[00:00] - To think for yourself and question authority. Uff, już można powiedzieć w domu. Las, znajoma okolica, znajome ptaki, znajoma wioska, znajomi mieszkańcy i oczywiście dzisiaj spóźniony w hiperprzestrzeni. Zatem witam was wszystkich bardzo serdecznie. Troszeczkę później niż normalnie. A co, tak to bywa. A co dzisiaj w hiperprzestrzeni? Dzisiaj będę chciał troszeczkę podokańczać kilka wątków, które się zebrały tydzień temu związanych z tą intencją. I taki troszkę odcinek z buta, taki odcinek z rozbiegu, bo dzisiaj cały dzień tak w ogóle biegam. Wczoraj też zresztą.
Chyba taki moment w życiu. Anyway. Tak że dzisiaj będę próbował zebrać to wszystko do kupy, usiąść tutaj, właściwie postać i się pozastanawiać nad kilkoma aspektami związanymi z owymi intencjami, moi drodzy. Tak żeby było miło tego wieczora, bo jutro zdaje się, nawet nie zdaje się, jutro wybory w Polsce. Przepraszam, ja tu się będę troszkę tak poruszał w lewo i w prawo, tak że nie dziwcie się, że usłyszycie dziwne rzeczy na mikrofonie, jakieś rany. Tymczasem się tu ogarniam, bo w Polsce, słyszałem, nadchodzą wybory moi drodzy, i to takie wybory, które z reguły zawsze olewałem. No prawie zawsze. Tym razem po raz pierwszy od nie wiem kiedy, chyba po raz pierwszy, przynajmniej za mojego życia, okazało się, że wśród kandydatów na zaszczytny urząd, co po dla niektórych zaszczytny, urząd kanclerza, prezydenta czy innego namiestnika, mniejsza o to, zgłosił się dżentelmen o imieniu Paweł, a nazwisku Kukiz, którego chciałem tu bardzo serdecznie pozdrowić. I powiem wam szczerze, że jeszcze nie spotkałem w historii Polski takiej sytuacji. I tak nie będę głosował, bo ani jestem zarejestrowany, ani jestem z tej bajki, ani z tych rzeczy i w ogóle generalnie nie głosuję.
Mam ku temu swoje powody, o których jasno i wyraźnie swego czasu tutaj powiedziałem. Ale tak czy siak, moi drodzy, cieszę się nawet jako osoba niegłosująca, że po raz pierwszy, właściwie chyba za mojego życia, w Polsce jest jakaś rzeczywista opcja wyboru. Już mniejsza o to, ile można z tego wybrać i tak dalej. Ale pierwsza opcja jest zapewniona na 100%, czy jest to po prostu właściwy człowiek. Jest to szalenie miłe, że okazało się, że wśród tej gabiedzi bęcwałów, pajaców i przygłupów, dewotów religijnych, świrów nacjonalistycznych, nie wiem, kogo tu jeszcze wymieniać i tych, którzy pamiętają, jak za Hitlera były tańsze podatki. Nareszcie jest ktoś, kto ma więcej niż pozostała reszta oleju w głowie. Jest to Paweł Kukiz. Tak że pozdrawiam w ogóle swoich wszystkich przyjaciół, którzy głosują na Pawła Kukiza, bo się okazało, że praktycznie wszyscy moi przyjaciele i praktycznie chyba cała moja rodzina głosuje na Pawła Kukiza. Tak że mam nadzieję, że będzie to pierwszy wybrany w historii Rzeczpospolitej pierwszej, drugiej, obojga, trojga narodów jakiś dżentelmen, który jest na miejscu, na którym jest, dlatego, że ktoś go tak naprawdę chciał wybrać, a nie dlatego, że ktoś go tam ustawił. Tak jak większość tych pajaców do tej pory.
Praktycznie każdy był ustawiony od początku do końca. Jeżeli w tych wyborach wygląda na to, że chyba Paweł Kukiz stanie nowym prezydentem Polski. I bardzo dobrze, bardzo mu tego życzę. Będzie to pierwszy normalny prezydent w tej części świata i to będzie takie rewolucyjne wydarzenie. Będzie może troszkę jak właśnie w Ameryce Południowej, gdzie Pepe został prezydentem. Chwilę później był już legalny cannabis, chwilę później były wszystkie inne rzeczy legalne. Chwilę później mafia zniknęła, chwilę później nagle kraj stał się naprawdę fajnym miejscem. Nie jest to jakiś specjalnie bogaty, zamożny kraj, ale stał się jeszcze bardziej milszy niż przedtem i w ogóle działa rewelacyjnie. To chyba o to chodzi, żeby miejsce, w którym człowiek mieszka, było fajnym miejscem. I chyba Paweł Kukiz jak na razie jest jedyną osobą w historii dziejów, historii czasu, którą dobrze kojarzę, a która w ogóle ma coś wspólnego z tym całym politycznym cyrkiem.
Nie chcę tu was namawiać, żebyście koniecznie głosowali na Pawła Kukiza. Można w ogóle nie iść na wybory, co jest moim zdaniem doskonałym rozwiązaniem. Jest to miłym rozwiązaniem nie iść na żadne wybory i żadne takie rzeczy. Ale jeżeli czujecie, że ten człowiek mówi coś, co ma sens po raz pierwszy w waszym życiu i po raz pierwszy w tej parszywej, gównianej, tak zwanej telewizji mainstreamowej widzicie kogoś, kto mówi i jego zdanie ma sens. Początek, środek i koniec. Jeszcze na dodatek jest to ten sam sens, który większość z nas ma w głowie oglądając się na różne miejsca. To chyba warto, nie? No to pozdrawiam serdecznie. Tu pozdrawiam wszystkich miłośników głosowania na Pawła Kukiza. Pozdrawiam was bardzo serdecznie.
Mam nadzieję, że jeżeli jeszcze chodzicie na wybory, to zrobicie jakiś dobry wybór i będzie naprawdę miło. Gorzej na pewno nie będzie. Może być tylko lepiej z takim dżentelmenem. Tak że tu jeszcze raz pozdrawiam. Jeszcze raz nie tyle żebym agitował, ile przypominam tym, którzy lubią chodzić na wybory, że jest naprawdę fajna opcja i mogą z niej skorzystać. I to tyle. A tymczasem czas, żebym tak oficjalnie wreszcie zaczął tą hiperprzestrzeń tak normalnie, po ludzku, jak człowiek. Czyli przede wszystkim pozdrowienia dla was wszyscy mecenasi. Tak że pozdrawiam bardzo serdecznie. Peace and love za wsparcie radia.
W waszym kierunku już za parę chwil zostaną wysłane trzy tomy Carlosa Castanedy, który zniszczy wasze życie. Nie no, żartuję oczywiście. Chociaż kto wie, może ta książka zrujnuje wasze życie. Ale nie sądzę. Nie sądzę, żeby było tak źle. Myślę, że to świetna książka do przeczytania. Trzy tomy wędrują w ludzi. Za to wszystko odpowiada Grzegorz, który na co dzień prowadzi podcast „Czas snu”, który możecie też spotkać w Radiu Na Fali. Tak że słuchajcie, wszyscy się tu znamy. Tak że jeżeli chcecie wspierać Radio Na Fali, to musicie się przygotować na to, że być może do waszych drzwi zapuka listonosz i przywiezie wam podarek od radia.
Niewiele mamy, ale jak już coś mamy, to się dzielimy. Tak mówię, niewiele mamy, a właściwie Grzegorz, a nie ja. Tak że wiecie, jak to jest poczuć się pod cudzy sukces. Tadam! Okej. Dziękuję serdecznie wszystkim istniejącym mecenasom. Zapraszam wszystkich pozostałych do wspierania radia. Pozdrawiam was wszyscy moi kochani słuchacze offline, bo wiem, że słuchacie tego offline w naprawdę różnych miejscach, także oby wam się dobrze słuchało tego odcinka. Będzie wyjątkowo luźny i relaksujący. Oczywiście pozdrawiam wszystkich słuchaczy z Radia Paranormalium, które retransmituje „Hiperprzestrzeń”.
Też się dzisiaj troszeczkę naczekali na tą „Hiperprzestrzeń” i dobrze. Czasami trzeba się naczekać, a to dlatego, że musiałem się dostać z drugiego końca miasta Londyn na konieć, w którym mieszkam i zajęło to troszeczkę czasu. Pomimo że w dzisiejszych czasach mamy nowoczesną technologię, nowoczesną komunikację i tak dalej, to nawet takie proste rzeczy potrafią zabrać parę minut więcej. Ale na tym chyba polega podróżowanie, że ciężko ustalić cel, datę i miejsce poza jednym: ustaleniem faktu, że jesteśmy w podróży, i to w nieustannej podróży. Dzisiaj będę trochę się odwoływał do swoich refleksji sprzed tygodnia, bo też myślę, że taki dobry pomysł, żeby pokleić to wszystko troszkę z tym, co się dzieje, bo naprawdę czasy się miło kleją. Jak o tym mówiłem już w poprzednich odcinkach, opowiadając o tej historii Quadridium, moim zdaniem jest taki fajny paralel, który się aktualnie dzieje i to, że taki koleżka jak Paweł Kukiz, którego ja pamiętam osobiście, jak był przebrany w strój Batmana i dokładnie w Jarocinie. Nie pamiętam, który to był rok. Nie pytajcie mnie, to było dawno temu, ale to było w Jarocinie na dużej scenie i Paweł Kukiz śpiewał konkretną piosenkę na tej dużej scenie i naprawdę było rewelacyjnie. Nie spodziewałem się, że dojdzie do takich czasów, że ten koleś, który tam stoi w Batmana, śmiga po tej scenie, za parę lat ja będę mówił do mikrofonu, bo tego w ogóle nie spodziewałem się zobaczyć w swoim własnym życiu ani doświadczyć, to on będzie kandydował na prezydenta kraju, w którym mnie już nie będzie, which is amazing. Nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Co by było, gdyby ktoś podszedł do mnie na tym polu w Jarocinie i powiedział: „Tomek, słuchaj, mam do ciebie propozycję. Opowiem ci, co się wydarzy w twojej przyszłości” i opowiedział nawet jedną historię z tego wszystkiego, to i tak bym nie uwierzył. Dobra, nawet pół historii bym nie uwierzył. Ale tak jakoś się to potoczyło. Nieźle. Sam nie wiem, co się wydarzy dalej i wolę nawet nie wiedzieć. Znaczy sam częściowo ponoć wiem w sumie wszystko. Ja tak dzisiaj będę troszkę nawiązywał do tego, że wszystko już się dawno wydarzyło, a my to teraz robimy. I to my to teraz robimy. Odwołując się jeszcze do tej swojej historii z tym, że tak dawno temu, kiedy byłem mokosem i tak dalej, jeszcze Paweł Kukiz występował w stroju Batmana na dużej scenie w Jarocinie.
Wtedy pewne sprawy już były w toku i na to wygląda. A dzisiaj te sprawy się powoli realizują. Paweł realizuje jedną rzecz. Ludzie, którzy chcą to zrealizować razem z nim, realizują też swoją rzecz. Ja realizuję swoją, każdy realizuje swoją i na koniec końców wszystkie te historie się gdzieś tam zbierają do kupy. Wszystkie razem funkcjonują, tworzą jakąś ciekawą rzeczywistość i wszystko razem gra. A później się okazuje: stary, przecież to było tak zrobione, że to już wiadome było od samego początku, że się wydarzy, tylko ja wtedy na to nie wpadłem. I właśnie chyba o ten moment chodzi. Ja mam taką refleksję troszkę bardziej świeżą, związaną bardziej z moim mieszkaniem już poza Polską, poza wyborami, poza wszystkimi rzeczami. Związaną właśnie z tym, że wszystko już się dawno wydarzyło, a my teraz to tylko robimy.
Mianowicie ponieważ lubię sobie robić zdjęcia, mniejsza o to, i sobie tych zdjęć czasami cykam trochę więcej. Pamiętam swój pierwszy przyjazd do Londynu dawno, dawno temu w odwiedziny do znajomego na taką megaimprezę. Właściwie impreza, na której w ogóle nie spałem. Impreza trwała trzy dni i tak jak wysiadłem z samolotu, poszedłem na imprezę. Zostałem odebrany przez przyjaciół i zabrani na imprezę. Tak też z powrotem pojawiłem się na lotnisku za bardzo niewyspany i nieogarnięty, bo impreza trwała trzy dni i wróciłem do Dublina, gdzie wtedy mieszkałem. Musiałem się wyspać, a następnego dnia musiałem być w pracy, co było dosyć naprawdę ciężkim wyzwaniem, ale jakoś się udało. O mało co nie usnąłem przy tym biurku, ale się udało. To był ten pierwszy raz, kiedy sobie tu przyjechałem na naprawdę solidną, sążnistą imprezę, na której się naprawdę zdrowo zrobiłem naprawdę dobrym MDMA. W sensie był chyba jakiś kwas jeszcze.
Anyway, mniejsza o to. W każdym razie impreza była sroga, trwała trzy dni. Cud, że dotarłem na lotnisko z powrotem i nie straciłem samolotu. Nie wiem, jak bym płynął wpław przez Morze Irlandzkie z Anglii, prosto z Walii. Rekiny mogłyby mnie zjeść. Ale szczęśliwie tam rekinów chyba nie ma, a i ja też nie musiałem płynąć. No i właśnie będąc tutaj, przelotem pomiędzy tymi imprezami, bo troszkę się bujaliśmy po mieście w tą i z powrotem, raz samochodem, raz pociągiem. Wiecie, jak to jest, kiedy się udaje na wyprawę do znajomych. Porobiłem troszeczkę zdjęć i zrobiłem zdjęcie jednej takiej ulicy. Tak mi wpadła w oko.
Taka swojska, można powiedzieć. Bardzo swojsko się poczułem i zrobiłem to zdjęcie. Jedno, drugie, trzecie. Takich spotów na ulicy. Spotów, czyli takich specyficznych miejsc, które mi tam wpadły w oko. Z samochodu, bo też nie było za bardzo czasu, żeby wysiadać. To było jedno z miliona miejsc, przez które przejeżdżałem wtedy, jadąc przez Londyn, jadąc na drugi koniec miasta, gadając o zupełnie innych sprawach w samochodzie. Tak zupełnie przez przypadek. Ale było coś w tych miejscach takiego, że mówi: „Tomek, wyciągnij aparat, zrób zdjęcia”. I wyciągnąłem aparat, zrobiłem zdjęcia.
Te zdjęcia mam do tej pory. Minęło naprawdę sporo lat. Ja już mieszkałem w Londynie. To miejsce, inna sprawa, znałem, bo to takie miejsce w południowej części miasta, które jeżeli ktoś tu mieszka, to kojarzy. Nie jest takie anonimowe miejsce, że nie wiadomo skąd i nie wiadomo gdzie, a z twarzy podobny zupełnie do nikogo. Tylko takie miejsce, które tutaj ludzie na południu kojarzą. Minęło nie wiem ile, chyba dziewięć, 10 lat, jakoś tak od tego momentu i ja nawet zacząłem tam mieszkać w okolicy. I to nawet konkretnie. Wynajmowałem tam mieszkanie i tak dalej. Fajny ogród.
