życzenia urodzinowe







Nie zapomnij odwiedzić strony naszych partnerów - ich lubimy, ich polecamy!



Możesz też kupić u nas reklamę!





Tutaj będzie pożyczka, pozycjonowanie, chwilówka, no i w ogóle cały ten reklamowy stuff... no bo w końcu odchudzanie, meble, dieta i dentysta same się nie zareklamują...
Nick:  
Hasło:
Zapamiętaj
Logowanie przy użyciu kont z Facebooka itd. dostępne jest z poziomu forum
POKAŻ / UKRYJ MENU
Nick:  
Hasło:
Zapamiętaj
Logowanie przy użyciu kont z Facebooka itd.
dostępne jest z poziomu forum

Relacje historyczne cz. 3


Dodano: 2005-06-24 00:46:48 | Wyświetleń: 9756 | Przeczytam później
Statek zakotwiczony o... kościół

I wreszcie ostatnia już średniowieczna wieść „nie z tego świata". Uległa jeszcze większym chyba dewiacjom (zarówno jeśli chodzi o miejsce, jak i o datę), a mimo to cenna dla nas niezwykle, bowiem być może dotycząca właśnie zagadkowych Istot powietrznych tak niefortunnie ingerujących w życie Ziemian w czasach Karola Wielkiego.
Tak więc w najwyższej (czyli najpóźniejszej!) warstwie naszej średniowiecznej „odkrywki historycznej" natrafiamy na pracę „Otto Imperialia" Gervase'a z Tiłbury, w której autor ten will rozdziale l księgi pisze o „powietrznym statku nad kościołem". Zgodnie z relacją zdarzenie miało miejsce w Bristolu (Anglia) w r. 1270.
Otóż lecący w powietrzu jakiś „statek" ciągnął podobno za sobą długą linę, na której końcu znajdowała się kotwica. Właśnie ta kotwica przypadkiem lub celowo zaczepiła o dach wieży kościelnej i w ten sposób zatrzymała cały statek w jego dalszej powietrznej drodze. Wówczas zgromadzony tłum gapiów z przerażeniem ujrzał, że ze statku wynurzył się „mały człowieczek", który począł się opuszczać po linie ku ziemi. W pewnym momencie spadł i cały tłum z okrzykami zgrozy rzucił się nań, bowiem był przekonany, że ma do czynienia z demonem. Wówczas towarzysze człowieczka odcięli linę i nie czekając na niego odlecieli w niebo. Mały człowieczek sam się zaś udusił, bowiem nie był zdolny oddychać naszym powietrzem.
Prawdę rzekłszy realia tej przygody w dużym stopniu idealnie wręcz pasują do pierwszych lotów balonowych. Ten „statek powietrzny", ciągnąca się za nim „lina z kotwicą", która przypadkiem zaczepia o nieprzewidzianą przeszkodę, konieczność jej odczepienia lub odcięcia dla kontynuacji dalszej podróży... Jedyny szkopuł polega na tym, że zdarzenie to miało miejsce... niemal dokładnie pół tysiąca lat przed wzlotem pierwszego pilotowanego przez człowieka balonu!
Czyżby więc penetrowała nas jakaś cywilizacja akurat 500 lat wyprzedzająca nas w swym rozwoju?
Ale gdy tylko pogrzebiemy nieco głębiej, natrafimy zaraz na następny ślad podobnej historii. Oto J. Vallee w pracy „Pasport to Magonia" (powołując się zresztą na Drakę'a i Wilkinsa) opisuje taką oto przygodę, „która miała miejsce około r. 1211 w Irlandii". „Zdarzyło się to w miasteczku Cloera, w niedzielę, kiedy ludzie byli na mszy. W miejscowości tej znajduje się kościół poświęcony św. Kenerusowi. Nagle z nieba opadła kotwica przywiązana do liny, przy czym jedna jej łapa zaczepiła o znajdujący się nad drzwiami kościoła drewniany łuk. Tłum wiernych wybiegł z kościoła i ujrzał na niebie statek z ludźmi na pokładzie. Widziano także, jak jeden z ludzi wyskoczył z pokładu statku i sprawiał wrażenie, jakby chciał uwolnić kotwicę. Wydawało się, jakby pływał w wodzie. Ludzie pobiegli w jego kierunku usiłując go pochwycić, biskup jednak powstrzymał ich przed tym twierdząc, że mogliby narazić się w ten sposób na śmierć. Człowiek więc został uwolniony i wrócił do statku, gdzie załoga odcięła linę i cały statek zniknął wkrótce z pola widzenia".
Tak więc i znów widzimy, że ta druga wersja - zachowując zresztą podstawowy przebieg zdarzeń - zmienia zasadniczo zakończenie całej przygody, a w dodatku jeszcze jej miejsce i czas. O 69 lat!
