszam cię do palenia, człowieku. Jeżeli nie palisz cannabis, nie pal. Ale jeżeli ktoś w twojej rodzinie choruje na raka, są jakieś tego typu historie, a ty masz możliwość, nawet jeżeli nie palisz, to sadź szybko te rośliny. Ale te prawdziwe rośliny, nie te przemysłowe konopie, tylko prawdziwe cannabis. Sadź gdzieś w doniczce, gdzieś, żeby policja nie widziała i tak dalej. Rób z tego olej i rozdawaj swojej rodzinie za darmo. Rozdawaj przyjaciołom.
Dawaj ludziom, którzy są chorzy na raka. Współczesna medycyna, przynajmniej ta oficjalna w Polsce i nie tylko w Polsce, to są mordercy pokroju doktora Mengele. Przynajmniej oficjalnie. A wiadomo, że człowiek ma tylko jedną twarz i nie ma twarzy nieoficjalnej i oficjalnej. Także dajesz człowiekowi szansę. Jeżeli masz ten olej RSO w domu, a zrobienie tego oleju to jest właściwie żywica z olejem z tej rośliny. Zrobienie trwa naprawdę jeden dzień jeżeli masz rośliny już zebrane, wysuszone elegancko i możesz uratować człowiekowi życie. To jest coś, co jest naprawdę esencją naszego pobytu na tej planecie, że możemy się dzielić właśnie taką pomocą z samym sobą. Pamiętaj, że ludzie, którzy mają dyplomy medyczne, mają te dyplomy tylko po to, żeby zabijać ludzi za pieniądze. I to się nigdy nie zmieni.
Nie po to zainwestowali pieniądze w te rzeczy. Także chyba że ty jesteś lekarzem, to już wiesz, po co masz swój dyplom. To teraz się zastanów, co ty robisz ze swoim dyplomem. To taka moja rada do ciebie. I zastanów się, co ty robisz z ludźmi, dając im przepisy na tabletki. Dobrze, że sam nie jesz tych tabletek, dziecino. Wszystkich. A może powinien je zeżreć, wszystkie tabletki sam, zanim dasz któremuś pacjentowi. Ale to zostawiam ciebie z tym problemem, a tu wracam do normalnych ludzi. Także człowieku, zamiast wysyłać swoją własną rodzinę do doktora Mengele, który skaże ją na śmierć w bólach, w konaniu i robiąc warzywo z człowieka, sadź rośliny i miej w dupie, co myśli policja, bo przede wszystkim ratujesz życie ludziom.
Możesz uratować życie sobie. Może za chwilę się okaże, że ktoś miał kiepskie dzieciństwo, kiepskie życie, dużo kiepskich emocji i bardzo szybko przypątał się rak kości i się bardzo szybko okaże, że potrzebny jest olejek RSO. No właśnie, proszę państwa tutaj obecnych. Także jeżeli masz taką możliwość, masz miejsce spokojne, gdzie nikt nie zagląda, gdzie możesz spokojnie posadzić roślinę, to korzystaj. Masz piękne lato, człowieku, nie oglądaj się na nic. Nikt za ciebie tego nie zrobi. Nie ma bohaterów z filmów i z książek. Wszyscy są już dawno martwi, a ci na pomnikach jeszcze bardziej martwi. Ci byli największymi skurwielami. Także na nich się nie oglądaj.
Jedynym bohaterem w tej całej historii zwanej życiem, jeżeli jakiegokolwiek bohatera potrzebujesz, musisz sobie sam wymyślić siebie. Jest to doskonała opcja, jeżeli potrzebujesz bohatera w życiu, to możesz sobie zrobić bohaterski przyczynek do czucia się bardzo fajnie. Także sadź cannabis, a ja tu włączam muzyczkę i się zaciągnę tym cannabis, bo bardzo dobrze mi zrobiło na zdrowie i to wcale nie jest dowcip. Miałem bardzo poważne problemy z kośćmi. Właśnie takiego pokroju troszeczkę dziwnych komórek, które się tam zaczęły pojawiać. Bardzo dobrze mi to cannabis dało. Także polecam. Jeżeli ktoś miał kiedykolwiek problemy i się wyleczył, to myślę, że doskonale wie, o czym mówię w tym momencie. Oj doskonale wie, o co chodzi. A tymczasem jakąś ciekawą leczniczą muzyczkę oczywiście, taką zmiksowaną troszeczkę, taką muzykę naszych dziadków dokładnie.