Tam właśnie mieszkałem po sąsiedzku z babcią sąsiadką właśnie, Paową, o której wam kiedyś opowiadałem w „Hiperprzestrzeni”. Dokładnie to miejsce na West Norwood, skrzyżowany z Tulse Hill i jeszcze z inną dzielnicą. Nieważne. I tak pewnego dnia postanowiłem, że zrobię porządek ze starymi zdjęciami, które gdzieś tam się walały po komputerze. I zacząłem to sobie wszystko przeglądać. Przeglądam i patrzę: „Siedź, nie wierzę!”. I się okazuje, że dokładnie będąc pierwszy raz w Londynie, w ogóle w swoim życiu w tym mieście, zrobiłem zdjęcie. I to było jedno z pierwszych zdjęć właściwie zaraz po przylocie do Londynu, bo przyleciałem późnym wieczorem. Później impreza i dopiero rano w samochodzie dochodziłem do siebie, jak się przemieszczaliśmy przez miasto. I dokładnie w tym momencie zacząłem robić zdjęcia.
Pierwsze z tych zdjęć było zdjęciem miejsca, w którym dokładnie oglądałem później te zdjęcia. I czułem taki szok wewnętrzny, że: „Wow, fajnie, to sobie sam sfotografowałem miejsce, w którym mieszkam, nie wiedząc nawet, że będę mieszkał w tym miejscu”. I to jest właśnie to, że wszystko już się dawno wydarzyło. Wszystko już jest poza nami, wszystkie sprawy są już dawno załatwione. Tylko my je teraz robimy. My je realizujemy. My to wszystko robimy. To trochę jak z tymi wyborami. Jeżeli ktoś chce państwową ideę zatrudnić w działanie i zrobić coś, żeby działała lepiej, jest okazja. Słuchajcie, po raz pierwszy.
Jeżeli ktoś chce zrobić inną rzecz, to też teraz żyjemy w takich czasach, kiedy właściwie takie okazje są. Jeżeli ktoś chce puścić informację o tym, że odkrył coś niesamowitego i że to może zmienić losy świata, ma tą opcję. Tak naprawdę mamy to wszystko właśnie teraz pod ręką. Wygląda to trochę tak, jakby ktoś zrobił dawno temu zdjęcie tego wszystkiego, a tymi postaciami bylibyśmy my. Po latach otumanienia, zapomnienia gdzieś wylądowaliśmy w jakimś innym, nowym miejscu. Przyglądamy się na to zdjęcie i ciężko nam jest uwierzyć, że to my sami byliśmy tak perfekcyjnie przewidujący, że na każdym zdjęciu z przeszłości spotykamy miejsca, w których później wydarzyła się nasza przyszłość. Fenomenalne. Także dzisiaj troszeczkę o tym. A wy jak chcecie zadzwonić to oczywiście radionafali.com taki jest adres na Skype. Ja oczywiście jestem dostępny na Skype, także śmiało zapraszam.
A tymczasem, bo ja tu dzisiaj tak z pozdrowieniami dla Pawła Kukiza, bo to naprawdę odważna rzecz nie bać się w Polsce wywrotki ze żwirem, ciężarówki z piaskiem, która przez przypadek skraszuje ci samochód jakoś tak na zakręcie, na którym nie ma żadnego zakrętu. Wiecie, jak to jest. Ludzie czasami znikają i naprawdę trzeba mieć coś w głowie fajnego, żeby generalnie okiełznać tą sytuację i żeby dać innym ludziom szansę, żeby mogli stwierdzić, czy naprawdę tego chcą, czy chcą czegoś innego. Za samą szansę, za samo danie szansy jest już po prostu gigantyczny plus. A tymczasem, bo ta audycja nie jest wcale taką agitką propagandową. Nie za bardzo, bo ja i tak, tak jak mówiłem, nie głosuję, nie chodzę na wybory i mieszkam w Londynie, także w ogóle mnie to nie obowiązuje, nie interesuje, bo jestem gdzieś w zupełnie innym miejscu. Nie mam bladego pojęcia, czy kiedykolwiek jeszcze w życiu zamieszkam w Polsce. Raczej nie. Mam w głowie zupełnie inne pomysły, zupełnie inne miejsca i raczej nie Polska. Nie.
To już inna sprawa. Także to zostawiamy. Także bear in mind, jak to mawiają po angielsku. Czyli zatrzymajcie w pół myśli, że nie jest to agitka polityczna. Nie rozmawiamy tu o wyborach, tylko o tym, że sprawy, które są dookoła nas, są tymi sprawami, które się już dawno wydarzyły i wszystko już jest naprawdę okej. A naszym jedynym zadaniem teraz jest dostarczyć tą przesyłkę do właściwych drzwi. Ta historia się wydarzyła. My tylko dostarczamy przesyłkę, żeby trafiła pod właściwy adres. Nic więcej nie mamy do robienia w naszym życiu. Czyż to nie cudowne?
Dzięki temu można się przestać martwić duperelami, pierdołami i kilkoma innymi rzeczami, które nie mają wpływu na tą całą przesyłkę, na tą drogę, na to wszystko, co się już wydarzyło. Chodzi tylko o to, żeby ją dostarczyć na czas. To wszystko. Okej? Pod właściwy adres. To tymczasem posłuchajmy sobie muzyczki, a ja sobie wypiję resztę tą kawę, która za mną chodzi. No właśnie. A wy słuchacie oczywiście Radia Na Fali w hiperprzestrzeni, która jest też retransmitowana w Radiu Paranormalium. Ja oczywiście jestem już na czacie radiowym od jakiegoś czasu jednym okiem. I tyle.
I posłuchajmy muzyki. Maryla. Takie parallel sytuacyjne. Ale wracajmy do naszej historii, bo nami nie są nią wybory, chociaż one też zahaczają o pewien specyficzny cykl, o którym już zdaje się swego czasu wspominałem. Właśnie dzisiaj będę wykańczał jak zwykle wszystkie sprawy związane z quadrilium i nie tylko. W ogóle troszeczkę właśnie z przeznaczeniem, bo często jest to określane, przynajmniej ta część tej całej opowieści jako właśnie przeznaczenie. Przy czym to przeznaczenie często definiujemy jako coś deterministycznego, czyli coś, co koniecznie musi nam się przydarzyć, ale w zasadzie katastrofy z cyklu: nie mamy nic do gadania. To, co się wydarzy, jest zaplanowane. Jesteśmy tylko puchem na wietrze losu, czy jakoś tak. I pewnie jest to prawda, bo jesteśmy taką drobiną kosmicznego kurzu gdzieś tam w tym całym kosmosie.
Tak to można w skrócie wielkim ująć, ale nie ma w tym ani grama takiego determinizmu. Wygląda to, ja to lubię porównywać, wygląda to jak dostarczanie paczek, moi drodzy. Czyli że jest ta paczka, wszystko jest zorganizowane. Nie my wymyślamy papier do pakowania, nie my pakujemy tą paczkę. My tylko właściwie dostarczamy tą paczkę. W momencie, kiedy się rodzimy, rodzimy się z konkretną paczką. Przynajmniej taka jest pewna koncepcja, która stoi za moją dzisiejszą refleksją, która jest właśnie związana z tym tematem. A więc bierzemy tą paczkę w momencie, kiedy się rodzimy i naszym jedynym zadaniem jest dostarczyć tą paczkę do właściwych drzwi w momencie, kiedy schodzimy z tego świata i zanim tu wrócimy ponownie, zanim cokolwiek innego się wydarzy. Wielu ludzi traktuje to bardzo deterministycznie, ponieważ wydaje im się, że właściwie nie ma tu miejsca na ich własną ekspresję. Mnie się wydaje, że to jest pomyłka wynikająca głównie z tego, że współczesny świat jest oparty na wbijaniu nam do głowy tego dualistycznego konceptu, że jest dobro i zło, i że jesteśmy albo źli, albo dobrzy, a my po prostu jesteśmy tak zwyczajnie.
Także nie ma tu za bardzo takiej opcji, bo w przypadku opcji dualistycznej, czyli mnożenia i dzielenia włosa na czworo i mówienia, kto jest dobry, a kto jest zły, zawsze będziemy wpadali w pewne tarapaty. Takie najprostsze tarapaty, które polegają na tym, że część tej historii, która nam się przydarza podczas dostarczania tej paczki, niekoniecznie może być miła i przyjemna. Inna sprawa, że sami nieświadomie, mniej lub bardziej świadomie, zależy, jak do tego podchodzimy, czy w ogóle chcemy to zauważać, czy nie, bo to, czy coś zauważymy, czy jesteśmy świadomi tego, że coś się dzieje dookoła, właściwie zależy tylko i wyłącznie od naszej uwagi i koncentracji, którą wkładamy w fakt naszej radosnej egzystencji na tej planecie. Jeżeli jesteśmy na tyle tępi, głupi i ślepi, że tego nie widzimy, to później jest takie zaskoczenie, bo łapiemy się na takim klasycznym numerze. Przynajmniej to jest moje doświadczenie, doświadczenie moich przyjaciół. Nie wiem, czy wasze. Także jeżeli macie jakieś inne, to dzwońcie do radia: radionafali.com To doświadczenie mówi jasno i wyraźnie, że to, że mamy coś do dostarczenia wcale nas nie determinuje do niczego. Problemy wynikają z tego, że w pewnym momencie odbija nam kompletnie na czaszkę i stwierdzamy, że nie będziemy dostarczać żadnej paczki. Zbuntujemy się przeciwko swojej egzystencji. Gdzieś się zbuntujemy konkretnie, wymyślimy jakieś dziwne postawy dualistyczne, wymyślimy nihilizm, wymyślimy masę innych rzeczy, wymyślimy sobie wiarę w Jezusa, wymyślimy sobie wszystkie inne możliwe wiary po drodze tylko po to, żeby trzymać się troszkę z daleka od tego, co jest esencją naszej obecności tu i teraz, czyli to, że po prostu tu jesteśmy bez żadnego oceniania i zastanawiania się co, zaś, dlaczego i kto jest lepszy albo kto jest gorszy.
Po prostu tu jesteśmy i każdy ma tą paczkę do dostarczenia. Czasami podczas dostarczania tej paczki schodzimy gdzieś na poboczne drogi i może czasami wymyślamy sobie w głowie, że idziemy właśnie na skróty. Przy czym ten skrót jest dwa razy dłuższy niż droga, którą normalnie chodziliśmy. I stąd się biorą te problemy, że później wytarskanie się z tego skrótu, bo dalej właściwie mamy paczkę do dostarczenia. To jest nasze życie. Rodzimy się, umieramy. To jest początek i koniec. Przynajmniej tutaj, w takim czysto fizycznym wymiarze. Oczywiście nie jest to jedyny wymiar, ale jest to ten czysto fizyczny, który nas tutaj w dosyć mocnym stopniu determinuje. I bardzo fajnie, bo po to tu jesteśmy, żeby doświadczyć tego wymiaru.
Przynajmniej taka jest moja koncepcja. Anyway. Wracając do tej historii z paczką, to naprawdę niewiele zmieni, co my będziemy kombinowali i co my będziemy robili. Ta paczka się od nas nie odklei. To jest paczka, z którą się rodzimy i dopóki nie dostarczymy do właściwych drzwi, to ona się od nas nie odklei i będziemy ją ciągle nosili ze sobą. Tak to trochę wygląda z mojego punktu widzenia. Czyli nie jest to deterministyczna historia, bo właściwie wszystko to, co wydarza nam się po drodze z tą paczką, zależy już tylko i wyłącznie od nas. To nie jest historia opisana, że my koniecznie musimy mieszkać w tym miejscu, tam trafić, robić to, spotkać tych ludzi, tamtych ludzi i dotrzeć z punktu A do punktu B. To nie jest wcale powiedziane, że tak ma być. Jeżeli oczywiście ci ludzie nie są naszą paczką do dostarczenia, bo może być tak, że całe te sytuacje w życiu są tym całym pakietem informacyjnym i emocjonalnym, który musimy zebrać w życiu, żeby go gdzieś tam dostarczyć.
Ta paczka się buduje w trakcie, ona już ma opakowanie, wyrusza w świat i teraz ktoś musi o nią zadbać. Chodzi tylko i wyłącznie o to zadbanie o tą paczkę. Za dużo energii czasami myślę cywilizacyjnie przykładamy do kwestii tego, co z tą paczką. No co z tą paczką? Mamy tą paczkę. Tam droga jest prosto, trzeba iść tą drogą i zanieść paczkę tam, gdzie się wybieramy tą drogą. Wielu z nas kombinuje po drodze, wykonując różne dziwne manewry w życiu i naprawdę takie bardzo egzotyczne. I później są zdziwieni, że coś nie zadziałało, że jeżeli świat jest deterministyczny, to jest gówniany, bo oczywiście ich życie jest gówniane, bo narobili dużo zamieszania, poobrażali wszystkich ludzi dookoła, postrzelali fochami, już się poczuli właścicielem cudzego życia, cudzego czasu. Już poczuli się szefami całej sytuacji, której nawet nie zrobili. Także to jest taki klasyczny numer, a później przychodzi takie rozczarowanie, że jeżeli to już miało się wydarzyć, to znaczy, że co?
To znaczy, że dalej nie dostarczyłeś swojej paczki, młody człowieku. Tak można to w skrócie ująć, że dalej nawet nie jesteś skłonny się zastanowić nad tym, czy tą paczkę chcesz dostarczyć w jakiś sympatyczny sposób, czy nie chcesz jej dostarczyć w sympatyczny sposób. Zawsze możemy zejść na bok i chodzić gdzieś poboczami, w chaszczach, różnych krzaczorach i takich tam się borysować, być pokąsany przez różne jadowite stworzenia, zamiast na przykład iść prostą drogą. Możemy zrobić taki numer i często wielu z nas to robi. Cała ta historia związana z tym, że wszystko już się dawno wydarzyło, a my to tak naprawdę teraz dopiero organizujemy i robimy, jest właśnie związana z tymi ludźmi, którzy wiecznie zasuwają po krzaczorach, wiecznie muszą sobie nabić sińca, wiecznie jak wstają rano z łóżka, muszą sobie przestrzelić kolano na początek dnia. Generalnie zawsze muszą sobie strzelić stopę w każdej możliwej sytuacji. To jest tak zwany człowiek pułapka. Człowiek, który zastawia na siebie nieustannie pułapki w każdym momencie swojego życia. Myślę, że całą tą złą sławę, tudzież ten swojego rodzaju deterministyczny wątek pojawia się tylko i wyłącznie właśnie u takich ludzi. Jest historia z przeznaczeniem oczywiście.
Właściwie nawet nie jedna. Takich bajek jest masa. Kojarzycie na pewno stare bajki? Na pewno kojarzycie. Czasami opowiadam. W wielu tych starych bajkach jest mowa o przeznaczeniu, że musi się coś wypełnić, że człowiek, który wyrusza w drogę, jego przeznaczeniem jest dojść gdzieś tam, zrobić coś tam i wrócić z tej drogi i coś tam przynieść. Taka klasyczna fabuła na bajkę. Człowiek w podróży, który się czegoś uczy po drodze, a później wraca i I ma już tą wiedzę albo coś tam ma. I ta wiedza też ma swój sens, bo ona z reguły ratuje kogoś. On wraca, praktycznie jest kompletnie spłukany, ale ma to coś.