Ale na tym nie koniec. Publicysta radziecki Władimir Kozakow (nie powołując się zresztą na żadne źródła) opublikował w marcu 1979 r. informację, z której wynika, iż przygoda ta miała miejsce „jeszcze w r. 1123, za czasów króla Henryka I zwanego Uczonym (jest to najmłodszy syn słynnego Wilhelma Zdobywcy) i to w Londynie". W roku tym - według niego - „pojawił się nad Londynem statek powietrzny przypominający okręt morski i zarzucił kotwicę w centrum stolicy Anglii (...). Po sznurowym trapie ze statku zeszli ludzie. Londyńczycy, uważając ich za wysłanników diabła, napadli na nich i utopili w Tamizie. Aeronauci pozostali w statku odcięli linę kotwiczną i szybko wznieśli się ku chmurom. Nigdy więcej już 'cudownego statku' nie spotkano".
Jednak grzebiąc coraz głębiej w historii można spotkać go jeszcze raz, tym razem w irlandzkim rękopisie „Konungs Skigga", aż z roku... 950 (dla ścisłości powinienem podać, że Frank Edwards w swej pracy „Flying Saucers - Serious Business" z r. 1966 twierdzi, iż rękopis nosi nazwę „Konungs-Skuggsa" i pochodzi z r. 956). Rękopis ten znów wprawdzie wymienia jako miejsce zdarzenia „wieś Cloera", a jako czas „pewną niedzielę podczas mszy", w dalszym ciągu zawiera jednak szereg dodatkowych szczegółów, które mogą zaszokować najbardziej nawet oswojonych z niezwykłościami ufologii speców. Oczywiście jeżeli tekst ten jest istotnie dosłownym tłumaczeniem irlandzkiego rękopisu, a nie odpowiednio przyprawioną fantazją przeróbką G. Herbertsa, który cytuje go w swej wydanej w r. 1977 pracy pt.: „Begegnungen mit Ausserirdischen"!
I tak w momencie gdy ludzie wybiegli z kościoła, ujrzeli „na drugim końcu łańcucha statek, który - wydawało się - pływa na wyimaginowanym oceanie".
Opis pływającego po tym „oceanie powietrznym" statku jest zresztą tak niewolniczo naśladujący swe pierwowzory morskie, że wymienia nawet wiele ich charakterystycznych fragmentów budowy! W ten więc sposób „na pokładzie statku ujrzano mężczyzn, którzy wyglądali przez reling (jest to barierka z żelaznych słupków połączonych liną otaczająca brzeg pokładu), tak jakby obserwowali, co się dzieje na dnie toni. Na burcie statku pojawił się członek załogi i wyskoczył na zewnątrz, co wyglądało tak, jakby skoczył do wody. Wokół niego widać było ognisty wieniec promieni. Gdy dotarł do ziemi, wierni go otoczyli, chcąc go uchwycić. Proboszcz jednak zabronił dotykać go, bojąc się jakichś czynów bezprawnych lub przestępczych. Wydawało się, że nurek nie zauważył, co się wokół niego dzieje. Gdy jego usiłowania oswobodzenia kotwicy nie powiodły się, uniósł się do swego statku w szczególny sposób wykonując ruchy płynącej żaby. Wtedy załoga odcięła łańcuch, a oswobodzony statek powietrzny odpłynął i zniknął z oczu. Ale zaczepiona u bramy kotwica pozostała przez stulecia i świadczyła o cudzie".
Minęły już jednak nie stulecia, lecz tysiąclecie. Nikt nie wie dziś, nie tylko gdzie jest kotwica, ale nawet miasteczko, czy wieś, Cloera. A może w ogóle nie chodziło tu o Cloerę, tylko o'Londyn lub Bristol? Tak jak równie problematyczna jest autentyczna data tego legendarnego zdarzenia: rok 1270, 1211,1123, 956 czy 950?
Nie ulega wątpliwości, że przy tak wielkiej różnicy podstawowych informacji (aż trzy różne miejscowości i aż pięć odrębnych dat, różniących się między sobą o - bagatela - 320 lat!) trudno uznać, by którakolwiek z tych niesamowitych opowieści relacjonowała rzeczywiście autentyczne od początku do końca zdarzenie. Czy jednak z drugiej strony uporczywe powtarzanie się w każdej z tych wersji na przestrzeni 320 lat podobnych lub wręcz tych samych szczegółów nie sugeruje, że jakieś tego typu zdarzenie (choć trudno dziś ustalić dokładnie kiedy i gdzie) niewątpliwie jednak miało miejsce? A jeśli tak, to co to był za „powietrzny statek" i kim był pływający w powietrzu „mały człowieczek"?