Bo jeżeli jesteś tak zwanym Słowianinem z kodu genetycznego R1 i tak dalej, cała ta haplogrupa kodu genetycznego, o której się opowiada, że Słowianie od wieków, wieków na wieki i tak dalej, to w rzeczywistości, o czym niewielu ludzi wie, to nie jest grupa słowiańska. Ta grupa, którą mają między innymi tak zwani Słowianie, ta haplogrupa DNA, RNA i tak dalej, heliogrupa należy do Aborygenów. Naszym dziadkiem jest Aborygen, droga koleżanko i drogi kolego. Taka jest prawda genetycznie. A babcią i to jest najlepsze w tym wszystkim, a babcią jest prawdopodobnie dziewczyna gdzieś z amazońskiej dżungli. I to też nie jest wcale dowcip. Takie są markery DNA i o tym nikt nie chce mówić. Właśnie z tego powodu, że ci ludzie, którzy dalej żyją tak jak nasi przodkowie, nie podejmują tej gry z cywilizacją, nie pakują się w tą zabawę pod tytułem papierki z numerami. I ludzie, którzy robią te papierki z numerami, jeżeli już, to wysyłają tam armie, wysyłają tam swoje maszyny, żeby robiły dziury w ziemi, żeby niszczyły życie i żeby zabierały to, co jest w tej ziemi, bo to, co jest w tej ziemi, ma dla nich znaczenie w papierkach. Muzyka naszych przodków, naprawdę, jeżeli szukasz swoich korzeni i nagle odjechało ci na czaszkę i stwierdziłeś, że jesteś Słowianinem, po prostu prasłowianinem i tak dalej, to nie bądź głupkiem albo nie daj siebie robić głupka przede wszystkim.
To jest chyba najistotniejsza sprawa, bo jak zwykle w takiej sytuacji pamiętaj, że bardzo często mamy do czynienia z ludźmi, którzy szukają sobie nowej tożsamości, bo ich wewnętrzna twarz nie zgadza się z tą, którą sprzedają na zewnątrz, więc szukają nowej twarzy, która zastąpi tą kolejną twarz w oczekiwaniu na to, że być może dzięki temu zrobią karierę albo coś w tym stylu. Anyway, rzeczywista historia z naszym kodem DNA sięga troszeczkę dalej i wbrew temu, co nam się wmawia, nie jest to historia wcale słowiańska. Jest to historia globalna i wszyscy jesteśmy bardzo mocno tutaj spokrewnieni. Kilka gatunków ludzkich mieszkających w bardzo egzotycznych miejscach, bo jesteśmy bardzo ze sobą mocno spokrewnieni. Jesteśmy rodziną i to taką mocną rodziną. I każdy członek rodziny ma inny kolor skóry. Tylko że akurat tak się stało, że ci kolesie, którzy nas ciągle pakują w słowiaństwo, mają ciągły problem z innymi kolorami skóry. Chłopaki wymyślili sobie taki obrazek, że jak jest żywa istota, to ma zawsze ten sam kolor skóry i pochodzi z tego samego kraju co oni. Ciekawy mind fact, bym tak to określił w głowie. Bardzo intrygujący, bardzo egzotyczny.