Ma ten kawałek układanki, który powoduje, że czy to jego umierający ojciec król nagle wstanie z grobu, może nie wstanie z grobu, ale ozdrowieje. Czy też jego rodzina, czy ktoś z przyjaciół, czy w ogóle królestwo wróci do oryginalnego kształtu, właściwie bardziej wygodnego i pogodnego kształtu. I tu też jest taka historia deterministyczna, tylko że tu jest jasno i wyraźnie opisane, że tam chodzi o tak zwaną misję, że każdy właściwie ma jakąś misję w życiu, konkretną misję i właściwie niezależnie od tego, czy my się z tym zgadzamy, czy nie. Ja bym tak troszkę pociągnął te bajki. Wygląda na to, że tą misję mamy i to naprawdę nie jest kwestia, tak jak wspomniałem, zgadzania się ani akceptacji bajek. Tylko usiądźmy sobie spokojnie i zastanówmy się, co my tu właściwie robimy. Tak zwyczajnie. Ktoś może powiedzieć: „Okej, to ja siedzę sobie przed telewizorem, oglądam coś w telewizji i spędzam swój czas”. Ale jak spędzasz swój czas? Okazuje się, że właściwie nie za bardzo spędzasz swój czas, że bardziej zabijasz swój czas.
Bo takie siedzenie przed telewizorem, konsumowanie życia innych ludzi, którzy jeszcze żeby było zabawniej, są wymyśleni przez jeszcze innych ludzi, nie ma już nic wspólnego z rzeczywistością. Jest taka ucieczka, taki eskapizm. Czyli nie zgadzam się na rzeczywistość. Wracam do domu, włączam telewizor, tam jest rzeczywistość, którą kontroluję. Kiedy mi się nie spodoba, przełączę na inny kanał. Mam poczucie kontroli świata. Jak mi się ten świat nie spodoba, to przełączę jeszcze na inny świat. Mam tych światów w pilocie 99. Wstępny bank przycisków, co jest jeszcze dodatkowo kolejny pilot do innego telewizora. Tam może będą jeszcze jakieś inne światy, które sobie włączę albo przełączę.
Jedyne co tak naprawdę robimy, to jest ucieczka przed konsekwencją dealowania dostarczania tej paczki. Taka jest moja opinia najczęściej na ten temat i taką już mam opinię. Tak to wygląda. Człowiek, który siedzi na kanapie i niewiele robi, nic z tego praktycznie nie ma. Siedzi i spędza swój czas na oglądaniu życia innych ludzi i komentowaniu tego. Właściwie nie dostarcza niczego. Ta paczka dalej z nim jest, bo dalej ma jakieś przesłanie. Dalej ma jakiś czas w życiu, który powoduje, że siada przed tym telewizorem czy przed czymś innym i właściwie nic nie robi. Można powiedzieć, że jest konstruktywnym leniem, ale konstruktywny leń to jest człowiek, który się naprawdę leni. A to nie są ludzie, którzy się lenią.
To są ludzie, którzy zabijają swoje życie, zabijają swój czas, sycąc się iluzją życia innych ludzi. Tak czy siak to robią. Czyli ta paczka cały czas leży. Ten czas na zrobienie tego jest. I teraz jest pytanie, czy jest jakiś sens robienia tej tak zwanej misji w życiu, jeżeli wreszcie ktoś ją odkryje? Z tą misją jest kilka różnych historii. To może zacznę od odkrywania tej misji, ale zanim zacznę od odkrywania tej misji, to może zacznę od jakiejś muzyczki, już troszeczkę łagodniejszej, spokojniejszej, proszę państwa. I czas na muzyczkę i na kawkę. A później wracamy do tych refleksji. Czy to jest takie deterministyczne?
Czy tak naprawdę żyjemy swoim własnym życiem i gdzie się kończy, gdzie zaczyna nasze własne życie? Dobre pytanie. To posłuchajmy muzyczki. Tak, stoję przy mikrofonie w Radiu Na Fali, retransmitowanym też w Radiu Paranormalium. I dzisiaj bardzo tak lajtowo, bo ja też biegłem przez pół miasta, o czym mówiłem na początku. Ledwo co zdążyłem na tą hiperprzestrzeń z drugiego końca Londynu. Ale tak czy siak jestem i tak czy siak jest ten temat. Czyli takie końcówki troszeczkę. Końcówki jak końcówki. Można powiedzieć, że dla niektórych końcówki, dla niektórych chyba początek nowej drogi.
Ja bym to tak potraktował, że jest to początek troszeczkę, nawet nie trochę, tylko bardziej niż początek nowego rozdania, jeżeli człowiek skuma, o co w tym wszystkim chodzi. O co chodzi z tą w ogóle misją, z tą całą historią związaną z tym, że mamy w życiu jakąś misję, prawda? Mamy jakąś misję. Tu nie będę precyzował tych misji wszystkich, które wszyscy mamy. To zostawię, niech sobie każdy z nas precyzuje sam. Ale skąd się w ogóle wziął ten koncept, że w ogóle mamy jakąś rzecz do załatwienia w swoim własnym życiu? Ponieważ często się zdarza trafiać na ludzi, którzy mówią: „Wiesz co, jestem po pracy, swoje zrobiłem, spieprzaj kolesiu, ja już mam wolne”. Siada przed telewizorem i jest tak, jak mówiłem. Anyway. Oprócz tej cywilizacji są jeszcze inne podejścia do cywilizacji, o których tu często mówię.
Chociażby takie, które panuje sobie w buszu, w dziczy i w tego typu miejscach. I tam już podejście jest zgoła inne. Powiedziałbym, że nawet zgoła odwrotne, bo tam pojęcie misji jest czymś normalnym. Normalne jest to, że człowiek się rodzi i ma jakąś tam sprawę w życiu do załatwienia. Tych spraw może być parę. Może być począwszy od wychowania dzieci, chociaż to akurat nie jest żadną sprawą do załatwienia, bo dzieci się same wychowują. Taka już jest natura świata. To nam się wmawia, że trzeba wychowywać dzieci. Jak ktoś chce je pokaleczyć, zrobić z nich nie wiadomo kogo, to je będzie tresował jak psy. Ale dzieci to nie są psy i chyba wszyscy inteligentni ludzie o tym wiedzą.
Także tu ten temat zostawiam. Co z tą misją chodzi? To jest takie, przynajmniej jeżeli chodzi o kwestie tak zwanych dzikich, jest to kwestia inicjacyjna. Do momentu inicjacji właściwie jest się beztroskim szkrabem, który sobie młokosem biega, skacze po kamykach nad strumykiem i tak dalej. Generalnie pełen relaks, młodzieżowe życie. I to jest ten pierwszy etap życia, dziecięco-młodzieżowy, tak można powiedzieć. Później jest ta inicjacja, która ze zwykłego chłopaka robi chłopaka, który może już chodzić na polowania i może zadbać o kogoś. Właśnie, i to jest ten element misji, bardzo istotny, że można o kogoś zadbać, bo na polowanie nie chodzi się po to, żeby samemu coś upolować dla siebie ani dla tylko i wyłącznie najbliższych osób, bo nie jest to żaden wyczyn. Jest to sytuacja, do której jesteśmy zmuszeni życiowo, że ktoś musi pójść i coś załatwić za kogoś, bo tak już się poukładało. Jest to okej, ale jest to sytuacja do ogarnięcia.
Nie ma to nic wspólnego z tak zwaną misją. Misja to jest to, czego się uczą prawie wszyscy ludzie w tak zwanych prawie wszystkich dzikich ludach. Czyli że kiedy człowiek dorasta, kiedy kończy już bycie dzieciakiem, bierze na siebie odpowiedzialność. Ale nie odpowiedzialność za kogoś innego, tylko bierze odpowiedzialność za siebie i potrafi ją wziąć na tyle mocno, że przez wzięcie tej odpowiedzialności za samego siebie jest w stanie nakarmić kogoś w tym plemieniu, kto niekoniecznie jest jego rodziną. Pomóc komuś. Tworzyć tak zwaną społeczność, ale taką zdrową społeczność, gdzie każdy jest indywidualnością sam w sobie, ale nie ma problemu z tym, żeby wstać i komuś pomóc wybudować chatę, żeby nie musiał spłacać kredytu do końca życia. I kilka innych historii z tym związanych. Takie współpracowanie na co dzień ze sobą. I cały ten ceremoniał inicjacji tak naprawdę ma wspólnego z jedną rzeczą: z tym, że uczy nas przetrwać samymi ze sobą. Nie to, żebyśmy przetrwali w jakimś dzikim świecie, nie wiadomo gdzie.
Tego uczy nas ta współczesna cywilizacja, że musimy przetrwać, począwszy od szkoły, od giełdy, od firm, od pracy w sklepie. Musimy przetrwać na lotnisku, musimy przetrwać wszędzie. „To nauka przetrwania, synu!” Patologia. Tam natomiast uczą się czegoś zupełnie innego. Tam uczą się tego, że najważniejsze w życiu jest przetrwać samemu ze sobą. Bo co się stanie, kiedy zostaniemy doprowadzeni na skraj naszego życia? Na czym polegają w większości wszystkie te czynności inicjacyjne? Że doprowadza się człowieka na skraj jego życia, że jest wyczerpany fizycznie i psychicznie, także praktycznie jeszcze za pomocą specjalnych specyfików, specjalnych ziół bardzo często przekracza ów próg percepcji, można powiedzieć. Przekracza bramę wymiarów i widzi takiego siebie, jakim jest, a nie jakiego chciał sobie wyobrażać w dzieciństwie. Jeżeli był młody i dorastał w takim plemieniu, gdzie duże wrażenie robili zawsze dzielni wojownicy, to normalne jest to, że taki młody człowiek może ześwirować i generalnie może sobie wyobrazić, że on na przykład już nie jest sobą, ale jest jakimś dużym wojownikiem, który będzie wielkim wojownikiem, będzie jeszcze większym wojownikiem.
To takie schizoidalne podejście naszej współczesnej cywilizacji, że ja też zostanę kosmonautą. Też! I właściwie nigdy w tej cywilizacji, w której my mieszkamy, nie wyrastamy z tych dziecięcych marzeń. Nie ma tej kwestii inicjacji. Ona teoretycznie została przesunięta na zasadzie zdawania jakichś egzaminów i do momentu, kiedy teoretycznie płacimy za siebie rachunki. Powiedzmy, że to jest ten moment, ale to dalej nie jest ten moment. Dalej tak naprawdę nie przekraczamy tej najważniejszej granicy. Granicy poznania samego siebie. Nie chodzi mi o to poznanie, z którego się wyjeżdża na Warszawę i Ostrołękę, ale chodzi o ten drugi. Poznajmy się, sami siebie ze sobą.
I to jest naturą tej inicjacji. I od tego momentu nasze podejście do życia, podejrzewam, mocno się zmienia. Bo kiedy zostaniemy zaciągnięci na krawędź naszego życia i z tej krawędzi widać już naszą przeszłość, naszą przyszłość, widać, jak to jest wszystko poukładane. Widać dokładnie całą tą konstrukcję, o której wspomniałem na samym początku, czyli że wszystko już się wydarzyło, a my to po prostu tylko robimy. Z takiej perspektywy wszystko jest bardzo mocno widoczne i widać wszystkie te sytuacje, które nas doprowadziły do tego miejsca. Czasami nawet poprzez parę wcieleń, czasami nawet i więcej. Widać poprzez sytuacje związane z ludźmi dookoła nas. Ja to chociażby zauważyłem na podstawie tej fotografii, którą strzeliłem, a później robiąc zdjęcia. Zapomniałem oczywiście o tym zdjęciu i później, mieszkając już w tym miejscu, robię sobie porządki. Nagle otwieram ten folder, wyciągam te zdjęcia i sam własnym oczom nie wierzę.
I się nagle okazuje, że właściwie już tu zamieszkałem grubo wcześniej, zanim zamieszkałem. To się często zdarza. Mam jeszcze trochę takich miejsc na zdjęciach. Mam sporo tych zdjęć z różnych miejsc. Na razie jeszcze nie planuję ich oglądać. Może następnym razem jak otworzę ten folder, przeglądnę te zdjęcia, to znowu przeżyję jakąś chwilę iluminacji. Podejrzewam, że jest tam kilka zdjęć, które doprowadzą mnie do takowej iluminacji, bo pamiętam nawet parę zdjęć. Pamiętam, że później te sytuacje się automatycznie pojawiły w moim życiu. Może nie automatycznie zaraz po zrobieniu zdjęcia, ale zdjęcie było takim świadkiem tego, że jesteśmy w drodze, że mamy tą paczkę do przeznaczenia. I cała ta historia z tą inicjacją, która się odbywa, że człowiek jest wysyłany praktycznie w kosmos, kiedy wraca, już jest kompletnie nową postacią, narodzoną od początku do końca, skonstruowaną przez samego siebie, która już porzuciła tę iluzję bycia kimś, bycia wojownikiem największym w plemieniu albo coś tam innego.
Po prostu osobą, która porzuciła iluzję na rzecz tego, kim jest i na rzecz przede wszystkim tego, że jest tutaj. Jest, żyje, działa i może zrobić coś fajnego, bo z natury jesteśmy... Dobrze, ja wiem, że są takie koncepcje, które mówią, że z natury człowiek jest egoistą i tak dalej, ale są to koncepcje wymyślane przez ludzi, którzy są sami egoistami i wymyślają sobie takie koncepcje, żeby usprawiedliwić to, że sami są dupą wołową w swoim własnym życiu. No i na potwierdzenie tego, że są dupą wołową, mają koncepcję naukową, która stwierdza, że tak, egoizm jest zdrowy. Nie wiem, czy egoizm jest zdrowy, czy niezdrowy. Egoizm to na pewno, tak jak wspominam tutaj, jest przeszłość i to nie jest kwestia, czy jest zdrowy, czy niezdrowy. Na pewno coś z tej przeszłości nam się przydaje. Jakieś chociażby czynności manualne, które pozwalają nam okiełznać moment robienia kawy i herbaty, bo pamiętamy, jak robiliśmy ją ostatnim razem i całkiem wprawnie nam szło. I gdyby nie ten kawałek ego, który pamięta zrobienie herbaty, to moglibyśmy sobie tym wrzątkiem po palcach polać. Ale szczęśliwie pamiętamy.