NOL były zawsze

I - na koniec - starożytność. Po raz pierwszy w tym wyczerpującym przeglądzie historycznym wszystkich przez całe tysiąclecia niepokojących ludzkość tajemniczych zjawisk - mimo dalszego konsekwentnego cofania się w przeszłość - daty będą rosły. Bowiem prawie wszystkie lata tego rozdziału są już sprzed naszej ery.
Zacznijmy od cesarza rzymskiego Pertirraxa (który zresztą - wbrew swemu imieniu oznaczającemu „trwały" - panował zaledwie trzy miesiące). W ciągu swego krótkiego okresu władzy zdążył jednak wybić monetę, na której wyobrażona została kula z czterema wypustkami, niewolniczo wręcz naśladująca kształt naszych pierwszych satelitów ziemskich. Przypadkowa to zbieżność, czy może... autentyczny rysunek z modelu? Schneider twierdzi, że monety Pertinaxadodziś znajdują się w muzeum archeologicznym im. Federico Eusebio w Alba we Włoszech. A więc rzecz do sprawdzenia?
A dalej informacja pochodząca od (żyjącego między 45 a 120 r. n.e.) greckiego pisarza i filozofa Plutarcha z Cheronei. W jednym ze swych 46 „Żywotów równoległych", opisując życiorys znanego do dziś ze swych bogactw i umiejętności ich wykorzystywania konsula rzymskiego Liciniusa Lucullusa, wspomina on, iż "w czasie walki tego ostatniego z królem Pontu Mitrydatesem (był to rok 74 p.n.e.), na niebie pojawił się nagle jakiś ognisty dzban, który rozproszył armię Mitrydatesa ratując siły konsula rzymskiego".
Również znakomity encyklopedysta rzymski Caius Plinius Secundus (także żyjący już między 23 a 79 r. n.e.) w rozdziale 34 drugiej księgi dzieła swego życia „Historia naturalis", pisze dosłownie: „Gdy Lucius Valerius i Gaius Marius byli konsulami (był to więc rok 85 p.n.e.) przeleciała przez niebo płonąca i sypiąca iskrami tarcza!" Według Schneidera zresztą poza tą jedną skromną notatką w 37 księgach „Historia naturalis" Pliniusz wy mienia jeszcze 26 dalszych zagadkowych zjawisk powietrznych.
Także następny z historyków rzymskich, Julius, zwany „Obsequens" (Usłużny), autor „Liber prodigiorum", pod rokiem 91 (oczywiście p.n.e.) podaje taką oto niewytłumaczalną obserwację: „Przy Spoleti upadła złocista kula ognista na ziemię i poczęła się powiększać. Następnie uniosła się ponownie z ziemi w kierunku wschodnim i była tak wielka, że potrafiła zaćmić słońce". Schneider zresztą znów stwierdza, że poza tą notatką Julius Obsequens wymienia jeszcze dalsze 62 niezwykłe fenomeny powietrzne.
Następny znakomity rzymski filozof i mąż stanu (znany zresztą do dziś głównie jako obrońca sądowy) Marcus Tullius Cicero (żyjący w latach 106-43 p.n.e.) w pozostawionych przez siebie pracach dziewięciokrotnie wymienia tajemnicze zjawiska powietrzne.
Ciekawe informacje z tej dziedziny podaje także najwybitniejszy chyba historyk Rzymu, Titus Livius, żyjący wprawdzie już na przełomie starej i nowej ery, bowiem urodził się w r. 59 p.n.e., a zmarł w r. 17 n.e., ale w swych 142 księgach dziejów Rzymu opisujący całą jego historię „Ab urbe condita" (od założenia miasta).
Mianowicie w 62 rozdziale księgi 21, a także w 1 rozdziale księgi 22 - umiejscowiając te wypadki w r. 218 p.n.e. - pisze on: „W okręgu Amiterno widziano w wielu miejscach mężczyzn przybyłych z daleka w białych szatach. Przy Praeneste pojawiły się na niebie rozżarzone lampy, przy Arpi zawisła na niebie tarcza. Na niebie pojawiły się zjawy okrętów". Wilkins twierdzi zresztą, że Titus Livius łącznie we wszystkich swych księgach wymienia ośmiokrotnie różnego rodzaju zagadkowe zjawiska powietrzne (poczynając od opisu fenomenu nad Zatoką Wenecką w r. 213, a kończąc na zjawisku nad Umbre w r. 16, cały czas oczywiście przed naszą erą), Schneider jednak zwiększa'ilość zarejestrowanych tego typu obser wacji przez T. Liviusa aż do 30!