W każdym razie prawdziwi przodkowie, cokolwiek chcesz zrobić, cokolwiek powiedzieć, to są właśnie Aborygeni i ludzie z Ameryki Południowej, z dżungli, dokładnie z Amazonii. To są geny, które nas tworzą jako, żeby było zabawniej, owych tak zwanych Słowian. Zabawna historia, bo to też taki nasz prywatny, indywidualny lęk. Czasami szukanie takiej tożsamości, bo to na wielu płaszczyznach się manifestuje. Tutaj poznałem księcia Edwarda, który ma teraz okazję oglądać widowisko globalne o nazwie Olimpiada, czyli jak to część z ludzi, część z nas, która ciągle szuka jakiejś nowej, lepszej twarzy w tym kawałku czegoś, nie wiadomo czego, w tej zupie z niczego, wymyśla sobie takie imprezy, żeby przynajmniej się przebujać od imprezy do imprezy i wymyśla sobie takie imprezy jak olimpiadę. I to musi być wielkie wydarzenie i tak dalej. No więc poznałem księcia Edwarda. Więc książę ma okazję przyglądnąć się, jak wygląda to od kuchennych drzwi, czyli od tyłu, jak ta olimpiada tak naprawdę wygląda. Już nie w kamerach telewizyjnych. Ja to oglądałem, jak wygląda w Londynie i dokładnie ta sama historia.
Jak się okazało, po prostu tylko i wyłącznie złudzenia grupy ludzi, że nagle wybudują sobie taką rzeczywistość, która będzie okupowała ich umysł na tyle intensywnie, że się przebujają przez ten czas, bo normalnie musieliby usiąść, zastanowić się nad sobą, pomyśleć: co ja, do jasnej cholery, robię w swoim własnym życiu? A tak nie jestem w pracy. Robimy duży projekt na olimpiadę. Projekt robię. Można równie dobrze powiedzieć: flaszkę robię. Ten sam syndrom. Flaszkę robię. Wiesz, nie, sorry, zajęty jestem. Flaszkę robię. I dokładnie znakomita część tego świata, który oglądamy, to jest właśnie taki świat, który robi flaszkę albo robi olimpiadę, albo coś tam innego robi.
A dookoła jest coś zupełnie innego. To są właśnie wszystkie te cuda, o których nam się zawsze opowiadało, że to cuda albo na przykład manifestacja Boga na Ziemi, wszystkie te dziwne zjawiska niewyjaśnione. Swego czasu prym wiodły pioruny i błyskawice na niebie. Do tej pory są miejsca na świecie, gdzie ludzie na widok pioruna żegnają się i zaczynają się zastanawiać, gdzie zgrzeszyli. Rozumiesz? Piorun tłucze, a on się zastanawia, gdzie on zgrzeszył. To się po prostu zdarza. Ta generacja wychowała też kolejną generację, która święci sukcesy w internecie. Jest to generacja, która nie ma własnego zdania, natomiast porozumiewa się językiem memów. Nie potrafi napisać nic od siebie, natomiast potrafi wklejać głupawe memy po prostu wszędzie.
Jest to taki klasyczny objaw: „Nie mam nic do powiedzenia, nie mam własnego zdania”. Nawet nie chcę mieć, bo to nie jest kwestia, że nie mam. Każdy z nas ma. Każdy z nas jest inteligentnym, normalnym człowiekiem, piękną, żywą istotą, która się manifestuje w pięknym miejscu kosmosu, a zachowuje się jak kawał idioty, redukując się do kolesia, który wkleja jakiś znaczek z gówno znaczącym tekstem zrobiony przez kolesia, który dokładnie takie samo gówno miał w głowie. Wszystko to jest nieustanną kalką jakiejś historii z popkultury. Wszystko jest wiecznym odcinaniem kuponów od jeszcze większego gówna. Taka bardzo wąska szuflada. Nie wiem, czy w tej szufladzie jeszcze jest miejsce dla mnie. Ja tam się po prostu nie mieszczam i nawet moje buty nie wejdą. Słuchaj, człowieku, po prostu zapomnij o tym, że wskoczę do takiej szuflady.
W ogóle uważam, że nikt nie powinien wskakiwać do tej szuflady, bo jest to chora szuflada. To jest jakiś taki dziwny świat, gdzie właściwie nie ma czegoś jak indywidualne doświadczenie i ty mnożysz po prostu swoje życie, jeżeli już musisz je pomnożyć przez swoje doświadczenie, takie ty sam ze sobą w ciemnym, cichym miejscu. Wow! Rozumiesz? Albo coś w tym stylu. Cokolwiek, po prostu sam ze sobą, ale nie ciągle opowiadający historię, którą opowiedzieli ci inni. Twoja własna historia to jest ten moment. To jest najsensowniejszy moment. To jest miejsce, gdzie zmierzamy. To jest jedyny moment, gdzie właściwie mamy rzeczywistą, prawdziwą twarz.