Natomiast nie ma tu ani kategorii dobra, ani kategorii zła. Tak zwyczajnie. Jest tylko kwestia bycia ślepym albo dostrzegania tego, czym jest nasze życie w rzeczywistości. Ta misja, włączanie sobie tej misji w życiu, przynajmniej w tych „Dzikich plemionach”, polega na przejściu ceremoniał inicjacyjnego, bo on wysyła młodego człowieka naprawdę na taką orbitę, że jak wraca, to już wie, że nie będzie kimś innym, że jedyną propozycją, jaką ma dla świata, jest bycie tym, kim jest. Co najwyżej może być dobrym myśliwym, ale zawsze będzie sobą. Nie będzie nigdy tym drugim myśliwym, który jest pożądany przez całą wioskę. Zawsze będzie tylko sobą. I do tego się to wszystko sprowadza, że uczymy się w takiej sytuacji, jak przetrwać sami ze sobą, jak przetrwać ze swoimi własnymi myślami. To jest taki klasyczny numer, że jeżeli mamy jakiś problem ze sobą i często mamy jakieś syndromy zwalania na kogoś, to dobrze jest spróbować sobie usiąść w naprawdę cichym miejscu na godzinę chociażby. Samemu na krześle.
Żadnej muzyki, żadnego internetu, żadnych ekranów, żadnych książek, żadnych rozrywek. Usiąść sobie i posiedzieć samemu ze sobą przez godzinkę. To wystarczy. Niektórzy ledwo co wytrzymują posiedzenie ze sobą przez pięć minut. Muszą zaraz coś stać, coś zrobić, coś ogarnąć. Coś nosi ich. Po prostu nie ma ich tutaj. Ciągle są głową gdzieś w innym świecie, zupełnie innym. Ciągle próbują dostosować ten świat, który jest dookoła nich, do tego świata, który mają w głowie. To obsesyjnie widać.
Kto ma w rodzinie takiego osobnika, doskonale wie. Wszystkie te obsesyjne poprawiania serwetek, obrusów, wszystkie te obsesyjne dążenia do perfekcji, ustawienia czegoś w jakimś miejscu, bo akurat tam wygląda lepiej niż w innym miejscu i tak dalej. Wszystkie te rytuały, które powodują, że wydaje nam się, że już za chwilę przekroczymy ten magiczny próg stąd do wieczności i zaczniemy mieszkać w krainie o nazwie Jutro. Wyniesiemy się stąd pewnego dnia, a teraz tylko ustawiam szklaneczki na szafce, żeby to było tak, że już się tam przeniosę i że wszystko rozpoznam po swojemu i że się nie pogubię w tym wszystkim. W takim podejściu deterministycznym, faktycznie, z tego punktu widzenia jest to dramat, jeżeli ktoś nam powie, że nasze życie jest misją i że wszystko jest już dawno zapisane, wszystko już dawno się wydarzyło, a my tylko to odtwarzamy i od sposobu, w jaki to odtworzymy, zależy jakość naszego życia i prędkość, z jaką dostarczymy przesyłkę. Tego właściwie nikt do końca nie wie, bo każdy z nas ma indywidualny czas na dostarczenie tej przesyłki. Co z tą przesyłką? Bo tak się rozwodzę nad tymi paczkami, czym pracownik firmy delivery, a nie jestem, ale mógłbym być. Nie jestem. Co z tą misją?
Słuchajcie, misja jest czymś, wydaje mi się, odgórnym. Pierwszym głównym elementem tej misji jest zrozumienie tego, że nie jesteśmy jednostkami zatomizowanymi, że nie jesteśmy samotni, że nie jesteśmy dzikimi zwierzętami i kilka spraw dookoła tego, czyli zrozumienie, że jesteśmy żywą istotą, która ma uczucia, emocje i może kształtować swoją rzeczywistość, używając właśnie tych elementów. Intencji do robienia dobrze. Jeszcze za intencją jak pójdzie działanie, to już w ogóle jest wypas i wszystko się elegancko składa do kupy. I do tego się cała ta historia sprowadza. Natomiast u nas, w tym świecie za oknem, nie wiem, gdzie jesteś, drogi słuchaczu i droga słuchaczko, fajnie by było, jakbyś była w dżungli albo byś był w środku dżungli. Wtedy ten problem odpada. Niemniej podejrzewam, że znakomita większość z nas słucha tego w tak zwanym cywilizowanym świecie, gdzie dochodzą kable z prądem, kable z internetem, kable z innymi rzeczami, kable z gazem, wszystkie możliwe kable. I jeszcze trzeba za to słono płacić. Tam takiej opcji nie ma, żeby wziąć i być samemu ze sobą, bo jest to najbardziej chyba niebezpieczna opcja systemu, mówiąc szczerze.
Bo kiedy wszyscy zaczęlibyśmy być sami ze sobą i czuć się dobrze, mogłoby się okazać bardzo szybko, że ten system nie ma dla nas nic do zaoferowania. Złapałem siebie dokładnie na takiej sztuczce. W pewnym momencie odstawiłem wszystkie te rzeczy i okazało się, że właściwie system jako taki, jeżeli chodzi o całą tą zabawę, cały ten cyrk, praktycznie mówiąc, że nic z tego cyrku mnie absolutnie nie interesuje, że nie ma właściwie żadnego odbicia w moim realnym życiu, że coś się tam wydarzyło w gazecie. To jest facet, który siedzi w gazecie i stara się na siłę, żeby to, co on wymyślił, zostało uznane przez takich kolesi jak ja. Bo kiedy się okaże, że takich ludzi jak ja jest więcej i wszyscy uwierzymy w tą jego rzeczywistość, którą wymyślił na kartce papieru i zaczniemy żyć tą sprawą, tym problemem, tą sytuacją, to ta sytuacja automatycznie powstanie i on w tym momencie będzie mógł powiedzieć: „Przewidziałem to wszystko, przeczułem tą sytuację”. A właściwie, jeżeli wszystko już się dawno wydarzyło i wszystko już dawno się odbyło, to na dobrą sprawę nie ma co wymyślać i nie ma nic do przewidywania, bo dobre przewidywanie polega tylko i wyłącznie na dobrym kontakcie i na byciu dobrym obserwatorem. Od jakiegoś czasu mam taką refleksję swoją własną, że dobry obserwator to jest taki człowiek, który bez problemu przewiduje przyszłość i to zupełnie bez problemu. Patterny tych wszystkich sytuacji, które się dzieją dzisiaj dookoła nas zawsze, są niczym innym jak tymi patternami, które się wydarzą jutro. To jest taki klucz do zrozumienia troszeczkę tej sytuacji, że wszystko już się wydarzyło, wszystko już się odbyło, a my tylko to robimy. Tu musimy wrócić do podstawowego konceptu związanego z ludzkością, z historią ludzkości, historią cywilizacji, historią tajnych stowarzyszeń.
Tak szybko tylko owinę, że mianowicie chodzi o te wszystkie tajemnicze symbole, na przykład symbol trójkąta, czyli piramidy, symbol kwadratu zamkniętego w kole. Wszystkie te rzeczy reprezentują, co tu dużo mówić, nasze właściwości energetyczne, strukturę tego świata, mówiąc tak najprościej. I z tej okazji, że jest to reprezentacja struktury tego świata, wygląda na to, że Właściwie wszystko już zostało zapisane. Jeżeli jest struktura, jeżeli jest już droga, jeżeli jest już coś, to znaczy, że ktoś tam już był i tę drogę wybudował i znaki drogowe postawił. To, że my jeszcze tą drogą się nie przejechaliśmy, wcale nic nie oznacza i nic nie musi znaczyć. Ta autostrada już jest, bo zawsze jak jedziemy, to widzimy tę autostradę. To jest paradoks związany z historią, że ona nas nie zaskakuje w taki sposób, żeby mogła dawać świadectwo, że jest czymś przypadkowym, czymś, co się wydarzyło właśnie w tej sekundzie. Nie za bardzo. Wszystko wygląda na to, że już dawno się odbyło. Tak jak z jazdą po autostradzie.
My jedziemy, możemy być jednym samochodem na tej całej drodze. Wszystko jest okej, ale ktoś tu przed nami był. Ktoś tę autostradę wybudował. I podobnie jest z patternem zachowań. Jeżeli jest coś drobnego, to normalne jest to, że każda energia, która tam trafia, zawsze będzie miała ten sam kształt. Jeżeli będzie miała kształt trójkąta i trafia w małe trójkąty, i dobry obserwator stoi i widzi te małe trójkąciki wszędzie dookoła, to na pewno jedyną odpowiedź, jaką może udzielić na temat przyszłości będzie: zobaczycie bardzo duży trójkąt, który będzie miał kształt bardzo drobnych trójkątów. I będzie miał rację, bo wydarzenia, które przed nami leżą, które czekają na to, że się wydarzą, są już zakodowane w historii, która się odbywa aktualnie. To jest fenomen z I-chingiem między innymi, że tam jest coś takiego jak warunki, czyli część tak zwanej przepowiedni, wróżby, część dyrektywy dotyczy tylko i wyłącznie przyszłości, właściwie nawet nie przyszłości. Dotyczy tego, jak my mamy się zachować w nadchodzącej przyszłości, która już się dawno wydarzyła. I jest specjalny opis do specjalnych sytuacji, które się dzieją tu i teraz.
To jest takie rozdzielenie, że rzeczy tu i teraz to jest jedna rzecz, jedna historia, a to, co nas czeka, o czym jeszcze nie wiemy, to jest druga część historii. To wszystko jest w jednym. Wszystko jest połączone jednym heksagramem. To nie jest rozdzielone, nie ma przyszłości w osobnym heksagramie, teraźniejszości w innym i tak dalej. Wszystko jest dokładnie w jednym. Wszystko już się dawno wydarzyło i my teraz tylko zmierzamy po tej ścieżce. Teraz pytanie jest: co z tą misją, moi drodzy? Co z tą misją? Elementy tej misji, myślę, że znamy wszyscy doskonale. To jest klasyczny element, który nie umknie żadnemu obserwatorowi, który widział małe dzieci.
Małe dzieci są radosne, lubią się bawić i lubią się dzielić rzeczami z innymi ludźmi. Chyba że ktoś wychował dziecko, które nie lubi. Różnie bywa, ale normalnie dzieci raczej są zjawiskiem bardzo mocno społecznym. Nie są socjopatami, chętnie się bawią z innymi dzieciakami. Zostawić jedno dziecko samo to jest jedna historia. Jak się zostawi dwójkę razem, to wiadomo, że stworzą taki świat i taką rzeczywistość, że doskonale sobie poradzą bez naszej obecności. Wszędzie wygląda tak samo. Później widzimy te patterny w pozostałych zachowaniach na przykład zwierzaków. Zawsze widzimy te patterny, moi drodzy. Zawsze widzimy ten moment, że chcemy się dzielić.
Nawet największy drań wmawia sobie przez całe życie, że on po to robi wielkie interesy, po to okrada i morduje innych ludzi, żeby pewnego dnia usiąść na tej fortunie i ją komuś rozdać. Oczywiście koniec końców i tak nikomu nie rozdaje. Umiera znienawidzony przez cały świat, który doprowadził do ruiny i tak to się wszystko kończy. Niemniej widać historię, która się wychyla zza owej misji, że tą misją między innymi, bo to nie jest tak definiować, co jest naszą misją w życiu, bo uważam, że każdy z nas powinien sobie zdefiniować swoją własną misję i każdy z nas powinien się wybrać na koniec kosmosu po to, żeby spojrzeć na własne życie i stwierdzić: aha, teraz już widzę, który z malutkich trójkącików jest powtarzającym się nieustannie patternem, który będzie wracał w moim życiu, który zawsze wraca, na którym jest oparte moje życie. I jak wzmacniać ten pattern i jak nim operować, jak to wygląda w praktyce. Tu jest dokładnie taka sama historia. Operujemy pewnym konkretnym patternem. Te patterny, o których jesteśmy pewni, to jest między innymi dzielenie się z innymi, tak bezwarunkowo. Bycie z innymi ludźmi, bo jesteśmy też ludźmi, czyli bycie z żywymi istotami to jest druga rzecz i to też na zasadzie radosnej, a nie ciosaniem kołków na głowie. I komunikacja między nami, bo jesteśmy stworzeni jako istoty do wydawania z siebie miliona dźwięków.
Mamy niesamowity talent do tworzenia języków, do tworzenia metafor, opisywania świata. Coś w tym jest generalnie. Czyli mamy te trzy elementarne rzeczy. Oczywiście jest więcej, ale nie chcę za bardzo rozbijać tego wątku na miliony drobnych elementów. Dzisiaj chcę o tym drobnym patternie zawinąć. O patternie, który się nieustannie powtarza w naszym życiu i wygląda na to, że ten pattern odpowiada właśnie za ową przyszłość. Tam jest schowana informacja o tym, co się już wydarzyło, a czego jeszcze nie zrobiliśmy i co właściwie będziemy robili i co się wydarzy. Zabawnie to brzmi. Czy prezydent już został dawno wybrany, a my tylko teraz dorastamy do tej informacji, bo moglibyśmy ją zgarnąć wcześniej. Jeżeli ktoś przeglądał te patterny po kolei, po kawałku, to mógł zauważyć, że jest pewien element energii, która zawsze się wbija do przodu.
Zawsze się wybija do przodu i ten charakterystyczny pattern się nigdy nie zmienia. Jeżeli cokolwiek wybije do przodu, jakiekolwiek wydarzenie czy na scenie politycznej, czy jakiejkolwiek innej będzie dokładnie multiplikacją tego patternu, czyli będzie dokładnie takim samym trójkątem, tylko jego skala będzie troszeczkę większa. I to jest historia związana z obserwatorami życia. Przepowiednia wśród ludzi dzikich ma inny status niż przepowiednia w naszej cywilizacji, bo w naszej cywilizacji ciężko mówić o przepowiedniach jakichkolwiek. My tu mamy tyle patternów, że nawet ślepy by zauważył, co się wydarzy jutro, bo nie jest to żadną specjalną tajemnicą. Tak jest świat mniej więcej ustawiany na takich patternach, że wszyscy mają z tego korzystać i w ten sposób to organizować. Mamy żyć tym życiem z gazety, którym żyje dziennikarz, który nie wie, co innego robić ze swoim własnym życiem, bo nigdy nie był na żadnej ceremonii inicjacyjnej i właściwie ciągle mu się wydaje, że jest małym chłopcem, który zostanie pewnego dnia kosmonautą, chociaż już przekroczył pięćdziesiątkę, dalej kosmonautą nie jest. Ale on ciągle żyje tym marzeniem, tym toksycznym marzeniem, chociaż powody dziecinne, niewinne, wydaje się całkiem okej, zaraża cały świat, bo właściwie nie ma tam ani grama konsekwencji. To jest takie marzenie wieku dziecięcego, że cokolwiek zrobię, to i tak mnie to wali, bo i tak do mnie nie wróci. Później jest moment zderzenia się z samym sobą, poznanie samego siebie, czyli moment inicjacyjny.