Obserwacje zresztą sięgają jeszcze głębiej w czas, nawet poza „założenie miasta", Wielu autorów cytuje przykłady takich zjawisk z czasów panowania Aleksandra Macedońskiego (356-323 p.n.e.). I tak Herberts pisze, iż „w r. 332 p.n.e. (Blumrich, a za nim Domański nieprawidłowo zmieniają tę datę na rok 329, autor zaś podpisujący się literami J. J. z krakowskiego pisma „Przekrój" z maja 1978 r. nawet na r. 322, zapominając o tym, że już rok przedtem Aleksander Wielki... zmarł!) w czasie oblężenia Tym przez Aleksandra Wielkiego (obecnie miasto Sur w Libanie) ukazały się nad obozem wojsk macedońskich tajemnicze obiekty. Określono je jako 'latające tarcze', było ich pięć i poruszały się w szyku trójkątnym z 'dużą tarczą' na czele, podczas gdy pozostałe były mniej więcej o połowę mniejsze. Krążyły powoli nad obleganym miastem obserwowane ze zdumieniem prze; tysiące wojowników obu walczących stron. Nagle z większego obiektu wystrzeliła błyskawica, która spowodowała zawalenie się części murów. Następne błyskawice uderzając w mury obronne spowodowały powstanie wyłomów i utorowały oblegającym drogę do miasta. Potem 'tarcze' oddaliły się z nieopisaną prędkością".
Jednak i Aleksander Macedoński (podobnie jak tysiąc lat po nim Karol Wielki) miał okazję przekonać się, że „łaska pańska na pstrym koniu jeździ". Bo w okresie, gdy po wielu zwycięskich podbojach wyruszył na l ndie, te same „świetliste tarcze" skierowały się dla odmiany... przeciwko niemu. Schneider twierdzi, że kronikarz Aleksandra Wielkiego opisał „dwa dziwne aparaty latające, które wielokrotnie spadały na armię króla, aż w końcu wojska, konie, a nawet bojowe słonie, wpadły w panikę i nie chciały przekroczyć rzeki". Autor ten cytuje dosłownie informację owego kronikarza: „Były to wielkie, błyszczące, srebrne tarcze, z których tryskał ogień, które przyszły z nieba i do niego wróciły". Bardziej konkretne - dotyczące zapewne tego właśnie wypadku - dane przytacza Berlitz w „The Bermuda Triangle" w roku 1974. Stwierdza on, że zdarzenie miało miejsce nad rzeką Jaxartes w r. 329 p.n.e. (stąd zapewne błędne daty zjawiska poprzedniego w cytacie „Datat sich der Himmel auf" z książki Josepha Blumricha „Niebo się otwarło") w czasie pochodu Aleksandra Macedońskiego do Indii, przy czym Arystoteles (był on długoletnim wychowawcą Aleksandra i być może równocześnie owym kronikarzem), który znał dobrze dyski greckich atletów, po raz pierwszy nazwał te obiekty „latającymi dyskami".
Również starożytne księgi tybetańskie wspominają o jarzących się latających obiektach, w literaturze hinduskiej zaś (m. in. w „Samarangana Sutradhara") znajdujemy wzmianki o „niebieskich i powietrznych powozach", „świecących chmurach na niebie" i wielu innych podobnych do dysków obiektach o niezwykłej manewrowości. Mało tego, w sanskryckim eposie rycerskim „Ramajana" znajdujemy opis porwania Ziemianki Sity przez księcia Ravana, który to opis niewiele odbiega od współczesnych wersji uprowadzenia przez UFO! „Niezliczona ilość mieszkańców leśnej krainy obserwowała haniebny czyn - czytamy tam - i widziała, jak potężnie uzbrojony Raksha uniósł biedne i bezradne dziewczę do góry, wsadził je do niebieskiego wozu zaprzężonego w uskrzydlone osły, złote i promieniste, żwawonogie jak niebieski rumak Indry. Potem uniósł się niebiański wóz ponad pagórkami i zalesionymi dolinami".