Natomiast reszta jest tylko i wyłącznie takim attachmentem, który rozpieprza wszystko dookoła. Bo tworząc taką rzeczywistość zawsze część z nas, czy chcemy, czy nie, będzie tam dążyła, bo jest to wytwór naszych rąk. To jest robienie magnesiku. Robimy magnesik. Każdy z nas robi sobie magnesiki w życiu w postaci dyplomów, w postaci kasy, w postaci miejsc, czasami w postaci bardzo krzywych relacji międzyludzkich. To też jest taki magnes, że tkwisz w takiej relacji, bo tam cię grawitacyjnie zaciąga. Kawał gówna, ale tam jesteś. Tak samo jak czasami z robotą, z wieloma innymi rzeczami bywa. Ten kawałek grawitacji, który tworzymy, to są właśnie te sytuacje, gdzie już nie mamy własnego języka. Przynajmniej zapomnieliśmy, nie chcemy go używać.
W ogóle wypieramy się swojej własnej natury i wklejamy durnowaty obrazek z durnowatym tekstem, który nic nie znaczy, zamiast powiedzieć to, co my mamy w głowie. To jest ta wartość. Sami się redukujemy. To jest ta rzeczywistość, to wąskie pasmo, które się samo redukuje. I ja tu twierdzę dosłownie jak Terence McKenna, że doszliśmy do końca czasu. Ta redukcja, ta autodestrukcyjna redukcja już doszła do tego momentu, że właściwie jest tak widoczna i jest tak specyficzna, że tego się nie da ukryć. Cokolwiek człowiek nie powie, w sensie jakiejś ciekawej opinii, to żyjemy szczęśliwie w czasach, w których te opinie bardzo szybko się konfrontują z tym, co robi. Bo opinia, to, co ja robię, to jest jedna sprawa i mogę sobie wymyślić dowolną opinię. Mogę sobie stworzyć dowolnego bohatera w głowie, dowolną maskę przybrać w dowolnej sytuacji, ale jeżeli ta maska nie weryfikuje się z tym, co robię, to znaczy, że jest maską. Troszkę zamieszałem chyba.
Chodzi o tę weryfikację tego, co jest prawdziwe, a co kłamliwe wobec samego siebie. Działanie obnaża bardzo mocno właśnie ową kłamliwość naszej indywidualnej natury, to, jak sobie wciskamy kit czasami przez lata. Jeżeli coś robisz, to widzisz od razu, co wychodzi spod twoich rąk i widzisz, gdzie się śpieszysz. Widzisz, jak sprawy się wykrzywiają, widzisz, gdzie się denerwujesz. Wszystko takie skupione w jednym miejscu. Taka skala makro. Nagle siadasz przy stoliku, zaczynasz robić rzeczy i widzisz, gdzie cię nosi. Widzisz, w którym momencie puszczają ci nerwy. Widzisz, co się dzieje i zaczynasz słyszeć myśli w swojej własnej głowie. O czym zaczynasz myśleć, kiedy coś się przeciąga, kiedy coś się przedłuża i tak dalej.
Takie indywidualne doświadczenie każdego z nas ze sobą samym, które każdy z nas ma na co dzień. I tu się objawia taka prawda o nas samych, że albo czujemy się okej ze sobą, albo ciągle nas gdzieś wyrywa, albo ciągle uciekamy. Czasami próbujemy nieustannie uciec, a i tak nas to, co ma dogonić, dogania. Taka jest moja opinia. Nigdy nikomu na tej planecie nie uda się uciec od swojego przeznaczenia. Być może dla niektórych brzmi to deterministycznie, ale zawsze mam takie podejrzenie, że ci, którzy węszą w tym jakiś spisek, jakąś złą wolę, złe życie, to są ci ludzie, którzy po prostu źle robią. Bo jeżeli nie masz w sobie tej ochoty do grawitacyjnego klejenia się z tym całym gównem, do życia nie swoją twarzą, to naturalnie cię odrzuca od tego miejsca i to wszystko. To jest taki naturalny odruch. Nigdy nie wypijesz , chyba że w sytuacji jakiejś ekstremalnej, ale nie posądzam ciebie o to. Przepraszam, musiałem sobie odkaszlnąć po tym jointcie.