Kiedy wędrujemy na koniec kosmosu, zauważamy: zaraz, zaraz, to wszystko do nas wraca. I jeżeli nie wróci w takiej dużej formie gigantycznego trójkąta, który nas przygniecie niczym ściana dużego budynku, wróci w postaci tysiąca małych trójkącików, które będą nam upierdliwie utrudniały praktycznie wszystkie formy komunikacji z ludźmi, wszystkie sposoby działania i tak dalej. Generalnie zatruje to nasze życie. Widzimy to tak dosyć wyraźnie, te paterny. Właśnie na tych wyprawach, gdzie jesteśmy gdzieś na krawędzi kosmosu, zostawiamy swoje ciało, gdzieś odlatujemy swoim duchem po to, żeby wrócić jeszcze raz. Bardzo nielubiane sytuacje przez wielu ludzi, którzy prowadzą warsztaty różnego rodzaju, tak zwane samorozwojowe, zwał jak zwał. Jest to często bardzo mocno depresjonowane przez nich właśnie z tego powodu, że moim zdaniem, ale to jest moje zdanie, nie polecam brać tego zdania do siebie, ja za nie odpowiadam. Nie wiem, jak wy. Niech każdy ma swoje własne. Wydaje mi się, że ci ludzie ciągle żyją marzeniem małego chłopca, który postanowił zostać kosmonautą.
Ma już 60 lat. Dalej nie jest kosmonautą. Kosmonautą już nie będzie nigdy, ale uparcie twierdzi, że na tym polega sens jego życia, że to jest coś, co go organizuje, reorganizuje. To jest coś, co go napędza w życiu, że to jest jego dziecięce marzenie i on teraz dla tego dziecięcego marzenia realizuje całą resztę swojego życia. Jest to dziwne, takie toksyczne, bym powiedział, bo właściwie nie ma w tym żadnej misji. Jest to takie przedłużenie braku odpowiedzialności za cokolwiek. Bo jak ten Indianin idzie na tą inicjację, dostaje tego strzała, wraca do żywych po tej inicjacji, jest już innym człowiekiem. Wie, że już nie będzie tym kosmonautą i wie, że nie o to chodzi, żeby być największym szeryfem we wsi, największym cwaniakiem z największym łukiem, który strzela najdalej i najszybciej najfajniejszymi strzałami. Tylko właściwie chodzi o to, żeby stworzyć fajne community, żeby jeżeli wychodzę do lasu na polowanie, żeby przynieść troszkę tego jedzenia nie tylko dla siebie, ale też wszystkich dookoła, żebyśmy wszyscy się spotkali, bo razem mieszkamy, razem tu wspólnie jesteśmy na tej planecie i razem tworzymy klimat dookoła nas. I jeżeli tylko połowa z nas albo kilka osób będzie szczęśliwych, to co z tą resztą?
Co, reszta wyjdzie do lasu? Z tej wioski wyprowadzi się do lasu i znikną, żeby nam nie psuć przypadkiem smaku naszego posiłku, który sobie uważyliśmy i nie podzieliliśmy się z innymi? Trochę tak to wygląda. My tak to sprowadziliśmy do tego punktu. Także u nas cała ta historia związana z tym, że wszystko już się wydarzyło, tylko jeszcze o tym nie wiemy, tylko właściwie to wykonujemy w tym momencie, jest ciężka do zaakceptowania, bo właśnie ten dualistyczny koncept świata, który już tu się wkracza z jakimś pomysłem Jezusów, chytrusów, zła, dobra i całej tej szarlatanerii. Z drugiej strony mamy problem z tym, że właściwie ta cywilizacja nigdy nie wymaga od nas tego, żebyśmy dorośli, ponieważ na tym, że jesteśmy dziećmi, zarabia się gigantyczne pieniądze na manipulacji naszymi żądzami. Wystarczy, że ktoś gdzieś w gazecie czy na innych portalach, które się zajmują teoretycznie podawaniem informacji, zacznie podawać cycki i gołe dupy. I jest to co? To jest dziecięce marzenie chłopca, który chciał mieć tą pierwszą dziewczynę i chciał, żeby ta pierwsza dziewczyna była najpiękniejsza ze wszystkich dziewczyn, żeby wszyscy się za nim oglądali. On ciągle, nieustannie trzymając rękę w gaciach, realizuje to swoje piękne marzenie, bo właściwie nigdy nie dorósł.
Nigdy nie zrozumiał, że już nie jest małym chłopcem. Ma w sobie małego chłopca, tak jak każdy z nas, ale już nim nie jest i nigdy nim nie będzie. Czas najwyższy zająć się obecnym tu i teraz, bo do tego się to wszystko sprowadza. I to są takie dwa główne czynniki, które trzymają nas na zdrowej orbicie od zrozumienia czasami pewnych elementarnych spraw, od zauważenia tego podstawowego patternu, który się nieustannie powtarza. My później widzimy kolesia, który wychodzi i mówi: „Słuchajcie, jest to, to, to i to”. I to się wydarza. Takich ludzi na świecie jest masa. Sam nie raz zdarzyło mi się skumać, co się wydarzy za parę chwil. I to nie raz i nie dwa. Jest to normalna historia.
Wielu z nas się to zdarza. Jest to normalna część informacji, którą mamy, że wstajemy, mówimy: „Z jakichś powodów mam gdzieś być, ale nie pójdę tam, bo pięć minut dłużej w domu”, jakoś tak. Wychodzimy te pięć minut dłużej w domu i te pięć minut dłużej w domu ratuje nam życie, bo akurat tam był wypadek samochodowy, coś takiego. Takie klasyczne sytuacje, takie klasyczne paterny. My oczywiście zwalamy to wszystko na los, przypadek. Później siedzimy i: „Ale przypadek. Przecież gdyby wyszedł pięć minut wcześniej...”. Nie wyszedłby. On by nigdy nie wyszedł pięć minut wcześniej. Gdyby wyszedł pięć minut wcześniej, to by się potknął na schodach i sobie masował kostkę na dole.
Nic takiego by się nie wydarzyło. To nie było zaplanowane dla niego. I to jest ta informacja, która do nas dociera dopiero wtedy, kiedy przekroczymy ten świat materii, kiedy wyskoczymy z niego i wrócimy tu z powrotem. W inny sposób, podejrzewam, ciężko tego patternu zauważyć, bo dorastamy z tym patternem. To jest trochę tak, jakbyśmy wiecznie pływali w rzece, całe życie, całe dzieciństwo spędzali po prostu w wodzie zanurzeni po szyję. I nagle ktoś nam powiedział: „Hej stary, a wiesz jak to jest być suchym?”. A my: „Nie, nie wiemy jak to jest być suchym, ale udajemy suchych”. Siedzimy w tej wodzie i cały czas udajemy, że jesteśmy susi, ale właściwie ciągle siedzimy w wodzie. Nie da się tego zauważyć. Nie da po prostu się być suchym, siedząc jednocześnie w wodzie.
Trzeba wyjść na brzeg, się wytrzeć i wtedy człowiek jest suchy. Są takie dwa odmienne stany. Albo tam siedzimy, albo wychodzimy, przyglądamy się sprawie i wtedy wiemy, w którym miejscu rzeki jesteśmy, w którym miejscu nurtu i tak dalej. Z brzegu też inaczej widać. To jest dokładnie takie samo paralo. Ta cywilizacja nam dosyć skutecznie odbiera przejrzystość widzenia na co dzień w tych wszystkich sytuacjach. To, że idziemy do lasu, to, że idziemy na spacer, to, że idziemy się przejść, spotkać znajomych gdziekolwiek, to tak naprawdę widzimy te paterny. To jest tylko kwestia naszej uważności, kwestia Po prostu bycia tu i teraz, czucia tych wszystkich elementów, bo to bardziej się czuje niż widzi. Później się pojawia jakiś taki dżentelmen, który mówi, że wie, na czym polega przyszłość, wie, co się wydarzy w przyszłości. Ja myślę, że każdy wie, co się wydarzy w przyszłości.
Oczywiście nie każdy ma dostęp do tej informacji, ale nie jest to związane z ciężkimi rzeczami, ćwiczeniami, warsztatami, świadomością. Nie, nic z tych rzeczy. Jest to związane z tym, czy my chcemy mieć dostęp do tej informacji, czy nie chcemy mieć. Jeżeli chcemy mieć dostęp, to mamy tą informację. Jest świetny eksperyment, który znakomita część ludzi prowadzi. Wieczorem, kiedy siądzie budzik i wiadomo, że do ranka nie uda nam się zorganizować nowego budzika, musimy wstać o konkretnej godzinie, bo jesteśmy umówieni. Człowiek, że tak powiem, afirmuje godzinę, o której ma się obudzić przed snem. Ja to robiłem nie raz, nie dwa. Mam nadzieję, że już nigdy nie będę musiał tego robić, ale generalnie przed snem się zaprogramowuje na to, o której godzinie wstanie i wstaje bez budzika. Jest to takie podróżowanie w czasie i przestrzeni, ponieważ projektujemy przyszłość.
I to przyszłość bez niczego. Nie ma budzika, w którym moglibyśmy nakręcić wskazówki do ustawienia, nie ma dzwonka, nie ma nic. Jest tylko cień, szansa pewnej możliwości, że może wstaniemy jutro rano i się nie spóźnimy. Tylko tyle. Mamy tylko cień, ale może to już się dawno wydarzyło. Jedyną rzeczą, którą my teraz robimy, musimy się, że tak powiem, stuningować, żeby dać sobie szansę na zrobienie tego. Nic więcej. Dawanie sobie szansy to jest jeden z kolejnych elementów misji. Myślę, że gdybym miał zdefiniować naszą misję jako istot żywych na tej planecie, to najlepszą definicją byłoby właśnie to, że dajemy sobie szansę na zrobienie czegoś. Nie możliwości, ale dajemy sobie szansę na zrobienie czegoś, co robimy.
Bo to też nie chodzi o kolekcjonowanie przedmiotów, kolekcjonowanie możliwości. Są bardzo zamożni ludzie, którzy mają tyle kasy, że mogą nią stracić przez kolejne tysiąc lat. Oni, rodzina, przyjaciele i tak dalej. Twierdzą, że robią to po to, żeby mieć większe możliwości. Ale jakie większe możliwości może mieć człowiek poza tym, że stoi tu i teraz i nic więcej? Ziemia pode mną, niebo nade mną, coś dookoła. Gdzie jest ta większa możliwość? Nie ma większej możliwości. Jedyną możliwością jest zrobienie czegoś uczynnego, a właściwie nie tyle zrobienie, ile robienie. Nic więcej.
Do tego się to właściwie sprowadza. Dosyć trywialne, dosyć proste. I chyba na tym polega cały paradoks tej sytuacji, że ciężko to zauważyć, bo jest to tak proste i jest to tak trywialne i widzimy to dokładnie tak wszędzie, że to jest trochę jak z siedzeniem w wodzie. Gdybyśmy siedzieli cały czas w wodzie przez całe życie, to byśmy nigdy nie widzieli, jak to jest być suchym na brzegu, a dopiero wodę widać z perspektywy bycia suchym na brzegu. Wtedy widać, jak jest szeroki nurt, jak jest szybki, jak to wszystko płynie. Mamy większą perspektywę, mamy większy dystans do tego i dzięki temu widzimy ten pattern brzegu, który się nam manifestuje troszeczkę lepiej i dzięki temu jesteśmy w stanie później skumać, gdzie będzie potencjalnie lepsza plaża, a gdzie będzie gorsza plaża na następną wycieczkę. I stąd się bierze cała ta informacja. Natomiast siedząc w wodzie właściwie nigdy nie wpadniemy na ten pomysł, bo zawsze w wodzie po prostu będzie jak w wodzie. Nie wyjdziemy na plażę i tak dalej. Nie mamy tej ekstra perspektywy, tej perspektywy, która jest poza tym wymiarem, tej brakującej perspektywy, można powiedzieć.
Bo żadne z tych szkoleń, żadne z tych warsztatów praktycznie nie są w stanie niczego takiego zapewnić. Z reguły z tego, co się dowiedziałem od znajomych, którzy wybrali się na takie warsztaty, to jeszcze się okazuje, że tam to w ogóle na taki pomysł wszyscy patrzą bardzo krzywo, bo kończy się abonament. Przychodzi klient, mówi: „Hej, zrobiłem psylocybinę, zrobiłem ayahuasca, zrobiłem to i czuję się świetnie i wcale nie potrzebuję waszej x-punktowej metody na cokolwiek. Na szczęście, bo znalazłem je w sobie”. Oni: „Wiesz co? To nie są dobre substancje, bo to są substancje z zewnątrz” i tak dalej. To jest kolejny paradoks, że dalej mamy czasami problem z zauważeniem elementarnej rzeczy, że jesteśmy częścią tego ekosystemu jako jeden ekosystem i nie ma czegoś takiego, że to jest roślina, a to jesteśmy my jako osobna istota. To są dwie te same istoty na istocie, która się nazywa planetą. I to też jest takie dosyć zabawne, że w tym całym swoim szaleństwie zapomnieliśmy o tym, że jesteśmy dokładnie z tego samego, z czego jest cały świat skonstruowany i zaczęliśmy stawiać się w pewnym momencie na jakimś takim dziwnym piedestale. Ja myślę, że to chyba dlatego, że do końca nie wyrośliśmy z tych dziecięcych marzeń, a wręcz jeszcze gorzej.
Właściwie te dziecięce marzenia są nam wmawiane cały czas. Im człowiek starszy, tym więcej tych marzeń. Kolejnym marzeniem jest ekskluzywny zegarek, który spowoduje, że nie wiadomo co generalnie. Trzeba mieć po prostu drogi, ekskluzywny zegarek. Trzeba mieć coś ekstra. Czy kolejne marzenie małego chłopca, który chce mieć jeszcze bardziej błyszczący bębenek, żeby w niego jeszcze mocniej tłuc. I tak dalej. Koniec końców, kiedy dochodzimy do końca tej drogi, widzimy małego chłopca, który właściwie nagle się okazało, ma już 60, 70 lat. Życie już się właściwie powoli kończy, a on dalej nie skumał, że już nie jest małym chłopcem. On dalej nie skumał, że jest coś więcej.
On dalej chce mieć ten swój ekskluzywny zegarek, ekskluzywny samochód, ekskluzywny styl życia tylko po to, żeby inni na niego patrzyli i inni mówili, że on coś ma, żeby mu czegoś zazdrościli. To jest tak, jak zabawa w piaskownicy, że jedno dziecko ma wiaderko, a drugie może mu zazdrościć. Prawda, że ciekawe? I takie duże dzieci, można powiedzieć. Jesteśmy taką cywilizacją, taką dziecięcą cywilizacją, że właściwie nigdy nie dorosliśmy jako społeczność do podjęcia żadnych sensownych decyzji, konsekwentnych wniosków i tak dalej. Zresztą nie trzeba się wcale daleko oglądać. Wystarczy zobaczyć, skąd bierzemy prąd i kilka innych spraw dookoła. Jeżeli ktoś im powie, że tak robią ludzie inteligentni, dorośli, którzy zdają sobie sprawę z tego, że są jednym i tym samym ekosystemem na planecie, na której żyją, to ciężko będzie mi w to uwierzyć. I to tak bardzo mocno. Bo się okazuje, że ci chłopcy naprawdę wierzą tylko i wyłącznie w swoje dziecięce marzenie i nigdy się nie uwolnili od tego marzenia.
