[00:02] - Portal Infra prezentuje: Paralaxa spojrzeniem Chrisa Miekiny. Witam wszystkich serdecznie, tu Chris Miekina i w czwartej Paralaksie lecimy w kosmos. Minęło właśnie 50 lat od historycznego lotu w kosmos pierwszego amerykańskiego astronauty Johna Glenna. Dziś John Glenn wspomina to wydarzenie jako najlepszy dzień w swoim życiu, mimo że start jego rakiety odwoływano wtedy kilkanaście razy. Była to prymitywna era lotów kosmicznych. Statek, którym John Glenn orbitował dookoła Ziemi, był tak maleńki, że przypominał raczej coś w rodzaju pokrowca na astronautę niż pojazd kosmiczny. W przeciwieństwie do Rosjan, lot Glenna był pokazywany w amerykańskiej telewizji na żywo. Był to propagandowy ruch prezydenta Kennedy'ego mający pokazać światu otwartość Ameryki, w przeciwieństwie do tego, co robił reżim w Moskwie. Można sobie wyobrazić stopień zdenerwowania w NASA, która kontrolowała lot Glenna. W tamtych czasach wydarzyć się mogło dosłownie wszystko i to na dodatek na oczach milionów ludzi na całym świecie.
Glenn dotarł na orbitę okołoziemską dzięki rakiecie Atlas, która była przystosowaną do tego celu wojskową rakietą balistyczną i dokonał w ciągu ponad pięciu godzin trzy okrążenia dookoła Ziemi, po czym wylądował w wodach południowego Atlantyku po bardzo niebezpiecznym, powtórnym wejściu w ziemską atmosferę. Rakieta Atlas wystartowała z przylądka Canaveral, a Centrum Lotów Kosmicznych w Houston jeszcze w tamtych czasach nie było. Osłona termiczna pojazdu Glenna w pewnym momencie się poluzowała, ale obsługa lotu nie zdecydowała się powiedzieć o tym astronaucie. Doradzono mu jedynie, żeby trzymał w gotowości tak zwany retro pack. Ten retro pack był niewielkim kanistrem w dolnej części osłony termicznej, w którym znajdowało się paliwo rakietowe o konsystencji stałej. Kanister był przyczepiony do pojazdu za pomocą metalowych pasków i miał za zadanie spowolnić opadanie pojazdu Friendship, którym wracał na Ziemię Glenn. Jeśli osłona termiczna poluzowałaby się trochę bardziej, niezwykle wysoka temperatura, jaka powstaje przy powtórnym wejściu do atmosfery ziemskiej, usmażyłaby żywcem amerykańskiego astronautę. Przez co najmniej 10 minut tego reentry łączność z Glennem została przerwana. Mimo to wylądował on szczęśliwie w Atlantyku, skąd podjął go amerykański lotniskowiec i helikopterem zawieziono go z powrotem na miejsce startu. Później okazało się, że osłona termiczna doskonale spełniła swoje zadanie, a alarm powstał przez wadliwy sensor.
Młody oficer Marines, pierwszy amerykański astronauta, John Glenn, stał się w tym momencie bohaterem narodowym, który w ciągu pięciu godzin historycznego lotu podźwignął cały kraj, który przez to dorównał osiągnięciom Rosjan. John Glenn powrócił w przestrzeń kosmiczną w 1998 roku, gdy miał już 77 lat. Ostateczną zgodę na ten drugi lot wydał prezydent Clinton, bo tylko on mógł zmienić regulamin NASA, który zabraniał pierwszym amerykańskim astronautom kolejnych lotów kosmicznych. Powód był prosty i oczywisty: ludzie ci stawali się bohaterami narodowymi i przez to trzeba było dbać, aby nie przydarzył im się jakiś wypadek, o co w kolejnych wyprawach na orbitę nie było trudno. W tamtych czasach loty kosmiczne były bardzo niebezpieczne. Dziś są już tylko niebezpieczne. Glenn przekonał prezydenta Clintona, że będzie prowadził na orbicie testy medyczne dotyczące ludzi starszych. John Glenn próbował nawet sam startować po urząd prezydencki i całkiem mu to nieźle szło, ale podczas jednego z wyjazdów w ramach kampanii wyborczej zemdlał w łazience i mocno uderzył się podczas upadku w głowę. I nikt nie wiedział, czy to zmęczenie, czy może coś, co zostało po jego kosmicznej przygodzie. Informacja o tym wypadku przedostała się do prasy i Glenn musiał zakończyć swoją polityczną karierę, przynajmniej na jakiś czas.