Ale nigdy nie wypijesz wody, która jest brązowa. Jeżeli postawię przed tobą dwa kubki, w jednym będzie biała, piękna, przejrzysta, czysta woda, pięknie smakująca, a w drugim kubku będzie śmierdzący szlam. Przecież naturalne jest to, że bierzesz zawsze czystą, zdrową wodę. Wszyscy tak wybieramy, zawsze wybieramy. Z myślami tak wybieramy, ze wszystkim tak wybieramy. To, że komuś się jeszcze na tej planecie wydaje, że może zrobić tak, że tu będzie serwował taki syf, a tu będzie czystą wodę tak dla siebie chciał wziąć, to nie za bardzo zadziała, bo w końcu pewnego dnia wszystkie te rzeczy się zmiksują razem. I myślę, że to jest właśnie ten czas. To jest to nagromadzenie chociażby impulsów, bodźców. Chociażby że współczesne zabawy świata, takie podrygi, które nam są serwowane nieustannie, żebyśmy wiecznie poświęcili temu swoją uwagę, kończą się właściwie. Kto tym żyje powoli?
Kto jeszcze kupuje gazety? Jak niewielu ludzi jeszcze partycypuje w tym wszystkim? Oczywiście jest spory margines ludzi, którzy siedzą przed telewizorem i dłubią w tym całym gównie. Jasne, myślę, że do końca świata ich nie zabraknie, ale z drugiej strony jak potężny robi się wyłom w tym wszystkim. Tak jak wspomniałem dzisiaj o ayahuasca, myślę, że to jest taki doskonały wyłom, bo nie jest to tania impreza, szczególnie jeżeli ktoś mieszka w Polsce i wiadomo, że biedak na imprezę do dżungli nie pojedzie. Szczególnie taki biedak z Polski finansowy, człowiek, którego system, że tak powiem, docisnął i człowiek, który nie zbiera żetonów dla systemu. Ten człowiek jest pozbawiony tej możliwości, przynajmniej od tej strony komercyjnej. Natomiast szczęśliwie ta część, która chyba jest bardziej istotna, bo ten człowiek, który jest pozbawiony często tego od strony komercyjnej, doskonale sobie radzi. Wie, że w Polsce rosną takie grzyby, które jak zawozisz do Amazonki te grzyby, to ludzie po prostu z wrażenia, szamani z wrażenia klękają i mówią: „Jaką wy macie medycynę. To jest po prostu cios.
Macie po prostu mega rzecz”. To oni tak mówią, jak się z tym spotkają, a my tak traktujemy po macoszemu. Wiadomo, że ayahuasca jest droga, trzeba polecieć do Amazonii. Inna sprawa, że w mojej opinii absolutnie warto. To jest medycyna, którą każdy minimum raz w życiu, a moim zdaniem właściwie trzy razy w życiu powinien zrobić konkretnie i to bez dwóch zdań. I nie ma tutaj, że ktoś się nie nadaje albo ktoś nie musi, albo nie potrzebuje. Uważam, że każdy powinien zrobić to konkretnie trzy razy w życiu i tyle, a dalej się nie zastanawiał, czy potrzebuje, czy musi. Otóż to. I czy dalej chce. Tak czy siak, szczęśliwie ci, którzy nie mają na takie wojaże, mają grzyby i doskonale wiedzą, że są grzyby na miejscu.