I to marzenie urosło w nich już do takiego momentu, że właściwie żyją już tylko w ego, bo każdy z nich wierzy, że już małym chłopcem nie będzie. Także cała ta rzeczywistość spycha się mocno w przeszłość i powstaje jakiś taki koszmarny produkt człowiekopodobny, bym powiedział. I na koniec się okazuje, że to my jesteśmy tym produktem człowiekopodobnym. Fenomenalne. Ale są na to metody, żeby nie zwariować w tym wszystkim. Dobrą metodą jest wysłać się na krawędź kosmosu w jakikolwiek sposób i sprawdzić, co jest taką naszą rzeczywistą misją w naszym życiu, co jest tym, co mamy w ręku i tym, czym możemy zdzielić innych. Niekoniecznie pięścią, absolutnie, ale czymś dobrym. I na czym właśnie polega to zdzielanie innych i nasza interakcja z tym całym światem? To może jakaś muzyczka? Tak dzisiaj bardzo jazzowo.
Improwizuję kompletnie, bo dzisiaj taki jakiś spóźniony, przez Londyn jechałem, nic sobie nie przygotowałem. Co najwyżej jak mi się coś tam uknuje, to sobie trochę porymuję. Zatem posłuchajmy muzyki. Radio na Fali, „Hiperprzestrzeń”. Retransmitowana też w Radiu Paranormalium. A ja dzisiaj tak troszkę obieram temat troszkę misji w życiu, trochę intencji, spraw schowanych troszeczkę za czymś, o czym nam się normalnie nie mówi od dziecka, bo wymyśla nam się, że mamy być dziećmi do końca życia. Ponieważ tak łatwo jest nas kontrolować, kiedy jesteśmy dziećmi, ponieważ wtedy się kontroluje nasze zachcianki i zawartość naszej kieszeni, żeby móc te zachcianki realizować. I wtedy albo tupujemy nogami i biegniemy gdzieś roztrzęsieni, mówimy: „Eee!”, albo po prostu bawimy się swoją nową zabawką i wtedy: „Wow!”, jest takie wow. Ale sprawa dalej się nie posuwa, bo dalej mamy tyle lat, ile mamy i nikt już nie jest małą dziewczynką ani małym chłopcem. Wszyscy są już troszeczkę bardziej dorośli, mają swoje na karku i wszyscy wiedzą, że już nie zostaną kosmonautami, przynajmniej w takim wymiarze, o jakim marzyli w dzieciństwie.
I że jest kilka innych spraw dookoła. Bo tu jest zawsze taki problem, że wmawia nam się to jeszcze pod pretekstem, że te marzenia z dzieciństwa, nasze zachcianki z dzieciństwa muszą determinować nasze życie. Że to jest ta historia z geniuszem, że jeżeli się w jakimś młodym wieku uaktywni talent u kogoś, to czasami są tacy psychopatyczni rodzice, że wezmą go i wyślą na szkolenie baletowe na przykład taką dziewczynkę albo takiego chłopca na fortepian, albo jakoś tak. I wytresują to jak takie zwierzątko, które w wieku 10 lat będzie zaiwaniało na tym instrumencie albo robiło po prostu cuda. Cały świat się zachwyci i powie: „Jak to możliwe, że taki młokos potrafi robić takie rzeczy?”. Potrafi, bo jest stresowany właściwie od momentu, kiedy się urodził. Jego zabawa została mu przygotowana, wszystkie zabawki zostały przygotowane i jego zadaniem w życiu, przynajmniej nikt mu nie powiedział, że może być inaczej, jest odgrywanie roli, którą dla niego wyznaczono, a rolą dla niego jest tylko bycie na pozycji mistrzowskiej. Także tak się trenuje takich młodych ludzi. Później wychodzą z tego potężne katastrofy. Zastanawialiście się kiedyś nad takim prostym, logicznym faktem?
Jest instytucja zwana akademią muzyczną. Jest. Jest też instytucja zwana akademią plastyczną. Są takie instytucje, które uczą, jak malować i jak robić muzykę. Ba, jest nawet polonistyka, czyli znajomość języka, czyli to, w jaki sposób napisać książkę, żeby ona dała się napisać. No i koniec końców, kiedy porobimy statystyczne wyliczenia i sprawdzimy, ilu ludzi tak naprawdę prasowanych tą iluzją tego, kim chcą być, nie rzeczywistą potrzebą, rzeczywistą misją, którą mają gdzieś w sobie, tylko taką iluzją, że ktoś im wymyślił tą zabawę, dał im czerwone wiaderko i powiedział: „Do końca życia, gówniarzu, będziesz zapieprzał z tym wiaderkiem. Jak mi je puścisz z rąk, to cię, synku tutaj...”. I tak do końca życia z tym wiaderkiem. Ono coraz cięższe, coraz cięższe, uchwyt się roztrzaskał. Teraz w rękach trzeba nieść.
Niewygodne. I tak to wygląda. I co się dzieje statystycznie? Wszyscy ci ludzie rzadko kiedy robią karierę. Generalnie jeżeli, drogi słuchaczu i droga słuchaczko, chcesz skończyć pisanie książek, bo na przykład piszesz fajne opowiadania i myślisz o napisaniu książki, po prostu zacznij studiować językoznawstwo albo literaturę. To będzie doskonały zwrot w swojej karierze, który gwarantuje ci 99-procentową skuteczność nienapisania żadnej książki. Podobnie jak skończenie akademii muzycznej z dyplomem muzyka filharmonicznego gwarantuje ci dokładnie tyle, że swojej własnej muzyki napiszesz tyle co nic. Co najwyżej będziecie potrafili zagrać, co ktoś tam w nutkach zapisał całkiem nieźle, lepiej lub gorzej. Kwestia treningu, ale właściwie nie gwarantuje to tego, że ktokolwiek będzie chciał kiedykolwiek takiego człowieka słuchać. Był taki świetny eksperyment zrobiony zdaje się chyba w Nowym Jorku, chociaż nie pamiętam dokładnie, gdzie to było.
Paryż czy Nowy Jork. No nieważne. Tak, w Nowym Jorku na stacji metra. No więc wypożyczono najdroższe skrzypce Stradivariusa, które ocalały, działają do dzisiaj. Takie skrzypce, że jak są wypożyczane, to dookoła stoi 40 ochroniarzy, bo są warte tyle milionów dolarów, że właściwie nikt nie wie, ile milionów dolarów są warte. Trzeba to wszystko chronić, zabezpieczyć. 10 helikopterów z termowizyjnymi kamerami, żeby było widać, jakby ktoś chciał ukraść skrzypce. No i wzięto jednego z najbardziej utalentowanych skrzypków muzyki klasycznej na świecie. Wstawiono na stację metra w Nowym Jorku i dało mu te skrzypce do ręki i kazano mu grać piękne sonaty. On stanął jak koleś, który gra na ulicy z tymi skrzypcami.
Otworzył futerał, wyjął Stradivariusy, które są ponoć najpiękniej brzmiącymi skrzypcami. On sam to niesprzeciętny talent, taki akademicki talent, że potrafi zagrać praktycznie wszystko. Jak mój kolega kiedyś mawiał: „Ty, a potrafisz zagrać szczęki? A koło od malucha też potrafisz zagrać?”. No właśnie, to taki koleś, który potrafi zagrać koło od malucha. Ten dżentelmen grał na skrzypcach, grał sonaty, pięknie wygrywał na skrzypcach Stradivariusa, które niesamowicie ponoć brzmią. Efekt był taki, że zarobił mniej niż facet siedzący z gitarą, który miał zwykłą tanią gitarę akustyczną i grał swoje własne fajne piosenki. Czyli nie w tym rzecz, że mamy coś wymyślonego od dziecka i że będziemy to kontynuować. Jaki jest morał tej historii? Oczywiście oficjalny morał był taki, że ludzie są tępi, głusi i nie słyszą, jak pięknie brzmią skrzypce Stradivariusa i że dla przeciętnego motłochu takie skrzypce to jak perły przed wieprze.
Taki był oficjalny wniosek. Ale podejrzewam, że chyba chodziło o udowodnienie sobie, że jest się lepszym, ponieważ ma się droższe skrzypce i frajera, który na nich zagra nawet koło od malucha, jeżeli mu się odpowiednio za to zapłaci, bo on trenował całe życie. Jego rodzice zadbali o to, żeby go katować od dziecka, że będzie grał koło od malucha na skrzypcach. Anyway. On stoi, gra to koło od malucha i nikt tego, do jasnej cholery, nie chce słuchać. A wychodzi koleś z gitarą akustyczną, trzepie dwa akordy: „Yeah, yeah!” Tłum chodzi dookoła, kasa do futerału leci. Jaka jest różnica? Można oczywiście zwalać na to, że ludzie są tępi, głusi i w ogóle pajace nie słyszą tak wytwornych skrzypiec. Ja bym powiedział tak zwyczajnie: jeden koleś nie miał żadnego kontaktu z rzeczywistością. Jedyny kontakt, jaki ma, to kontakt ze swoim marzeniem.
Dlatego tak gówniani są wirtuozi. Im większy wirtuoz, tym bardziej gównianą muzę gra i tego się po prostu nie da słuchać. Wirtuozi, to jest fenomen, są artystami, którzy funkcjonują tylko i wyłącznie przy świetnych orkiestrach filharmonicznych i świetnych zestawach innych muzyków. To jest koleś, którego się bierze jako wisienkę na torcie, bo jakby nie było tego tortu, wisienka by spadła na ziemię i nikt by jej nawet nie zauważył specjalnie. Właśnie ktoś kopnął, jeszcze rozdeptał i po wisience by było. A tak jest przynajmniej duży tort i na końcu można postawić wisienkę wirtuoza i powiedzieć, że to jest właśnie ten koleś i on miażdży wszystkich. Miażdży wszystkich doskonała orkiestra, a wirtuoz bywa czasami interesujący, ale jak można być interesującym, kiedy się wygrywa pasaże z prędkościami ultrasekundowymi, nanosekundowymi i właściwie już nie wiemy, co ten człowiek gra. Ten człowiek po prostu leci już swoją bajkę. Odleciał w kosmos. On ma w głowie to wyobrażenie z dzieciństwa, bycie kosmonautą.
On jest kosmonautą za fortepianem, kosmonautą w biegu, kosmonautą w czymkolwiek innym. On jest po prostu kosmonautą i do końca życia będzie chciał zostać najlepszym kosmonautą. On nie będzie chciał nigdy zagrać piosenki. On nie będzie nigdy jak ten Indianin, który przeżył ceremonię inicjacyjną i powiedział: „Okej, man, naprawdę nie muszę być najlepszym wojownikiem. Wystarczy, jak przyniosę kilka smacznych małp raz na miesiąc do plemienia. Razem z kumplami pójdziemy, upolujemy kilka małp. Naprawdę nie chodzi o to, żeby się zaorać, poorać, potargać, zmęczyć i paść na końcu z wyczerpania. Nie, chodzi o to, żeby znaleźć fajne, smaczne małpy, zjeść je raz na jakiś czas i wspólnie spędzić miło czas, robiąc swoje rzeczy”. To jest ta misja, przesłanie owej misji, żeby było miło, tak zwyczajnie dla innych troszeczkę. Tu jest cała historia z wirtuozami, którzy jak się okazuje, im bardziej wirtuozerska szkoła, im więcej pracy w to wkładanej, tym bardziej mierny efekt.
Oczywiście cała cywilizacja bazuje na takich pomysłach, że im więcej pracujesz nad jakimś konceptem, im więcej energii w to ładujesz, tym łatwiej i lepiej on wychodzi. Oczywiście manualnie na 100%, bo wiadomo, że rutyna robi swoje. Człowiek, który wbija gwoździe przez osiem godzin w ścianę przez pięć dni w tygodniu, po 30 latach będzie wbijał te gwoździe teoretycznie perfekcyjnie. Tylko czy do tego się to wszystko sprowadza? Do wbijania gwoździa? Przecież nikt nie będzie robił jednej i tej samej czynności przez całe życie. Ale nam się mówi, że powinniśmy to robić, że to jest taki cel nadrzędny, że właściwie nawet muzyk, wirtuoz nie gra po to, żeby zagrać nam fajną muzykę, żeby przeżyć wspólnie z nami fajnie ten moment tu i teraz, po prostu być. Tylko z reguły najczęściej jest to grane po to, żeby sprostać wymaganiom utworu muzycznego. Czyli im trudniejszy, tym większy wypas, żeby go zagrać. Nie chodzi o to, czy on daje się do słuchania, czy nie.
Chodzi tylko o to, że ten utwór musi spełniać marzenia owego wirtuoza tudzież grona ludzi dookoła wirtuoza. Czyli musi być bardzo skomplikowany i musi dalej powtarzać tą bajkę, że ten mały Jasiu, który ma już teraz 60 lat, zostanie pewnego dnia kosmonautą. Dokładnie! I wszyscy w to wierzą i jeszcze są gromkie oklaski na końcu. No właśnie, a statystyki są okrutne. Wszyscy ci ludzie... znaczy wszyscy to nie, ale znakomita większość ludzi po akademiach muzycznych, szkołach artystycznych nie zostaje nigdy tak zwanymi artystami, czyli właściwie nigdy nie dochodzą do momentu przekucia swoich własnych koncepcji na rzeczywistość. Nawet jeżeli uda im się przekuć na rzeczywistość, to bardzo cienko to wychodzi, ponieważ nagle się okazuje, że nie mają tego najważniejszego interfejsu, komunikacji z całym światem dookoła. Wyobraźmy sobie, że staje przed nami dziecko, takie pięcioletnie dziecko i powie, że będzie kosmonautą. I to jest okej, bo z tym dzieckiem jeszcze można pogadać o różnych sprawach.
Natomiast kiedy staje przed nami dorosły facet albo dorosła kobieta i mówi: „Będę kosmonautą”, to jest troszeczkę już takie... Ja bym się zastanowił, czy wszystko jest na pewno okej, bo czy musisz zostawać kosmonautą? „Tak, bo tak zechciałem, kiedy byłem dzieckiem” albo coś takiego. Ale czy naprawdę teraz chcesz być kosmonautą? No właśnie. Czy my naprawdę chcemy być wszyscy kosmonautami? Czy może po prostu zapomnieliśmy, jak to jest być zwykłymi ludźmi, moi drodzy? Właśnie, bo te historie się kumulują i zagęszczają w jednoznacznych sytuacjach o nazwie związki. Wtedy widać od razu, o co w tym wszystkim chodzi. I to jak na dłoni.
To jest kwestia tego, że część z nas stoi w miejscu, część z nas się rozwija, część z nas lubi żyć historią, część historią absolutnie nie potrafi już żyć. To jest typowy problem w związku, że spotykają się ludzie. Zdarza się widzieć, obserwować, moi drodzy. Może czasami nasi rodzice nawet mają takie historie ze sobą. Całkiem prawdopodobne. Nie wiem, kto tego radia słucha. Zobaczymy. Może to twoi rodzice, a może rodzice sąsiada, kto to wie? Żyją takim wyobrażeniem. Dziewczyna potrafi żyć wyobrażeniem o tym, że jest królewną Śnieżką i tak dalej.