I wreszcie ostatnia wieść, jaka dotarła do nas z niezmierzonej już wręcz otchłani wieków, bo aż sprzed trzech i pół tysiąca lat. Panujący wówczas w Egipcie faraon XVIII dynastii, Totmes lub Tutmosis III (żył on między 1504 a 1450 r. p.n.e.), podobno pozostawił po sobie roczniki, wśród których mowa jest o najstarszej zarejestrowanej na Ziemi obserwacji Nieznanych Obiektów Latających.
Rzecz szczególna: przez okres 3500 lat, jakie liczyć ma ów papirus, najbardziej burzliwe i zagmatwane losy spotkały go w ciągu zaledwie kilkunastu ostatnich lat, kiedy już wyszło na jaw, czego on dotyczy. Dpkument trafił mianowicie do rąk ówczesnego dyrektora Biblioteki Watykańskiej prof. Alberta Tulli, który dał go do przetłumaczenia księciu von Rachewiltz. Niestety wkrótce po ujawnieniu treści papirusu prof. Tulli umiera i całe jego mienie przechodzi na rzecz brata, ówczesnego proboszcza Lateranu, a po jego śmierci spadek rozbierają dalsi spadkobiercy, gubiąc ostatecznie ślad niezwykłego dokumentu. Próbę jego odszukania podjął jeszcze attache naukowy amerykańskiej ambasady w Rzymie, dr W. Ramberg, lecz łatwo z tego zrezygnował, gdy dyrektor Działu Egiptologii Muzeum w Watykanie dr Nolli podobno „dał mu do zrozumienia, że prof. Tulii był egiptologiem tylko z amatorstwa, a także księcia von Rachewiltza nie można w tej dziedzinie nazwać ekspertem".
Sprawa więc - już od samego początku dość tajemnicza - teraz wydaje się dodatkowo dziwna: dezawuując posiadacza dokumentu - odmawia się wartości nie znanemu przecież w ogóle samemu dokumentowi. A już wręcz staje się podejrzana, gdy okazuje się, że opinie o prof. Tullim i von Rachewiltzu opublikował w swej pracy dr Edward Condon. znany autor raportu żądającego zaprzestania badań Nieznanych Obiektów Latających! Czy jest o co walczyć? Chyba tak. Spróbujmy to zresztą ocenić sami. Oto jak brzmiał ów zagubiony i a priori zdezawuowany dokument w tłumaczeniu von Rachewiltza: „W roku dwudziestym drugim, w trzecim miesiącu zimy, o szóstej godzinie dnia zobaczyli pisarze Domu Życia (...), że z nieba opuszcza się ogniste koło. Jego miary miały łokieć szerokości i łokieć długości (...). Oni upadli na twarz (...) i pobiegli do faraona, by mu oznajmić o tym. Jego Świętobliwość zamyśliła się nad tym zdarzeniem (...). Przedmioty z nieba były coraz liczniejsze (...), one świeciły jaśniej niż słońce i rozproszyły się aż do granic czterech stron świata. Armia faraona przyglądała się temu (...). On sam był wśród niej. Po kolacji ogniste kręgi uniosły się w kierunku południowym w niebo. Faraon rozkazał spalić kadzidło, aby ponownie ustanowić pokój na ziemi i rozkazał całe zdarzenie opisać w rocznikach Domu Życia (...) tak, aby zawsze o tym pamiętano". Nie chodzi jednak tylko o samą pamięć: chodzi o wyciągnięcie pewnych wniosków. Bo o ile przegląd geograficzny Nieznanych Obiektów Latających wykazał - jak mi się wydaje - bezspornie, że SĄ ONE WSZĘDZIE, to czy ten kończący się przegląd historyczny nie udowadnia, że BYŁY ONE ZAWSZE?
Jakże ustosunkowała się do tego zjawiska ludzkość?