Ci generalnie po prostu zajmują się robieniem roboty, a nie byciem w robocie. To jest zasadnicza różnica. Natomiast szczęśliwie ayahuasca też nie pozostawia tej średniej klasy w tym samozadowoleniu, bo jest to roślina, która zmusza do takich refleksji, że bardzo szybko człowiek przestaje być w robocie i zaczyna robić życie swoje własne, a nie jakąś iluzję tego życia. I to jest piękna sprawa, bo to trafia w samo serce systemu. Najczęściej, jeżeli kiedyś się wybierzesz do Amazonii, akurat tam nie byłem w tych celach. W ogóle tam nie byłem anyway, żebyś mnie nie posądzał, że to ci opowiadam z pierwszej ręki. Nie, opowiadam od ludzi, którzy tam mieszkają i tak dalej. I jest potężna ilość bardzo zamożnych białych dzieciaków, które tam lądują, ale takich naprawdę japis. Ich naprawdę grubo. Dzieci klasy, która próbuje rządzić tym światem z bardzo fatalnym skutkiem.
I ich właśnie dzieci lądują na tych sesjach ayahuasca w dżungli. Wielu ludzi ma oczywiście problemy i pretensje do nich. Taka zawiść troszeczkę, że bogate dzieciaki ich to stać. I bardzo dobrze. To jest chyba najlepsza rzecz, która się przydarzyła tym bogatym dzieciakom, które mogły wylądować w tej dżungli. Bo zderzenie z takim oficjalnym światem psychoterapeutów to jest już taka szarlataneria, współczesna psychologia, że po prostu można tylko ręce załamać i to mocno ręce załamać nad wszystkim i wyjść. I tyle można zrobić z tą współczesną psychiatrią i psychologią. Do tego się to sprowadza. Natomiast ta medycyna, która tam jest serwowana, stawia bardzo mocno ludzi na nogi i myślę, że jeżeli jest to pisane tym ludziom, żeby pojechać aż tam i zrobić to aż w tak inny sposób niż ich normalne życie, to widocznie taka jest ich droga. Natomiast szczęśliwie jest tak, że jeżeli spotykamy swoją własną twarz, to właściwie znajdowanie swojej własnej drogi, niezależnie od funduszy czy czegokolwiek, co jest związane z tym całym grawitacyjnym zamieszaniem i tak się dzieje poza nami.
Człowiek, który szuka swojej właściwej twarzy i chce spotkać dobrą medycynę, i nie ma zamiaru ściemniać ze sobą i tak się wybierze na grzyby w Polsce. Nikt go nie zatrzyma. Ten człowiek, który wie, że rośliny trzeba legalizować, a nie tylko o tym opowiadać i tak posadzi nasiona w takich miejscach, że się zdziwisz. To dokładnie zawsze na tym samym polega. Ten człowiek, który mówi, że jest maszyna, która daje prąd i wcale nie trzeba korzystać z elektrowni, też zbuduje tą maszynę wcale nie czekając na ciebie ani na żadne oklaski. W ogóle zapomnij o tym. Świat się robi, bo świat jest robiony przez ludzi, którzy po prostu robią konkretne rzeczy. I to jest ta esencja tego świata i to jest coś, co porusza go do przodu. I to jest właśnie to coś, co za chwilę spowoduje rozsadzenie tych wąskich ścianek, które wybudowało kilku ludzi na świecie po to, żebyśmy w te wąskie ścianki uwierzyli i próbowali się pomiędzy tymi wąskimi ściankami wszyscy ufknąć tak jak w szufladzie. Za chwilę ta szuflada troszeczkę eksploduje.
Właściwie już eksplodowała i część z nas być może stanie z tym cudownym wyborem, że nagle się okaże, że nie trzeba iść do roboty, nie trzeba robić już nic. I co? I nagle się okaże, że właściwie robota dla części z nas była jedną rzeczą, którą mieliśmy w swoim życiu. I te troski, zmartwienia. I właściwie nie było nic innego poza troskami, zmartwieniami w życiu. A tu się nagle okazało, że właściwie życie jest zupełnie czymś innym. Życie nie opiera się na troskach i zmartwieniach. Życie opiera się na tym, żeby usiąść na tyłku. Jeżeli jeszcze lubisz zapalić jointa, jeżeli będzie ci to potrzebne i będzie z tego jakikolwiek fun, bo w tej sytuacji w ogóle może zniknąć potrzeba jakiegokolwiek palenia, jakiegokolwiek, że tak powiem, relaksowania się na wyprawach, ponieważ wtedy już człowiek jest centralnie w kosmosie ze swoim czasem, kiedy naprawdę nie musisz robić nic. Ale być może wtedy usiądziemy właśnie z jakimś ostatnim jointem i sobie spokojnie zapalimy i to będzie ta właściwa rzecz do zrobienia.