Chłopiec, że jest księciem albo kimkolwiek innym. I o ile to wyobrażenie jeszcze zabawnie działa, jak ma siłę napędową, kiedy jest się młodym, kiedy to wszystko w miarę szybko zasuwa, jest spora dynamika w życiu. To kiedy przekroczy się pewien magiczny moment w życiu, nagle się okazuje, że te iluzje właściwie są już tylko iluzjami. Że nikt z nas nie jest pięcioletnim dzieckiem, które zostanie kosmonautą i wszystkie sprawy w naszym życiu, które były oparte na tym, że nasza wspólnota, to, że cokolwiek ze sobą robimy, żyjemy i tak dalej, jest oparte na tym, że wspólnie marzymy o byciu kosmonautą, nagle znika, bo zaczynamy zauważać, że wcale nikt z nas nie chce być kosmonautą. To jest pierwsza rzecz. Właściwie każdy chciał być kimkolwiek innym. To jest druga rzecz. Trzecia rzecz to taka, że kto właściwie chciał tu być kosmonautą? Nie ma nikogo chętnego. I to jest klasyczny problem w związkach, że jedna osoba nagle dostaje szoku, coś się wydarza w życiu dosyć intensywnego i nagle przejdzie na drugą stronę.
To jest przydarzająca się spontanicznie inicjacja w życiu, niezależnie od wieku, niezależnie od czasu, po prostu się przydarza i nagle po tej inicjacji człowiek już ma większy dystans do tego wszystkiego i jest ciężko się później zebrać do kupy z ludźmi, którzy tego dystansu nie mają, którzy chcą żyć właśnie brakiem dystansu, bo to się sprowadza poniekąd też do owej sytuacji, że jedni lubią żyć nakręceni tym, co napisała gazeta, tym, co zrobił tak zwany medialny świat. I to jest ich rzeczywistość, to, co pokazuje telewizor, wszystkie te bzdury. A druga część ludzi już wyskakuje z tego, już ich tam nie ma. To nie jest ich życie, to nie jest ich telewizor, to nie jest ich sprawa. Mają swoje własne i chcą usiąść i się zastanowić nad swoimi własnymi sprawami. I tu zawsze jest taki konflikt, że: „Zobacz, to jest sprawa interesująca, to musisz wiedzieć”. A z drugiej strony jest bardzo duża niechęć, która mówi: „Nie, to nie jest moje życie, w ogóle mnie to nie interesuje”. I w tym momencie, jeżeli jest to związek, zawsze dochodzi do pytania: „To jak to jest? Jesteśmy razem czy nie? To interesuje cię to czy nie?” I tak dalej.
To jest klasyczny numer. To jest właśnie to źle pojmowane dziecko w środku nas. To takie parszywe dziecko, które miało same zachcianki, które sobie dorastało. I w pewnym momencie okazało się, że już zachcianki może mieć dalej, ale nikt za bardzo z tych zachcianek nie wybywa poza gigantyczną frustracją, która doprowadza całą akcję do kompletnej padaki, bo przestajemy się dogadywać z innymi ludźmi i efekt jest taki, że lądujemy sami i jedyne coś, co mamy ze sobą, to mamy to swoje wyobrażenie o tym, że pewnego dnia będziemy kosmonautą. Ale już nie ma tej kobiety, nie ma przyjaciół, nie ma nikogo dookoła. Ale my dalej chcemy być kosmonautą, niezależnie od ceny, którą za to zapłacimy. Po prostu czas: „I wanna be a cosmonaut”. I tak w kółko. I tak to szaleństwo wygląda. Czasami się ludzie budzą, najczęściej na emeryturze, kiedy jest troszkę więcej wolnego czasu i wtedy mają trochę więcej czasu na myślenie.
I wtedy zauważają, że właściwie już nie są tymi dzieciakami, którymi byli, kiedy byli mali i biegali w krótkich spodenkach i myśleli, że będą kosmonautą. W tym momencie patrzą troszkę inaczej na perspektywę swojego własnego życia. Zauważają, że na przykład to było fajne, bo to pomogło komuś. To było fajne, bo to pomogło z kolei tamtemu. A to było rewelacyjne, bo tu pomogłem komuś, a ten ktoś pomógł jeszcze dużej ilości ludzi i to się potoczyło fajnie. I widzimy to z zupełnie innej perspektywy. Widzimy te małe trójkąciki, te małe patterny, które zaczynają przylegać do siebie. Dlatego starzy ludzie mają taką łatwość w mówieniu, co się może potencjalnie wydarzyć w przyszłości. Nie mówię o takich starych ludziach, którzy nic innego w życiu poza marudzeniem, zrzędzeniem i łojeniem co niedzielę po kościele flaszki za bardzo nie mówię, bo to nie o tych dżentelmenów chodzi. Mówię o sensownych starych ludziach.
Dawniej był taki archetyp, że stary człowiek jest mądrym człowiekiem. Nie przez przypadek. Chodzi o kwestię lat. Mając tyle lat na karku, człowiek oglądając się wstecz, ma potężny dystans do siebie. Im więcej lat, tym bardziej ten dystans rośnie. Jest to naturalny proces, który czeka każdego z nas, nawet mnie. Kiedy dorosnę, pewnego dnia spojrzę na to z dystansem i zobaczę. Nie wiem, czy się przerażę, czy nie. Obym się miał nie przerazić. To by było najlepsze rozwiązanie.
I wtedy, z tamtej perspektywy widać lepiej troszeczkę, co robić. I stąd są te wszystkie historie związane z radą starszych, tym, że stary człowiek wie troszeczkę lepiej, że jak starszy powiedział, że coś będzie, to nikt nie wierzył, a faktycznie tak się wydarzyło. Bo młodzi byli zakochani w tym swoim wyobrażeniu z dzieciństwa, w tym małym chłopcu, którego próbowali zagłaskać wręcz na śmierć w środku siebie. I efekt był taki, że zapomnieli o tym, że świat się dzieje dookoła i że wszystko już się dawno wydarzyło, że naprawdę nie polecą w kosmos. Jeżeli do tej pory nie polecieli, to naprawdę szanse na lot w najbliższych dwóch latach też są raczej zerowe. Także śmiało mogą zająć się swoim własnym życiem dookoła. Mogą odpuścić trenowanie i ustawianie się do tego, jak w tym statku kosmicznym się zachować. Mogą sobie to odpuścić. Wystarczy, że zaczniemy zachowywać się fajnie tu na ziemi, w tym miejscu, tu i teraz. Nie w przeszłości, nie w przyszłości.
Podobnie jest z wieloma rzeczami. Słuchajcie, bo ja tak troszkę o kosmonautach mówię, o kosmonautach, tym marzeniu bycia kosmonautą, ale sprawy są o wiele bardziej przyziemne i o wiele bardziej prostsze na co dzień niż ja tutaj mówię o tych kosmonautach. Chociażby kwestie przedmiotów, kwestie samochodów, kwestie sposobu na życie. Ile razy byliście świadkami czegoś takiego, że Ktoś, kto mówi, że zależy mu na wyższych wartościach, nagle jest w stanie się zaorać za kawałek błyszczącego przedmiotu, który nic w życiu nie robi, poza tym, że błyszczy. I ten ktoś może powiedzieć: „Teraz sobie udowodniłem”. Właściwie chodzi o udowadnianie sobie, bo to jest coś, co jest schowane za tym wszystkim, że trzeba sobie udowodnić, że faktycznie, pomimo największej pomyłki w moim życiu, że przez całe życie wymyślam sobie kimś, kim nie jestem, to udowodnię, że jednak jestem tym kimś. Może pod koniec życia, może właśnie konając, schodząc na polu chwały, w ostatnim tchnieniu wydam z siebie: „Kosmonauta”. Może tak wyglądać, ale tchnienie będzie wydane na ziemi. Miło by było, jeżeli to tchnienie jest na ziemi, żeby to w ogóle było mocno przy ziemi. Dlatego tak mało deterministycznie traktuję to podejście pod tytułem, że wszystko już się wydarzyło.
Sam osobiście nie widzę tu żadnego determinizmu, nie widzę żadnej opcji, żeby ktoś z nas był ubezwłasnowolniony, ponieważ wszystko już się wydarzyło. Jasne, że się wydarzyło, ale jest paczka do dostarczenia. Wszystkie warunki dookoła tej paczki już są znane. I teraz jest kwestia, co my robimy z tą paczką, co ja robię z tą paczką. Czy ja ją biorę i idę bezpośrednio tam, gdzie mam pójść z tą paczką? Czy ja w ogóle wiem, mam świadomość, że to jest paczka, którą mam dostarczyć? Bo będąc tym kosmonautą, małym chłopcem, mogę zapomnieć o tej paczce i nigdy już sobie o niej nie przypomnieć, bo będę zawsze zafascynowany szklanymi kulkami, które mam w drugiej kieszeni i ta paczka, którą mam zanieść, w ogóle nie będzie mnie interesowała zupełnie. I tak stracę te parę lat na miętoleniu tych szklanych kulek w kieszeni i tyle z tego będzie. A tu jest paczka do odebrania i im szybciej zauważymy tą paczkę, tym łatwiej i szybciej ją dostarczymy we właściwe miejsce i tym lepiej, bez różnych dziwnych perturbacji przebiega nasze życie. Przynajmniej taka jest moja opinia, że to jest taki elementarny warunek, żeby wiedzieć, że życie nie jest przypadkowym wynalazkiem, jak niektórzy próbują to głosić.
Mi się tak nie wydaje, ale podejrzewam, że każdy z nas ma swoją własną opinię i to jest chyba najlepsze rozwiązanie. W moim przypadku nie ma tu ani grama przypadku. I tak jest właśnie mój przypadek, bezprzypadkowy, proszę państwa. Także cała ta historia już się wydarzyła, a ja teraz to tylko robię i wcale nie jestem zakładnikiem tej historii, bo mogę w każdym momencie przestać robić tą historię i zająć się inną. Tak zwyczajnie, bo tu zawsze jest jakaś historia, która się dzieje tu i teraz i zawsze jest jakaś paczka do dostarczenia. Tylko pytanie, skoro już bierzemy tą paczkę do dostarczenia, to może coś jest z tym ciekawego? Może właśnie o to chodzi, że dostarczając tą paczkę zbieramy te wszystkie doświadczenia po drodze, mądrzejemy, nabieramy oleju w głowie i zaczynamy kumać, że nie jesteśmy naszym wyobrażeniem o nas samych, nie jesteśmy wyobrażeniem cudzych ludzi o nas samych, że właściwie jesteśmy samymi sobą, tak zwyczajnie. I że jest tu masa fajnych rzeczy do zrobienia. I wszystkie te rzeczy są związane z taką odgórną misją, można powiedzieć, z misją związaną z tym, jak jesteśmy skonstruowani, żeby komuś coś podać, żeby komuś coś pomóc, żeby być razem ze sobą tak zwyczajnie. Nic więcej, nic mniej.
Prawda, że intrygujące? Gdyby spojrzeć na to od strony faktów, to ciężko byłoby znaleźć coś, co przeczyłoby takiej koncepcji. Oczywiście nikt oficjalnie nie podniesie tego tematu, bo w tym momencie trzeba byłoby zaorać wszystkie reklamy wszystkich kolorowych, blaszanych bębenków, którymi nas się straszy nieustannie, że jak tylko kupimy sobie nowy model tego blaszanego bębenka, to przedłużymy sobie młodość, przedłużymy sobie dzieciństwo albo zbliżymy się jeszcze bliżej do tej szansy bycia kosmonautą. Może tuż przed śmiercią, ale jednak zawsze to coś. Nasze marzenie się ziści. A może marzeniem powinno być coś zupełnie innego? Może marzeniem powinno być zrozumienie swojej misji w życiu, a nie dopasowywanie się do jakiegoś pomysłu, który nie wiadomo skąd przyszedł. Jeżeli chodzi o kosmonautów, to przyszedł od tych kolesi, którzy siadają na zbiornik z płynnym paliwem, lecą w kosmos niczym samobójcy i próbują jeszcze stamtąd wrócić. Jest to niezła egzotyka. Można powiedzieć mały krok dla człowieka, duży dla ludzkości.
Nie wiem, czy bym siadł na zbiornik paliwa i dobrowolnie poleciał w kosmos ze zbiornikiem ciekłego paliwa pod sobą. Raczej tak niespecjalnie. Poczekam na troszkę inną technologię do podróżowania w kosmosie, bo ta mnie jakoś mało intryguje. Tak czy siak, wystarczy tych zbiorników z paliwem na co dzień dookoła nas, w każdym samochodzie i kilku innych miejscach. Także to już jest naprawdę okej. A tymczasem, moi drodzy, jakaś muzyczka, bo już powoli zmierzam do końca tej hiperprzestrzeni, która tak z nabiegu, jechałem z Rio końca Londynu, żeby tu zdążyć. Zresztą się spóźniłem. Co się zdarza czasami. To jakaś muzyczka, moi drodzy. A co, niech tam coś pogra w tych słuchawkach i głośnikach.
Hiperprzestrzeń w Radiu Na Fali oczywiście, retransmitowana też w Radiu Paranormalium. Jeżeli chcecie zostać dłużej, to oczywiście zapraszam na wieczorową porę po hiperprzestrzeni jak najbardziej. A tymczasem wracam do tej swojej refleksji, którą mam tu dzisiaj za pazuchą, którą tu wyrzucam do mikrofonu. Więc co z tą umiejętnością kształtowania własnej rzeczywistości? Bo tak się nagadałem o tym wzorku. Czym jest ten wzorek, skąd on się bierze i gdzie ja go widzę. Ale teraz pytanie o tą determinację w życiu. Co kształtuje tą całą historię? Jak to wygląda? Bo skoro już wszystko się wydarzyło, a my tylko odtwarzamy, jak twierdzą niektórzy.
Ja twierdzę, że właściwie przechodzimy tą drogę kompletnie na nowo. Wszystko się już wydarzyło, a my idziemy pomiędzy wydarzeniami. To jest trochę tak jakby ...śmy przechodzili pomiędzy budynkami, które już od dawna są wybudowane. My po prostu nie byliśmy w tamtej części osiedla albo w tamtym mieście, albo w tamtym kraju. Ale te budynki już tam stoją. One stoją dłużej niż my jesteśmy na tej planecie. Także wszystko jest już dawno gotowe, czeka na nas, czeka na nasze przejście pomiędzy tymi budynkami, z którego coś ma wyniknąć. Tu jest zawsze takie zastanawianie się, przynajmniej od strony dualistycznej, cywilizacyjnej, jak to możliwe, że można wpływać na swoje własne życie, skoro wszystko już jest pozałatwiane i zorganizowane? No tak, scenografia jest gotowa, paczka jest gotowa, autostrada, po której jedziemy, jest gotowa. Już to się wybudowało.