Został on później senatorem z Ohio, wygrywając pod rząd cztery kolejne kadencje. W 1999 roku, po 24 latach bycia senatorem, John Glenn odmówił startowania w kolejnych wyborach i zrobił coś naprawdę niezwykłego. W marcu 2001 roku pojawił się w sitcomie NBC „Frasier”, gdzie powiedział kilka absolutnie niecodziennych komentarzy. Komentarze te sprawiały wrażenie, jakby nie należały do skryptu. Nie pasowały też do roli, jaką odgrywał Glenn, ani do akcji rozgrywającej się w filmie. Okazało się później, że sam poprosił telewizję NBC o to, aby pojawił się właśnie w tym odcinku, co samo w sobie już było bardzo dziwne. Podczas swojej sceny zwrócił się nagle w stronę kamery i powiedział, cytuję: „Wracając pamięcią do dni pełnych glorii, źle się czułem z tym, że poproszono nas o mówienie rzeczy, których nie chcieliśmy wcale mówić i zaprzeczanie innym rzeczom. Niektórzy ludzie pytali: czy byliście sami tam na górze? Ale nigdy nie daliśmy na to prawdziwej odpowiedzi. A przecież widzieliśmy tam różne rzeczy, dziwne rzeczy i wiedzieliśmy, że to, co widzimy, jest prawdziwe.
Nie mogliśmy jednak o tym mówić. Szefowie byli naprawdę tym przestraszeni. Byli wystraszeni rzeczami w stylu „Wojny światów” i paniką na ulicach. Dlatego musieliśmy siedzieć cicho. A teraz widzimy te rzeczy już tylko w sennych koszmarach, a może też i w filmach. A niektóre z nich są bardzo blisko prawdy”. Koniec cytatu. To właśnie powiedział John Glenn w odcinku najbardziej popularnego wówczas serialu komediowego Ameryki. Na dodatek tekst ten w żaden sposób nie był związany z akcją filmu.W tych krótkich słowach Glenn ogłosił światu, że jest kłamcą. Oświadczył, że został zmuszony do tego przez agencję, która nie tylko dwa razy wysłała go w przestrzeń kosmiczną, ale uczyniła go amerykańskim bohaterem, prominentnym politykiem i wreszcie zamożnym człowiekiem.
Powiedział również, że to, co zobaczył, tak go przeraziło, że powraca to w jego snach jako koszmar. I na koniec, że niektóre filmy na temat UFO są bliskie prawdy. Możemy więc z całą pewnością uznać, że w 2001 roku, roku „Odysei kosmicznej" Arthura Clarke'a, John Glenn starał się nam powiedzieć prawdę. Tak więc 50 lat temu pierwszy Amerykanin dotarł na orbitę okołoziemską, gdzie wcześniej byli już Rosjanie. Siedem lat później Amerykanie wylądowali na Księżycu, a światu się zdawało, że ludzkość lada chwila w swoim rozpędzie dosięgnie gwiazd. Tymczasem dziś cały ten pęd w kosmos utknął w martwym punkcie i daleko mu do pionierskich czasów prawdziwych zdobywców. W czasach, kiedy niemalże z marszu zdobyto Księżyc, ustalono nawet datę załogowej wyprawy na Marsa na połowę lat 80. zeszłego wieku. Dziś, niemalże 30 lat później, taka perspektywa wydaje się mniej realna niż kiedyś, a obecna data, jaką ustalono dla załogowej misji na Czerwoną Planetę, to 2036 rok. Rok, w którym Ziemi może zagrozić asteroid Apophis.
Jedynym krajem, który jest w chwili obecnej w stanie wysłać jakąkolwiek misję na Marsa, są Stany Zjednoczone. Jednak zmasakrowany już kilka razy budżet NASA znów został obcięty, a większość funduszy, jakie jeszcze zostały do dyspozycji agencji, przeznaczono na bliżej nieokreślony lot załogowy. Być może na Księżyc, a być może na jakąś asteroidę. Oznacza to koniec marzeń o jakimś spektakularnym przełomie w badaniach przestrzeni kosmicznej. Chyba że... Chyba że spektakularne plany jak najbardziej istnieją, ale realizowane są w tajemnicy i wskazuje na to kilka znaczących faktów. George Bush Junior podczas swojej prezydentury i w samym środku krwawej wojny w Iraku nieoczekiwanie ogłosił, że istnieje silna potrzeba, aby Amerykanie powrócili na Księżyc. Mianował wówczas Mike'a Griffina administratorem NASA, który zaczął bardzo ambitnie. Jednak wraz z upływem czasu sytuacja zaczęła coraz bardziej wymykać się mu spod kontroli. To, co zaskoczyło przede wszystkim, to fakt, że Griffin przygotowania do lotu na Księżyc wyznaczył na czas od 2004 roku po rok 2020.