Nikt się nie będzie spieszył, nikt nie będzie zastanawiał się o tym, co zrobić jutro, jak przygotować sobie plan. Może jedyną strategią na jutro będzie coś bardzo przyjemnego, żeby się umówić razem i spróbować coś razem wygenerować, jakąś fajną, przyjemną sytuację, tudzież kontynuować tą sytuację, w której jesteśmy aktualnie. I to będzie jedyna rzecz do roboty, że będziemy sobie zadawali pytania, czy naprawdę chcemy sobie spędzić następny dzień tak samo fajnie jak dzisiaj, czy też sobie jutro wymyślimy coś nowego. I do tego się sprowadzi chyba cały problem egzystencji na planecie. I to będzie dla wielu ludzi bardzo poważny problem, bo tu już nie ma polityki, nie ma strategii, nie ma tej choroby psychicznej, która biega za częścią z nas. Niektórzy nawet kandydują na stanowiska. Mówią politycy, zapraszają cię do kandydowania w wyborach. Mówią, że burmistrz jest najważniejszym człowiekiem w twojej okolicy. Gdy jeszcze burmistrz za ciebie robił kupę, siku i mógł się wyspać, to można było porozmawiać troszkę na ten temat. Natomiast tak długo jak ci wszyscy panowie są teoretyczni nawet w swoim własnym życiu i nie potrafią znaleźć nawet prostej szansy z podłogi, podnieść po prostu tego, co leży przed nimi, to w jaki sposób będą mogli podnieść kiedykolwiek moją własną indywidualną refleksję na temat mojego życia, skoro nie potrafią zawiązać własnych butów w cudzysłowie?
Taka jest moja refleksja i wniosek z tego jest taki, że nasza własna, twoja i moja indywidualna refleksja staje najważniejszą historią w tym wszystkim i że ten cały lęk cywilizacyjny, który się objawia dookoła, nie cały wynika z tego, że ktoś źle zarządził. Jest tu masa opcji do wyboru i to takich, że to się w głowie nie mieści. Ja powiem ci szczerze, sam się nie spodziewałem, jak dużo masz do wyboru ty i ja. Jak dużo w ogóle wszyscy na tej planecie mamy do wyboru sposobu życia, tego, jak się traktujemy, tego, kim jesteśmy dla siebie. Jak potężny jest ten świat, jak wiele tego jest, jak cudowne to jest, to ja się nawet swego czasu nie spodziewałem. Szczęśliwie w tym momencie zdaję sobie z tego sprawę i dzielę się tym z tobą. I myślę, że to jest właśnie ta właściwa przyszłość. Tu już nie ma lęków. To nie jest determinowane przez próbę ustawienia się z kimś na coś. To jest zupełnie inna sytuacja.
To jest piękny moment. Wcale nie trzeba spędzić życia jak rodzina górników, marudząc, że nie ma dodatkowych kanałów w telewizji. Można olać to wszystko i zrobić swoją własną zabawę i nie robić żadnej krainy jutra, tylko sobie zrobić krainę dzisiaj. Dokładnie dzisiaj, bo to wszystko jest w nas. Ta cała granica do scrashowania jest w nas i to jest nasza własna twarz, którą prezentujemy światu. Jeżeli ta twarz się zgadza z tą, która jest w środku, to wiadomo, że świat, który zbudujemy będzie okej, a jeżeli się nie zgadza, cóż, życzę miłej katastrofy na prywatnym i zawodowym gruncie w późno wczesnym wieku. I to wszystko, co chciałem powiedzieć na dzisiaj w tej hiperprzestrzeni. Także dzięki człowieku za wysłuchanie mojego długiego monologu. Nikt tu nie zadzwonił, wszyscy siedzieli i słuchali, co ja mam do powiedzenia. Prawie wszyscy.