Lucjan Znicz, fragment książki Goście z Kosmosu? TOM 2
Bydgoszcz 1979

Kopiowanie i umieszczanie naszych treści na łamach innych serwisów jest dozwolone na zasadach opisanych w licencji.
Komentarze do artykułu

Twój nick:
E-mail (opcjonalnie):
Komentarz:



Powiadamiaj o odpowiedziach na mój komentarz
(wymagany email):
Uwaga: Jeśli chcesz odpowiedzieć na komentarz innego użytkownika, prosimy skorzystaj z przycisku "Odpowiedz". Pozwoli to uniknąć w przyszłości bałaganu w dyskusji.
BBcode:

[b][/b] - pogrubienie
[i][/i] - kursywa
[u][/u] - podkreślenie
[cytat][/cytat] - cytat
[cytat="NICK"][/cytat] - cytat z nickiem

Zanim napiszesz komentarz, koniecznie zapoznaj się z zasadami publikowania komentarzy na łamach strony Radia Paranormalium. Prosimy nie podawać w komentarzach adresów email - do tego służy odpowiednie pole!


Do tego artykułu nie ma jeszcze komentarzy. Twój może być pierwszy!
    Tagi
    Inne artykuły
    o podobnej tematyce
    SŁUCHAJ NAS
    SKONTAKTUJ SIĘ Z NAMI
    NEWSLETTER
    RAMÓWKA NA DZIŚ
    ARCHIWUM AUDYCJI
    WESPRZYJ
    RADIO PARANORMALIUM
    POLECANE KSIĄŻKI
    NAJNOWSZE FILMY
    Copyright © 2004-2019 by Radio Paranormalium