Na swój pierwszy lot na Księżyc Amerykanie potrzebowali od chwili pomysłu zaledwie dziewięciu lat. A tymczasem nowy administrator NASA uznał, że w XXI wieku agencja potrzebuje do powtórzenia tamtego sukcesu niemalże dwa razy tyle czasu. Decyzja taka wzbudziła wiele kontrowersji, zwłaszcza że Griffin ogłosił, że chce zbudować dwa zupełnie nowe typy rakiet, ogromnie zaawansowanych technologicznie i przez to bardzo kosztownych. Plan Griffina jako nierealny został wyrzucony do kosza w 2008 roku przez nowy rząd prezydenta Obamy, który w nowym budżecie zrezygnował z programu Constellation i z lotu na Księżyc, a skupił się na komercyjnej eksploracji przestrzeni kosmicznej i tworzeniu technologii, które tanim kosztem pozwalałyby dokonywać eksploracji kosmosu. Można bez cienia przesady powiedzieć, że Obama zlikwidował wówczas wszystkie programy NASA oprócz stacji kosmicznej i to zapewne tylko dlatego, że nie należy ona wyłącznie do USA, a także do innych krajów. Tak więc po zamknięciu budżetu pieniędzy wystarczyło już tylko na utrzymanie stacji kosmicznej i przeprowadzenie ostatnich lotów wahadłowców. NASA zamiast latać w kosmos, miała zająć się stworzeniem projektu nowej, taniej rakiety do przyszłych wypraw. Projekt miał być czysto teoretyczny i jego wdrożenie miało nastąpić po pięciu latach badań. Taka decyzja była ostatecznym ciosem w serce NASA, bo agencja, a przy okazji cały kraj został pozbawiony tym samym ambitnego celu, tak jak było to w przypadku lotu Glenna i dogonieniu Rosjan, czy później lotu na Księżyc. Jakby tego było mało, w tym roku Obama dokonał dalszych cięć budżetowych i NASA wycofała się właśnie z rozmów z ESA, z Europejską Agencją Kosmiczną, na temat dwóch wspólnych lotów na Marsa w 2016 i 2018 roku, w których miał uczestniczyć rover o podobnych rozmiarach do Curiosity.
Pieniądze na te wyprawy zostały przeznaczone na budowę rakiety zwanej SLS, Space Launch System, która będzie największą amerykańską rakietą od czasów Saturna V. Rakieta ta ma być niezwykle elastyczna i będzie ją można powiększać i zmniejszać w zależności od celu, do którego ma dolecieć. Taka rakieta w 2036 roku ma być wystarczająco duża do przeprowadzenia załogowego lotu na Marsa. Do 2036 roku jest jeszcze masa czasu i aż się wierzyć nie chce, że USA dobrowolnie rezygnuje z dominacji w przestrzeni kosmicznej. Dlatego wiele wskazuje na to, że być może jest to jakaś zasłona dymna, która ma przykryć prawdziwe cele i działania NASA.Jakie są to plany? Nie sposób jest mieć co do tego jakiejkolwiek pewności. Ale z zachowania agencji wyraźnie widać, że na coś oczekuje. Mimo że wiele programów zostało zamkniętych, to ich nie zlikwidowano i w każdej chwili można je niezwłocznie powołać do życia. Na co więc czeka NASA? Co jest w stanie wywołać oczekiwaną zmianę?
Jest tym prawdopodobnie ogłoszenie istnienia życia pozaziemskiego w naszym Układzie Słonecznym. I jedyną właściwą odpowiedzią na tą sytuację będzie zorganizowanie międzynarodowej załogowej misji na Marsa. I to z tego powodu być może Amerykanie zrezygnowali z kolejnych robotycznych misji organizowanych wspólnie z Europejczykami na rok 2016 czy 2018. Bo wszystko to wydarzy się jeszcze przed rokiem 2016. Ujawnienie tego typu ma na celu stopniowe przyzwyczajanie ludzi do faktu, że nie są sami w kosmosie. Straszenie ludzi latającymi spodkami i abdukcjami może mieć nieobliczalne skutki. Tymczasem pokazanie ruin na Marsie, które zostały zbudowane czyjąś ręką wiele milionów lat temu, w doskonały i bezpieczny sposób realizuje ideę ujawnienia. Taka informacja stworzyłaby misję, która zjednoczyłaby całą ludzkość ciekawą życia na innej planecie. I być może właśnie tego nie pozwolono powiedzieć przez całe lata pierwszemu amerykańskiemu astronaucie Johnowi Glennowi. I aby nie złamać danej przysięgi, musiał się uciec do triku z sitcomem.
Nie pozwolono mu na to, bo świat był spolaryzowany, a kosmos zbyt nowy, aby się nim dzielić. Dziś, kiedy wiadomo, że kosmos ciągnie się w nieskończoność, wiara w unikalność ludzkiego życia jest coraz bardziej absurdalna. Dlatego aby stawić czoła nowym wyzwaniom i być może innym cywilizacjom, potrzebna jest bardziej niż kiedykolwiek jedność wszystkich Ziemian. Ja osobiście mam nadzieję, że taki właśnie scenariusz jest dziś realizowany. Dziękuję wszystkim za uwagę. Mówił Chris Miekina. Zapraszam na moją stronę nowaatlantyda.com i oczywiście do następnej Paralaxy już wkrótce. Produkcja i realizacja: Portal INFRA, www.infra.org.pl.