Niektórzy sobie robili kawę. Że mi to było ostatni raz. Żartowałem. A może nie. Także człowieku, do usłyszenia następnym razem. Dzięki ci wielkie za wysłuchanie moich refleksji. Dłubię tu troszkę w tygodniu, spotykam się z różnymi ludźmi, rozmawiamy o wielu sprawach z bardzo ciekawymi ludźmi o naprawdę niesamowitych umysłach i niesamowitych serduchach. I opowieści są naprawdę niesamowite. I tego samego tobie życzę w przyszłym tygodniu. Jeżeli jest jakikolwiek plan, to po prostu kontynuujmy te piękne rzeczy, które się dzieją cały czas i one robią swoje.
To wszystko, bo ja tu nie mam żadnych planów. Jak jest piękna rzecz, to robi piękne życie i pięknego życia nikt nie musi planować. Planuje się tylko wtedy, kiedy ma być katastrofa. To też polecam sobie zapamiętać, bo to wcale nie jest dowcip, to, co teraz mówię. Ci, którzy wiedzą, o co chodzi, ci wiedzą. Otóż to. Także człowieku, ahoj, ahoj tam na horyzoncie. Ja się odczepiam swoją łódką, odpływam w innym kierunku. Spotkamy się na tym akwenie refleksji za tydzień w „Hiperprzestrzeni”. Dzięki wielkie za wysłuchanie i pozdrawiam serdecznie Ivelliosa i wielkie dzięki za to, że użycza swojego archiwum w Radiu Paranormalium dla „Hiperprzestrzeni”, żeby to wszystko mogło dotrzeć do twojego ucha.
Także wiesz co? Po prostu zrób takiego kciuka do góry dla Ivelliosa. Wiesz, o co chodzi. Ten człowiek robi dobrą robotę. Otóż to. I jeszcze chciałem powiedzieć, że w Radiu Na Fali są pozostałe audycje „Teoria Chaosu” oraz „Etykieta Zastępcza”. Etykieta jest na razie... Znaczy Książę jest, czyli rzeczywista twarz Etykiety jest aktualnie w Brazylii. Jak wróci z Brazylii, to nam opowie, jak było na olimpiadzie i myślę, że będą to mocne opowieści. Pozdrawiam serdecznie, bo ty się odezwał do mnie na Skypie, to nie będę udawał, że mnie nie ma, nie?
No właśnie. Pozdrawiam Książę, pozdrawiam serdecznie i pozdrawiam wszystkich na czacie Radia Na Fali. No i zapraszam na czwartek, gdzie opowiadam o bardzo ciekawej rzeczy. O tym, że nie musisz być niewolnikiem systemu. Możesz sobie zbudować cały system sam od zera. Jest to takie łatwe, że zrobisz to na kuchennym stole. I o tym wszystkim w czwartek o godzinie 22:30 polskiego czasu. Resztę rzeczy na Facebooku Radia Na Fali. Ja za chwilę siądę i podpisuję maile. Także sorry, że tak to długo trwa, ale jestem naprawdę zasypywany mailami i ciężko jest mi odpowiedzieć na wszystkie naraz.
Także sorrywis borewicz. Po prostu musi czasami poczekać, bo ja tu mam warsztatowe robotki dla Go To The Forest. Rozumiesz? Rzeczy o nazwie Health Panny i tak dalej. Także dajmy chwilę czasu. Daj mi chwilę czasu, człowieku. Usiądź, zrelaksuj się. Ja i tak cię złapię. Naprawdę nie ucieknę. Nie mam zamiaru.
A tymczasem dzięki wielkie za słuchanie. Do usłyszenia następnym razem. Peace and love. Słuchałeś „Hiperprzestrzeni” w Radiu Na Fali.