My już tylko jedziemy, tylko kierujemy tym samochodem, czy cokolwiek to jest. Wygląda na to, że umiejętność robienia swojego własnego życia dokładnie w taki sposób, w jaki chce się je robić, jest związana ze składaniem właściwego patternu. Nie tego patternu, który wynika z naszej iluzji ściągnięcia jakichś wierzeń z dzieciństwa nawtykanych nam przez rodziców albo kogokolwiek innego. Tylko bierze się z tego, że sami wiemy, kim jesteśmy, że potrafimy przetrwać sami ze sobą, że się sami ogarniamy od początku do końca, w takiej ciszy, w takiej wolnej przestrzeni, bez niczego. Że sami potrafimy zadbać o siebie i to nie tylko w kwestii czysto fizycznej, że potrafimy pójść coś upolować, zjeść, ugotować i tak dalej, tylko po prostu w głowie się ogarniamy bez problemu ze sobą, co jest o wiele ważniejsze, bo właściwie wszystkie inne rzeczy są konsekwencją tego zjawiska. Często ludzie uczą się robić niektóre rzeczy perfekcyjnie tylko i wyłącznie po to, moi drodzy, żeby zamaskować swoje gówniarzerstwo, które gdzieś tam w głowie cały czas kolebie i swoje dziwne zachowania. Często się zdarza taka sytuacja, że mamy do czynienia z człowiekiem tak zwanym zdolnym, genialnym, który jest znany albo cokolwiek innego. Generalnie koleś, który wykonał dużo rzeczy i wykonuje dużo rzeczy, jest obsesyjnie wręcz pracoholikiem. I nagle zauważamy, że w tym całym pracoholizmie właściwie jest tylko jeden pattern, pattern ucieczki od siebie, i że ten człowiek robi wszystko, żeby tylko nie znaleźć czasu, żeby się zastanowić nad tym, kim jest, dokąd zmierza i właściwie po co to wszystko się dzieje. Także cała ta robota, którą wykonuje, jest o kant dupska rozbić, bo właściwie niczemu nie służy.
Służy tylko i wyłącznie jakiemuś dalszemu uciekaniu od tego, że już nie będzie kosmonautą. Może pewnego dnia, jednak ta iluzja gdzieś tam w głowie. Wracając do składania tego patternu, chodzi o ten rzeczywisty pattern. Nie pattern naszej iluzji, pattern jakiegoś szaleństwa w głowie, tylko ten trójkącik, z którego składają się wszystkie pozostałe inne trójkąciki, jakbyśmy tak obrazowo ujęli, ale ten nasz własny. Tylko z tego. Jeżeli to widzimy, to jesteśmy w stanie dopasować sobie tą rzeczywistość w taki sposób, na tyle, na ile ona jest przygotowana do tego, żeby się dopasować do nas, żebyśmy mogli ustuningować, żebyśmy mogli wejść w taką fajną interakcję, ale tylko wtedy, kiedy kształt tej rzeczywistości będzie dokładnie odpowiadał kształtowi tego naszego patternu. Czyli jeżeli my mamy w głowie ten trójkącik, to musimy znaleźć kawałek rzeczywistości taki, w której są te trójkąciki tak, żeby to wszystko do siebie pasowało. Jeżeli my jesteśmy trójkącikiem i trafimy do jakiegoś innego kształtu, który jest na przykład kwadratem jakimś albo dziwnym, rozciągniętym prostokątem jajowatym, to zawsze będzie gdzieś jakaś dziwna przestrzeń w tym wszystkim i zawsze będzie lekkie niedopasowanie. To są te niedopasowane patterny i to jest chyba cała ta historia związana z tym, że: „A, bo to się nie da, bo to coś tam” z takimi wymówkami. To chyba tylko o to chodzi, że lubimy być ślepi.
Nie lubimy widzieć tego patternu, który nas determinuje, tego patternu, który daje nam życie, można powiedzieć, tego patternu, który daje nam pomysły, daje nam kontakt z innymi ludźmi. Że gdzieś tam kolebie ten paskudny kanciak z dzieciństwa i ten kanciak z dzieciństwa potrafi nas wybijać z każdej tej sytuacji. Efekt jest taki, że nawet jeżeli gdzieś już mamy czasami ten pattern nas samych, to nie potrafimy dobrać wszystkich pozostałych czynników, żeby to pasowało do siebie. To jest jak z graniem muzyki. Jeżeli cały band gra ten sam numer, to świetnie brzmi. Nie dość, że świetnie brzmi, to jeżeli numer jest świetny, to w ogóle razem jest wypas. Naprawdę miło się słucha, rewelacja i nie ma z tym żadnego problemu. Wszyscy jak cię mijają na ulicy, to wrzucają ci pieniądze do futerału. Natomiast kiedy ten pattern, który my gramy na instrumencie, nie ma nic wspólnego z patternem, z którego jest zbudowana ta prawdziwa rzeczywistość, rzeczywistość fizyczna, rzeczywistość emocjonalna, ta tajemnicza moc eteryczna, która nas tu trzyma w kupie, to nic dziwnego, że nawet grając na skrzypcach Stradivariusa, biorąc jeszcze do tego jakiegoś potężnego wirtuoza, nic nie osiągniemy poza tym, że wszyscy będą przechodzili, nie zauważając go zupełnie. A facet trzyma takie skrzypce i gra taką muzykę, wszyscy powinni klęknąć, bo w filharmonii płacą jakieś 1000 dolarów, żeby kupić taki bilet w pierwszym rzędzie na takiego kolesia, a tu na ulicy to już nie ma wartości.
I teraz jest pytanie, co tak naprawdę ma wartość w takich sytuacjach? Bo szczęśliwie dla nas żyjemy w czasach, kiedy wszystko się bardzo szybko i bardzo mocno kompresuje, także widzimy konsekwencje naszych działań wręcz następnego dnia. To dosyć proste. Jeżeli są ludzie, którzy płacą za taką muzykę i za takie granie po 1000 baksów, żeby usiąść w pierwszym rzędzie w filharmonii, to nie po to, żeby słuchać tej muzyki, tylko po to, żeby wydać 1000 dolarów i żeby wszyscy o tym mówili, że ich na to stać i żeby przyjść tam i żeby tam być, żeby pokazać, że jesteśmy. To bynajmniej nie chodzi ani o muzykę, ani o skrzypce, ani o nic z tych rzeczy. Gdyby naprawdę chcieli i naprawdę na tym zależało, to by wzięli te 1000 dolarów, podzielili na mniejsze sumy i porozrzucali wszystkim ludziom, którzy grają na ulicy. Więcej pożytku by z tego było i więcej frajdy niż kupowanie tego biletu. Ale tego biletu nie kupuje się dla muzyki. Ten bilet się kupuje dla siebie. I to jest właśnie ta historia z zostawaniem kosmonautą.
Ten cały trening robi się dla siebie po to, żeby zostać kosmonautą, po to, żeby spełnić tą swoją iluzoryczną zachciankę z dzieciństwa, żeby udawać przed samym sobą, że to dalej jest możliwe, że to dalej jest ta bajka, że ona dalej jest królewną Śnieżką, a jestem księciem na białym rumaku czy coś w tym stylu, jakieś takie historie. Żyjemy w czasach Walta Disneya, także dużo ludzi ma taką fantazję, że pewnego dnia, kiedy się dorobią kasy, będą mieli spokój, a jak będą mieli spokój, to będą mieli spokój. W rzeczywistości spokój albo się ma tu i teraz, albo spokoju w ogóle nie ma. Jeżeli nam przeszkadza brak spokoju, to wyłączamy telefon i tyle. Nie bierzemy go ze sobą i niech sobie dzwoni tam, gdzie dzwoni. Gwarantuję wam, że po tygodniu przestanie ciężko dzwonić, a po miesiącu się okaże, że bardzo niewielu ludzi tak naprawdę do nas dzwoni i wszystko jest okej. Wszystko dalej działa, świat się dalej kręci. Wow! A my nie musimy wisieć na telefonie jak głupki. Rewelacja, prawda?
Moim zdaniem chodzi o kształt tego patternu, że tak długo, jak na siłę próbujemy skleić trójkąt z kołem tak, żeby pasował idealnie do siebie, z takim jajowatym, pokrzywionym kołem, tak długo zawsze będzie ten lekki problem ze zrozumieniem tej prostej, oczywistej prawdy pod tytułem, że wszystko już się dawno wydarzyło. Bo z tej perspektywy zawsze będziemy mieli jakąś lekką katastrofę, bo nie dopasowujemy życia tak, jak chcemy dopasować, tylko dopasowujemy do tego, żeby spełnić jakieś marzenie. Klasyczny numer z pracą. Jeżeli praca czyni ludzi nieszczęśliwymi, generalnie powinni podziękować za robotę i znaleźć sobie nową lub coś w tym stylu. Natomiast wiadomo, że za tym czai się kwestia płacenia rachunków, kilka innych rzeczy i lądujemy w sytuacji, gdzie my mamy ten swój pattern taki, jaki mamy i wszystko jest okej i wszystko teoretycznie działa. Ale na przykład nasze otoczenie, bo nasz szef ma inny pattern i nagle się okazuje, że ten nasz pattern już kompletnie znika, bo już nie ma miejsca na nasze trójkąty. Są tylko miejsca na pokrzywione, scentrowane kółeczka, które nie chcą do siebie pasować i my musimy w to wskoczyć, bo taki jest pattern otoczenia. I później patrząc na to, zastanawiamy się, jakim cudem, skoro ja byłem dobrym człowiekiem, tyle draństwa dookoła. Jasne, spoko. Na pewno byłeś dobrym człowiekiem, ale pytanie, czy właściwie dobierałeś wszystkie patterny, bo to naprawdę nie jest problem założyć buty, które są o cztery rozmiary za małe na nogę, jakoś je wcisnąć i spróbować się przebiec w tych butach.
Pytanie jest, czy naprawdę jest to wygodne i czy naprawdę musimy to robić. Moim zdaniem lepszą i wygodniejszą opcją jest założyć buty, które pasują na nasz rozmiar nogi i takie, w których nam jest wygodnie. W tych butach warto sobie pobiegać, a najlepiej to w ogóle na bosaka, tak zwyczajnie, jeżeli jest taka możliwość oczywiście. To jest moje podejście, czyli zupełnie z drugiej strony. Myślę, że jest to zdrowsze podejście. Świat, gdzie interesy byłyby osadzone na zupełnie innych relacjach wyglądałby zupełnie inaczej, bo to jest tak naprawdę aktualnie jedyny powód, dla którego dranie gdzieś tam jeszcze dociskają ten świat i próbują porządzić tym światem. Dlatego, że dranie mają pieniądze i kiedy drań wyciąga grubą kwotę z kieszeni, wielu z nas jest w stanie zapomnieć o swoim patternie życia, o swoim właściwym patternie, o swojej drodze, o swojej paczce do dostarczenia pod odpowiednie drzwi, bo to jest to nasze życie. I zaczynamy myśleć o tym, jakby tu skorzystać z tej opcji, zgarnąć te tysiące, które nam koleś wyciąga przed nami i macha tą kasą jeszcze przed oczami. Jak złapać tą kasę i dzięki temu być może staniemy kosmonautą albo kimś takim. Jest to takie szalone marzenie.
Jego efekt jest taki, że szybciutko gubimy ten swój pattern, ten oryginalny trójkącik, z którego składają się wszystkie rzeczy w naszym życiu. Wszystkie, które nas budują. Wszystkie, które odpowiadają za szczęście, radość, szczęśliwe związki, szczęśliwe kontakty z ludźmi i w ogóle szczęśliwe robienie chyba przede wszystkim swojego własnego życia. Widać jak na dłoni, jak szybko i jak często rezygnujemy z tego własnego patternu, a później się dziwimy, że rzeczywistość jest taka destrukcyjna i zastanawiamy się, a co by było, gdyby była tak zdefiniowana od początku do końca? To jaka destrukcyjna wtedy by była? Ojejku, wtedy to w ogóle już katastrofa, bo wszystko już zostało zrobione, a my to tylko teraz... To straszne. To będzie wojna. Nie. Wojna będzie tylko wtedy, kiedy nie dostarczymy paczki pod wskazany adres.
Tylko wtedy, kiedy się wykoleimy. Tylko wtedy, kiedy ten pattern zachowań w naszym życiu nie jest odzwierciedlany przez ludzi dookoła nas. To jest taki klasyczny numer. Albo jesteśmy normalni przede wszystkim dla siebie i dla każdego dookoła, albo już mamy strategię, albo już jest kombinacja. No właśnie i z tym was zostawię, moi drodzy, z tymi radosnymi refleksjami, które gdzieś tam przejechały ze mną kawałek Londynu na temat właśnie tego, co dalej z tą intencją. Czy intencja ma jakiś większy cel, czy w ogóle nasze życie ma jakąś misję? Ma jakiś message? Pewno trzy podstawowe ma, to wiemy już na 100%. Natomiast resztę myślę, że dobrze, żeby każdy znalazł sam w sobie, bo każdy z nas ma ten własny unikatowy kawałek trójkącika, który pasuje do siebie i tylko od nas zależy, czy zaczniemy teraz budować z tego rzeczywistość i zaczniemy składać te klocki tak, żeby do siebie pasowały. I jeżeli będzie ich dużo, to być może zrobi się troszkę miejsca na wstawienie kanapy, wstawienie kuchenki, zrobienie jakiegoś obiadu, zaproszenie jakichś przypadkowych ludzi i się okaże, że może też mają podobny pattern do naszego.
I tak od słowa do słowa, od człowieka do człowieka, od sprawy do sprawy. I może się okazać, że zupełnie przez przypadek, niezauważenie mieszkamy w tym pięknym, cudownym świecie. Mieszkamy naprawdę w raju, bo ten raj już się wydarzył, a my tylko go teraz robimy. I o to w tym wszystkim chodzi. I to tyle było na dzisiaj. Także dziękuję wam serdecznie za wysłuchanie moich wynurzeń dzisiejszych do mikrofonów w hiperprzestrzeni. Pozdrawiam serdecznie wszystkich mecenasów Radia Na Fali. Peace and love. Pozdrawiam wszystkich słuchaczy online i offline. Ja tutaj jeszcze mam telefon rzutem na taśmę, także zgarniam tutaj telefon na taśmę.
O, ten mój Skype znowu ześwirował. W takim razie zapraszam z telefonem już na wieczorową porę. Ja tymczasem próbuję odpalić Skype'a, żeby zadziałał za parę chwil, bo on się jak zwykle wiesza. Tak to bywa z tym urządzeniem. Także jeszcze raz dzięki wam mecenasi za wspieranie radyjka. Dzięki wam słuchacze będący tu duchem i ciałem za wysłuchanie tych moich rozważań do mikrofonu. No i dzięki ci słuchaczu i słuchaczko offline siedzący, nie wiem, gdzie siedzicie. Na pewno w jakimś miłym miejscu, przynajmniej na to liczę. Mam nadzieję, że się miło słuchało i zapraszam oczywiście do wszystkich pozostałych audycji w Radiu Na Fali i do wszystkich pozostałych rzeczy, które tam parkują na was w archiwum podcastów. Zapraszam oczywiście do wspierania radyjka, do swoich zacnych kolegów i zapraszam oczywiście na wieczorową porę.
I to było tyle na dzisiaj w hiperprzestrzeni. Oczywiście zapraszam na kolejną hiperprzestrzeń w RadioNaFali.com.